"Na glinianych nogach" Terry Pratchett

Na glinianych nogach - Pratchett Terry

Jest coś niezwykłego w książkach Pratchetta. Kiedyś patrząc na półkę w całości zapełnioną jego twórczością w miejscowej bibliotece uznałem, że trzeba by się zapoznać z tym autorem. I popełniłem błąd. Nie błąd wyboru, lecz błąd obżarstwa. Po pierwsze czytałem bez ładu i składu, a po drugie za dużo na raz. Po 3 lub 4 książce przeczytanej pod rząd nie wytrzymałem i zrezygnowałem z dalszego czytelnictwa. Dopiero teraz, po kilku latach, uznałem, że nie można tego tak zostawić. Tym razem  z rozwagą i pełną premedytacją sięgnąłem po "Na glinianych nogach", które jest jedną z pierwszych książek z cyklu o straży miejskiej.

 

Kojarzyłem bohaterów z tej serii, ponieważ byłem przekonany, że "Straż! Straż!" oraz "Zbrojni", byli już przeze mnie pochłonięte parę lat temu. Po dokładnym zapoznaniu się wyszło na jaw, że przeczytałem "Zbrojnych", natomiast pierwszy tom jest mi obcy. Nie przeszkadza to w lekturze, lecz przynajmniej już wiem, co Pratchetta przeczytam kolejnym razem.

 

Jak już można się domyśleć, książka opowiada o strażnikach miejskich z Ankh-Morpork' czyli jednego z największych, o ile nie największego miasta w Świecie Dysku. Tym razem, nasi dzielni stróże prawa i porządku muszą rozwiązać zagadkę morderstw dwóch poczciwych staruszków, oraz zmierzyć się z próbą zamachu na patrycjusza Vetinariego. Trop wiedzie w kierunku golemów, których liczba w mieście jest całkiem pokaźna. Oprócz tego, okazuje się, że kapral Nobbs, znany dotychczas ze swojego bardzo plebejskiego zachowania posiada błękitną krew, co nie jest szczytem jego marzeń, gdyż sam tytuł nie przyniesie mu worka złota. Nie zabraknie postaci z poprzednich czesci, a więc komendant Vimes, który  obecnie doświadcza uroków posiadania małżonki, kapitan Marchewa, znany z niezwykłej charyzmy, uczciwości, prostoduszności no i tego, że przez pół życia uważał sie za krasnoluda(przy jego ponad dwumetrowym wzroście), czy też Angua, będąca jedynym wilkołakiem w straży i to w dodatku nie będąca pewną swych uczuć co do Marchewy.

 

Pratchett serwuje na prawdę dużą dawkę humoru oraz "krzywego zwierciadła". I czyni to na wiele sposobów.Żarty sytuacyjne, gry słowne, aluzje czy też po prostu nazwiska bohaterów. Jako przykład podam najnowszy nabytek straży, a więc krasnoluda alchemika nazywającego się Cudo Tyłeczek. Samo wspomnienie jego przodków wywołuje dziki uśmiech a twarzy, a dodam jeszcze, że wiążę się z nim pewna tajemnica. Jednak nie jest to sama czysta rozrywka. Przyznam się, że pierwszą 1/3 ksiażki przeczytałem z uśmiechem na twarzy, podczas drugiej oswoiłem się już z tym stylem i zastanawiałem się, jakim cudem z tego galimatiasu, jaki stworzył autor, z ogromu wątków, podejrzeń i postaci uda mu się wybrnąć,natomiast ostatnia część, i to przede wszystkim za sprawą golemów, ma głębszy sens i przesłanie. I to jest chyba charakterystyczne dla Pratchetta - wprawić nas w dobry humor, wciągnąć, wyśmiać nasze realia i przywary a na końcu walnąć po głowie mądrością lub "oczywistą oczywistością", której nie spodziewaliśmy się tutaj. Sprytne :)