"World War Z" Max Brooks

World War Z. Światowa wojna zombie w relacjach uczestników - Max Brooks, Leszek Erenfeicht

Ojej, kolejna ksiażka o zombie. Znowu będzie o hordach nieumarłych, którzy wloką się noga za nogą z wyciągniętymi przed siebie rękoma i zawodzą "Mózg, mózg". Ileż można? Takie wrażenie można  odnieść, gdy sięga się po tą pozycję. No bo nie ma co ukrywać, że rynek jest już mocno nasycony tym motywem. Spotkałem się z ksiażkami, gdzie zombie były romantycznymi bohaterami literackimi, zwierzątkami domowymi a nawet (o zgrozo) gorącymi kochankami. Z tymi gorącymi nieco przesadziłem, ale wiecie o co mi chodzi. Zombie są wszędzie: w literaturze, w filmie, grach komputerowych, serialach i internecie. Dlaczego więc mimo wszystko postanowiłem sięgnąć po tę pozycję? Ponieważ oglądałem film, a następnie przeczytałem kilka bardzo pochlebnych opinii o tej ksiażce. Postanowiłem więc zbadać, czemu ta powieść doczekała się ekranizacji. Słabej jak słabej, ale jednak.

 

Po pierwsze więc kajam się, iż w poprzednim zdaniu użyłem słowa powieść. "World War Z" jest bowiem reportażem. Są to zebrane w logiczną i chronologiczną całość wywiady z ludźmi, którzy przetrwali globalną katastrofę. Autor czasami tylko wspomaga rozmówców pytaniem, lub też dopiskiem wyjaśniającym postronnym choćby skróty wojskowe. Otrzymujemy relacje od kilkudziesięciu osób, które w różnym stopniu i czasie doświadczyli tragedii wojny. Od najwcześniejszych symptomów epidemii, przez Wielką Panikę ludzkości aż do przejęcia kontroli i stopniowe odzyskiwanie utraconych terytoriów. Co ciekawe, żadna osoba nie wypowiada się więcej niż raz. Nie ma tu więc głównego bohatera, który heroicznie przebija się przez zastępy żywych trupów aby uratować ukochaną albo uzyskać cudowną szczepionkę. Bohaterem jest tu Ludzkość. W każdym zakątku naszego globu oraz poza nim. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Otrzymujemy rozmowy ludzi z każdego kontynentu Ziemi, a ponadto z głębin oceanicznych oraz przestrzeni kosmicznej. Ogrom pomysłów, jakie miał autor na swoich rozmówców wręcz przytłacza. Do tego realizm, który sprawiał, że od książki na prawdę bardzo trudno się oderwać.

Spytacie gdzie tu miejsce dla realizmu? Przecież to ksiażka o zombie! Owszem, ale gdyby zamiast plagii zombie wstawić tu epidemię jakiejś dawno zapomnianej choroby lub inny kataklizm, wobec którego ludzkość jest bezsilna otrzymamy tak samo dobrą ksiażkę. 

 

Nie dziwię się więc, że powstała ekranizacja. Wg mnie nie warto jej oglądać, lecz decyzja należy do was. "World War Z" jest bardzo dobrze napisanym reportażem. Jest tak realistyczna, że czasem zastanawiałem sie, czy gdzieś nie toczyła się ta wojna. I to jest jej największy atut. Zaprawdę ciężko jest się oderwać, jak zombie od świeżego mózgu :)