"Łups!" Terry Pratchett

Łups! (Świat Dysku, #34) - Terry Pratchett, Piotr W. Cholewa

Nie da się uciec, przed tym, co nieuniknione. Świat Dysku jest takim nieuniknionym i powracającym tematem w moim życiu czytelniczym. Nowy rok rozpoczynam więc od tego co dobre i sprawdzone. Rozpoczynam od "Łups!"

 

Cóż nowego u naszych dobrych starych znajomych? Komendant Vimes stara się sprostać nowemu wyzwaniu w jego życiu jakim jest Sam Junior, Angua z całych sił walczy z niechęcią jaką pała do wampirzycy Sally będącej niestety od niedawna funkcjonariuszką Straży a Marchewa... no cóż Marchewa nie robi nic spektakularnego. Po prostu jest i trzyma wszystko w ryzach. Autor przyzwyczaił mnie do wielu prywatnych problemów i rozterek jakie miewają jego bohaterowie z którymi muszą się zmierzyć mimo głównego problemu. A tym razem chodzi o zamieszki historyczno-etniczne. Cóż to takiego? Otóż zbliża się rocznica bitwy w dolinie Koom, gdzie krasnoludy i trolle nawzajem schwytały się w zasadzkę i praktycznie powybijały. Corocznie w okresie poprzedzającym to wydarzenie atmosfera w mieście gęstnieje. A jeżeli mówimy o Ankh-Morpork, to możemy to rozumieć jak najbardziej dosłownie. Rolę głównego zagęstnika spełnia tutaj grupa zagorzałych krasnoludów głębinowych, które głośniej od innych nawołują do agresji względem trolli. Gdy więc przywódca tych ortodoksów zostaje znaleziony z rozbitą głową, a obok leży bezpańska maczuga trolla nie trzeba wiele by wybuchł pożar.

 

Osobą, która musi ostudzić emocje i przyjrzeć się wszystkiemu z chłodną głową jest oczywiście Vimes. Nie przeoczy żadnego tropu, nie da się zastraszyć ani toporom ani maczugom i nie ulegnie wpływom żadnej ze stron niestrudzenie szukając winnego, ale tylko do 18. Wieczorem bowiem, nieważne co by się działo musi być przy łóżeczku swojego syna i przeczytać mu bajkę na dobranoc. Nie sądziłem, że to kiedyś napiszę, ale Vimes jest uroczy. Oddany pracy, lecz rodzina stoi na pierwszym miejscu. To jest chyba jeden z lepszych literackich wzorów ojców jakie znam. 

Lecz wracając do akcji, jest ona mocno scentralizowana wokół głównego bohatera. Na tyle, że Marchewa pełni tu tylko rolę drugoplanową, a nie jestem pewien, czy epizodyczną. Trochę szkoda, bo ta postać zawsze dobrze mi się kojarzyła. Cóż mogę powiedzieć o "Łups!" oprócz tego? Śledztwo jest, humor w stylu Pratchetta jest, lecz w ilości znikomej, morał na koniec... chyba jest. Chyba, bo w tej części nie jest to tak jednoznaczne.

Możemy z jednej strony wziąć na warsztat wzajemną niechęć dwóch ras, która pielęgnowana od tak dawna nie chce wziąć pod uwagę nowych faktów historycznych. To jest skala macro. Patrząc w mniejszej otrzymujemy wilkołaka i wampira, które mimo podobnych uprzedzeń są w stanie współpracować. Czyli jak się bardzo chce, to można. Druga możliwość, to ciemność, która czai się w każdym z nas. Gdzieś tam przemyka, skrada się za rogiem aby w końcu przejąć kontrolę i uwolnić pierwotne instynkty. Nie ma co się wypierać, że jest inaczej. Trzeba po prostu to zaakceptować i starać się nie puszczać jej samopas.

Wybaczcie za te ogólniki, lecz recenzja, jak każdy tekst powstaje w chwili pisania. Mogłem sobie planować napisać zupełnie co innego, ale po wystukaniu pierwszych liter na klawiaturze tekst przejmuje kontrolę i pisze się sam. Dlatego też rozważam w tej chwili na bieżąco co mogło być głównym przesłaniem tej książki.  I wiecie co? Nie obchodzi mnie to. Najważniejsze jest jak My ją odbierzemy, a nie co Pratchett miał na myśli.

 

Dla mnie więc jest to całkiem niezła pozycja nie tylko dla miłośników Vimesa i spółki. Może i brakuje ciętego humoru oraz mocnego przesłania, ale hej. Nie wszystko musi być doskonałe