"Wilk w cieniu" David Gemmell

Wilk w cieniu - David Gemmell

Jest gorąco, przed wami długa podróż autobus a później pociągiem. Lekko licząc 6 godzin podróży. Plecak zapakowany do granic możliwości, bo tydzień w górach to nie wycieczka po pomidorki do warzywniaka. No ale książkę trzeba jakąś wziąć, nie ma przebacz. Problem jest taki, że obecnie czytana ksiażka to ponad 900-set stronicowe tomiszcze w twardej oprawie. Spokojnie ponad kilogram. Na taki balast nie mogę sobie pozwolić. Dlatego też w plecaku ląduje coś nieznanego, starego ale za to lekkiego. W takich oto okolicznościach spotkałem się z "Wilkiem w cieniu".

 

Na dzień dobry okładka, na której dużymi literami przeczytałem, że David Gemmell to najlepszy brytyjski autor technofantasy. Wiele w życiu czytałem, ale o czymś takim jeszcze nie słyszałem. Zaglądam w stopkę wydawnicza a tam data pierwszego wydania 1987. Widać gatunki zmieniły trochę swoje nazwy od tego czasu. Nic to, starsza literatura już niejednokrotnie mnie pozytywnie zaskakiwała. Wziąłem się do lektury.

Już po kilkunastu stronach zorientowałem się, że technofantasy to w rzeczywistości popularne w dzisiejszych czasach post-apo. Główny bohater, John Shannow to samotnik i wędrowiec, który mając przy sobie nieodłączne rewolwery wędruje po pustkowiach zniszczonej Ziemi i poszukuje Jerozolimy. Jest on bardzo oczytany w Piśmie Świętym i stara się postępować wg jego wydźwięku, lecz liczni Zbójcy i bandyci skutecznie mu w tym przeszkadzają. Gdy w końcu udaje mu się ustatkować i zakosztować odrobiny szczęścia zostaje mu to brutalnie odebrane przez nację Piekielników, którzy porywają jego żonę i zamierzają złożyć ją w ofierze Szatanowi podczas najbliższego Święta Walpurgii. Od tego momentu robi się coraz dziwniej. Nasz nieustraszony Człowiek Jeruzalem wyrusza aby rozprawić się z Abbadonem-przywódcą Piekielników-, uratować żonę oraz oczywiście odnaleźć Jerozolimę. A przy okazji rozgryza tajemnicę zagłady cywilizacji oraz poznaje na prawdę potężne istoty.

 

Gdzieś od połowy powieści czułem, że coś jest nie tak. Autor zaczął całkiem nieźle, lecz chyba chciał zbyt wiele wrzucić do jednego worka. Dostaliśmy w rezultacie świat post-apo połączony z zaginioną cywilizacją, potężną magią, wojnami religijnymi i dużą dawką okultyzmu. Czy mogło z tego wyjść coś ciekawego? Wg mnie nie. A na pewno nie z takim głównym bohaterem. Shannow był płytki, szary i przewidywalny. Jedynie jego religijno- etycznie rozważania nadawały mu jakiejś barwy, a tak był po prostu błędnym rycerzem zmierzającym do swej wymarzonej krainy. Co więcej bardzo mocno zalatywało mi tu plagiatem z Kinga. I rzeczywiście, "Mroczna Wieża. Rewolwerowiec" powstała ok 4 lat wcześniej, a kreacje obydwu bohaterów są aż nazbyt podobne do siebie. Zniesmaczony tym odkryciem szukałem innych jasnych aspektów ksiażki. Jedyne czego się doszukałem, to całkiem ciekawe postacie drugoplanowe. Brat Johna, znany Zbójca, który planując zostać władcą ocalonych podszywa się pod proroka i z czasem chyba faktycznie odzyskuje wiarę. Druga natomiast jaśniejsza postać, to zbuntowany Piekielnik Batik, który towarzyszy naszemu głównemu bohaterowi, ponieważ tylko przy nim zachowuje szansę na przeżycie. Śledząc ich losy byłem dużo bardziej zaangażowany fabularnie niż przy świętoszku Shannow. Wspomnę jeszcze tylko o zakończeniu, które mimo ciekawego pomysłu i rozmachu wywołało u mnie raczej pobłażliwy uśmiech. Chodzi o kiepski wybór okrętu, który miał uświetnić pewna uroczystość. Takich wpadek niestety można znaleźć więcej, co potwierdza moją opinię, że "Wilk w cieniu" nie należy do książek dobrych.

 

Niestety wakacajna lektura nie przyniosła mi takiej rozrywki na jaką liczyłem. Ale kto wie, może to i lepiej. Dzięki temu będę dokładniej dobierał książki i kolejnym razem już się nie sparzę :)