"Składnica", czyli co mi się napisało w przerwie pomiędzy czytaniem

W powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Nie ma się czemu dziwić, w końcu żadnego okna nie było, a o jakiejś wentylacji można było tylko pomarzyć. Jedynym źródłem światła były zimne jarzeniówki rozmieszczone gdzieś wysoko pod sufitem. I bez niego pomieszczenie Składnicy wydawało się upiorne i martwe. Teraz natomiast zyskiwało jeszcze przygnębiającego charakteru. Zresztą jak inaczej mieli się czuć, czekając na... No właśnie nie wiadomo na co. Ta niepewność i oczekiwanie było najgorsze i działało o wiele lepiej niż najbardziej wymyślne kajdany czy inne zabezpieczenia. Nawet warunki w jakich byli przetrzymywani nie były tak straszne jak oczekiwanie. A ciężko nazwać te warunki humanitarnymi. Poupychani ciasno przy ścianie jak jakieś przedmioty, jeden obok drugiego tak, że o jakimś ruchu można tylko pomarzyć. Bok przy boku, grzbietami w stronę środka pomieszczenia. A na każdym grzbiecie wyryte imię. Wyryte tak głęboko, że nie ma szans na zagojenie się.

W takim oto miejscu znalazł się Dmitrij, gdy odzyskał świadomość. Obok siebie miał Michaiła i Fiodora, dwóch weteranów Składnicy. Obaj sami stracili poczucie czasu już dawno temu. Godziny zlewały się w dni, a one z kolei w miesiące i lata. Przez cały ten okres oczekiwania nigdy nie spoczęli .Zawsze na baczność, bok przy boku, grzbiet przy grzbiecie. I tylko wzajemne rozmowy sąsiadów pozwalały na zachowanie zdrowych zmysłów. Dymitr dowiedział się od starszych kolegów, że jest ich tu więcej. W tej części Składnicy prawdopodobnie przebywali tylko Rosjanie, lecz były i inne przedziały. Każda nacja miała tu swoich przedstawicieli. Amerykanie, Włosi, Polacy, Niemcy a nawet Hiszpanie. Co za chory umysł zebrał ich wszystkich w jednym miejscu. Czyżby byli eksponatami w kolekcji jakiegoś psychopaty? Jeżeli tak, to na pewno nie zadowala się tylko oglądaniem swoich zbiorów. Czasem słychać było kroki przemierzające Składnicę i zatrzymujące się to tu, to tam. Ktoś ich obserwował i oceniał niczym zwierzęta w zoo. Lecz patrzenie nie zawsze wystarczało. Za wzrokiem, który ich omiatał szły nieraz i dłonie, które gładziły ich poorane grzbiety, napawając się każdą wypukłością i zagłębieniem. Bardzo rzadko, taka pobieżna pieszczota była tylko wstępem. W tych przypadkach nieszczęśnik zostawał wyciągnięty z szeregu i zabrany. Po jakimś czasie wracał, lecz nigdy nie taki jak wcześniej. I nie chodzi nawet o to, że niektórzy powracali "niekompletni". Brak, lub uszkodzenie jakiejś części było rzadkością, lecz można się było z tym pogodzić. W końcu czego się spodziewać po psychopacie. Gorsza jednak była pustka, której doświadczał każdy wybraniec. Jakby zabrano im bardzo istotną część jestestwa. Część duszy, którą siłą wyrwano. To tego obawiał się każdy z towarzyszy niedoli. Obawiał się tak bardzo, że chciał wyć i krzyczeć na całe gardło. Wzywać pomocy i zmiłowania Bożego. Jednak całe swoje cierpienie i frustrację przeżywali w ciszy .Tak, cisza była wszechogarniającym stanem w Składnicy. Krążyły legendy, że ktoś kiedyś złamał ten najstarszy niepisany zakaz i został odesłany. Jako jedyny nigdy nie wrócił. Drugiego takiego przypadku już nie było. Tak więc cisza, ostrożne szepty sąsiadów oraz czasem kroki przecinające ten spokój.

I to kroki właśnie wyrwały Dmitrija z zadumy. Minęło może kilka dni od przebudzenia, a jemu już zaczęły się zlewać w bliżej nieokreśloną jednostkę czasu. Wysłuchał dostatecznie wiele historii, aby być przerażonym samą perspektywą, że ktoś się zbliża. A zbliżał się bezsprzecznie. Kroki, najpierw odległe z każdą chwilą przybierały na sile. Bez wątpienia ktoś podążał dokładnie w jego kierunku. "No, szykuj się młody"- szepnął Fiodor- "Chyba nadszedł twój czas." Dmitrij nerwowo zerknął na towarzysza. Jak to, jego czas? O co mu chodzi? "Nowi zawsze są zabierani w pierwszej kolejności"- odparł z drugiej strony Michaił, jakby czytał w jego myślach.-"Bądź dzielny". Po tych słowach zamilkł. Dmitrij cały zesztywniał i uzmysłowił sobie, że nastała cisza. Kroki ucichły, lecz poczuł, że ktoś stoi tuż za nimi. Stoi i się zastanawia. Usłyszał jeszcze, jak nieznajomy mruczy pod nosem "Między Bułchakowem, a Dostojewskim. Bułchakowem, a Dostojewskim. O, jest". A później obca dłoń spoczęła na jego grzbiecie.

 

***

Wojtek z uśmiechem na twarz wracał z biblioteki. Nareszcie udało mu się dostać tę najnowszą książkę Głuchowskiego. Spoczywała teraz w jego plecaku, a on sam nie mógł się doczekać, gdy w końcu się do niej dorwie. Był tak podekscytowany, że z jego pamięci już zniknęło dziwne uczucie gdy brał książkę z półki. Jakby stawiała opór.