'Triumf Endymiona" Dan Simmons

Triumf Endymiona - Dan Simmons

Każda seria prędzej czy później powinna się skończyć. Zazwyczaj dzieje się to w sposób spektakularny i z fajerwerkami(przynajmniej w zamierzeniu autora). Nie inaczej jest z cyklem Hyperiona. Autor bardzo się starał, ale... no cóż. 

 

Już "Endymion" sygnalizował, że coś się zmieniło w cyklu. Jak mogliście przeczytać tutaj trzecia część nie przypadła mi do gustu i wyraziłem nadzieję, że była tylko wstępem do głównej, epickiej i spektakularnej akcji będącej cudownym zwieńczeniem historii. Więc przyznać muszę, że "Triumf Endymiona" jest epicki ale tylko pod względem objętości. Ponad 900 stron lektury poniektórych może odstraszyć. Gabaryt sprawił też, że nie mogłem tej cegłówki nosić ze sobą wszędzie jak to mam w zwyczaju. Musiałem się zadowolić stacjonarnym czytelnictwem głównie w domowych pieleszach. Nie przeszkodziło mi to jednak w dosyć sprawnym uporaniu się z ksiażką. Czego możecie się spodziewać? Już śpieszę z odpowiedzią.

 

Po wydarzeniach opisanych w trójce nasi bohaterowie, a więc Raul Endymion oraz Enea mają 4 lata spokoju podczas których edukują się na Starej Ziemi. Czas sielanki jednak szybko mija i muszą wyruszyć aby dokończyć swoją misję, a więc obalić Pax, zjednoczyć ludność rozproszoną we wszechświecie i zniszczyć ostatecznie TechnoCentrum. W zasadzie to tylko Raul wyrusza w podróż aby odszukać pozostawiony na nieznanej planecie statek Konsula, Enea natomiast ma ruszyć w swoją stronę w bliżej nie określonym celu. Endymion wsiada więc w kajak i rozpoczyna swoją prawie 400 stronicową przygodę od terminala do terminala. Przypomina wam to coś? Dokładnie to samo, co autor zaserwował nam w poprzedniej części. Znów mamy zwiedzanie egzotycznych planet, ucieczki przed siłami Paxu TechnoCentrum. Akcja rozpoczyna się na dobre dopiero po powtórnym spotkaniu naszych bohaterów, którzy wraz z intruzami  rozpoczynają ogólnoświatową rewolucję.

 

Wiecie co mnie najbardziej wkurzyło? Że ta długa wędrówka Raula jest rozdmuchana do takich rozmiarów. Można by to streścić do przypłynął, uciekł, przypłynał, uciekł, zachorował, uciekł, polatał, wylądował i odleciał. W stu stronach możńa by się zamknąć bez problemu. Gdyby to jeszcze miało ciął przyczynowo-skutkowy w dalszej części książki to pół biedy. Ale to na prawdę nie było jakoś wybitnie ważne. On po prostu był na wycieczce objazdowej po nieznanych planetach. Niebezpiecznej, czasem ekscytującej, ale jednak tylko wycieczce, która nie miał dużego wpływu na dalszą fabułę. Takie rozwlekanie tekstu spotkamy jeszcze wielokrotnie, np. podczas opisów górzystej planety na której mieszkają buddyści. Widać Simmons lubował się w sztucznym rozdmuchiwaniu objętości książki. Później jest już coraz lepiej, lecz nie naprawia to ogólnego odbioru lektury. 

 

"Triumf Endymiona" jest rozdmuchaną powieścią przygodową, która oferuje nam ukrytą krytykę stagnacji oraz Kościoła(już wcale nie taką ukrytą) oraz dosyć banalny wątek miłosny. Jest dużo lepszy w odbiorze niż trzecia część, lecz daleko mu do dwóch pierwszych części cyklu. Jeżeli mógłbym wykasować sobie pamięć i móc przeczytać cały cykl od nowa, to poprzestałbym właśnie na tych dwóch. Jak widać, czasem nie warto kontynuować wcześniej skończonej serii. Okazuje się kolejny raz, że lepsze jest wrogiem dobrego.