"Dziewczyna z sąsiedztwa" Jack Ketchum

Więzień Labiryntu - Jack Ketchum

Oddałem w bibliotece ostatniego Pratchetta i widzę na półce jakieś znajome nazwisko. Znajome? No dobra, powiedzmy, że gdzieś mi się o uszy i oczy obiło nazwisko Ketchum po prostu. Biorę do ręki i na okładce widzę, że sam King ostrzega, że książka jest szokująca. Myślę- eeee tam, nie takie rzeczy się czytało. Druga strona, a tam od góry do dołu rekomendacje innych pisarzy i redaktorów magazynów poświęconych literaturze grozy. I większość z nich pisze to samo: że ostre, że szokujące, że bezkompromisowe. No większej zachęty mi zrobić nie mogli, więc książkę wypożyczyłem i tego samego wieczora rozpocząłem lekturę.

 

Mieli rację. Każdy pojedynczy autor i redaktor mieli rację w ostrzeżeniach i przestrogach. Ta książka jest na prawdę bardzo brutalna, bardzo ostra i bardzo... wciągająca. Tak to już jest, że im bardziej nas coś rusza, tym jest ciekawsze. Przynajmniej w moim przypadku. Ale od początku. Co tak mnie poruszyło?

 

Otóż fabuła opowiada o grupie dzieciaków w wieku 9 do 15 lat, które mieszkają w New Jersey pod koniec lat 50. XX wieku. Typowe małe, spokojne i senne miasteczko, gdzie ludzie nie zamykali domów w obawie przed złodziejami, ponieważ każdy się tam znał. Mamy więc grupę znajomych i przyjaciół znających się od pieluch oraz dwie nowe koleżanki. Meg oraz Sussan wprowadziły się do domu Ruth, samotnej matki wychowującej trójkę synów, po tragicznym wypadku samochodowym, w którym zginęli ich rodzice. Problem w tym, że Ruth nie za bardzo toleruje 15-letnią Meg, natomiast ona sama mocno fascynuje pobliskich chłopców. I tu należałoby wspomnieć kilka słów o samej Ruth. Jest to kobieta, która ma bardzo swobodny stosunek zarówno do swoich dzieci, jak i dzieci sąsiadów. Nie boi się przekląć przy nich, czy też wypić sobie piwa. Ba. Piwem często wręcz częstuje znajomych synów. Zawsze ma dobre pomysły na zabawę i zabicie czasu. Dzisiaj młodzież powiedziałaby, że Ruth jest " w dechę". Okazuje się jednak, że posiadając trzech synów, ma dosyć niewybredne zdanie o własnej płci. I skutecznie potrafi to przenieść na nową podopieczną. Po kilku sprzeczkach i awanturach, Megan ląduje w domowym schronie przeciwatomowym(przypominam lata 50., każdy miał wtedy schron :p ). I tutaj rozpoczyna się Sajgon. Ruth bowiem, znęca się nad nastolatką zarówno w sposób fizyczny( głodzenie, bicie, baty) lecz również psychiczny( od wyzywania jej od dziwek i puszczalskich, po publiczne biczowanie jej młodszej siostry). Żeby było ciekawiej, wciąga w to zarówno swoje dzieci, jak i ich przyjaciół. Wpierw jest to obserwacja, lecz później do głosu dochodzą ich ukryte pragnienia. No bo jednak Meg jest nowa, nie do końca akceptowana a przy tym... piękna. A wśród dojrzewających chłopców, jest to mocno bodźcujące i wywołujące często skrajne emocje. Od zachwytu i pożądania, po złość i agresję. Dodam jeszcze, że jak w każdej grupie dzieci i tu można znaleźć jakiegoś małego sadystę, czy też zazdrosną zołzę.

 

Czym to się kończy? Nie trudno się domyśleć. Z początkowego znęcania się dzieciaki pod przewodnictwem Ruth przechodzą do regularnych tortur i maltretowania. Na jakie konkretnie pomysły wpadają nie powiem. Jeżeli jesteście ciekawi to poczytajcie, lub się domyślcie. Powiem tylko, że czasem walczyłem ze sobą, żeby czytać dalej. Decyzja należy do was.

 

Słów jeszcze kilka o narracji. Jest przeprowadzana z punktu widzenia jednego z tych okolicznych chłopaków, Davida, który jako pierwszy poznał Meg. Jako jedyny nie przyłożył on ręki do maltretowania nowej znajomej. Wydaje się więc, że mamy tu rycerza na białym koniu? Szlachetnego jedynego sprawiedliwego? A guzik. Racja nie pomagał, ale i nie przeszkodził. Stał jak to cielę i się przyglądał. Czasem go to obrzydzało i odrzucało, ale częściej fascynowało. I z młodym Davidem najbardziej się utożsamiałem podczas lektury. Ponieważ przynajmniej kilkakrotnie chciałem zamknąć książkę i do nie j nie wracać, a jednak jakaś chora fascynacja kazała mi czytać dalej. Zupełnie jak młody narrator. I nie wiem nawet, czy nie był przez tą swoją bierność nie był bardziej winny od pozostałych. To już pozostawiam każdemu do oceny.

 

Ketchum nie jest autorem, który bawi się w półsłówka czy niedopowiedzenia. Jeżeli chce coś przekazać to robi to tak bezpośrednio jak tylko się da. W prostych zdaniach i nieskomplikowanych dialogach. Nie szturchnie Cię delikatnie w ramię i powie "Hej, zwróć uwagę na...". On weźmie wielki młot i zdzieli Cię nim prosto między oczy. Bez ostrzeżenia. Tak więc ja Was ostrzegam, bo ktoś musi. Ketchum pisze ostro i prosto. Strzeżcie się.

 

I dlatego poszukam jeszcze jego książek