"Tron z czaszek" Peter V. Brett

Tron z czaszek. Księga 2 - Peter V. Brett, Małgorzata Koczańska Tron z czaszek - Peter V. Brett, Małgorzata Koczańska

Oj naczekałem się sporo na kolejną część, naczekałem. W międzyczasie zaraziłem żonę Cyklem Demonicznym i obserwowałem oficjalną stronę autora aby nie przegapić żadnej istotnej informacji. Co więcej, nie przeczytałem pierwszego tomu do momentu, gdy w księgarni nie pojawiła się część druga. Dzięki temu uniknąłem czytelniczej wściekłości przerwanego wątku, jaki mi towarzyszył podczas lektury poprzednich tomów. Wszystko było przygotowane na tip-top. Nic tylko brać się do czytania.

 

I na dzień dobry otrzymałem sporą dawkę emocji i akcji. Arlen wraz z Jardirem dokańczają swój honorowy pojedynek, aby później dojść do chwiejnego porozumienia i sojuszu. Ale zanim do tego doszło, były świetne opisy zarówno walki jak i odkrywania przez jednego i drugiego swoich zdolności. Dorzućmy do tego kilka dodatkowych postaci, polowanie na Otchłańce i na prawdę śmiały plan, który postanowili zrealizować a otrzymamy cudowne otwarcie powieści. Idąc za poradą mistrza Hitchcocka, po takim trzęsieniu ziemi wystarczy tylko utrzymać poziom. Łatwo powiedzieć...

Gdy bowiem nasycimy pierwszy głód, zostajemy przerzuceni na zmianę do Krasji lub też Zakątka. W obu tych miejscach ludzie są zaniepokojeni i zdezorientowani po pojedynku Wybawicieli. Nie dali oni swoim pobratymcom nawet znaku życia, więc nie dziwota, że tłumy zastanawiają się co dalej. O ile w Zakątku, społeczność jest jako tako zorganizowana i wypełniają postawione sobie wcześniej cele, to w Krasji sytuacja robi się nieciekawa. Główny wódz, dowódca i zjednoczyciel wszystkich plemion zniknął. Zostawił tylko nieliczne wskazówki co do najbliższej przyszłości i bardzo liczne grono chętnych do objęcia po nim Tronu z Czaszek. I o tym głównie będą traktowały obydwie części

 

Wraz z rozwojem swojego cyklu, Brett zgrabnie splótł losy swoich głównych bohaterów, aby później mogli stanąć ramię w ramię do walki z Demonami. Oprócz Arlena, Leeshy i Rojera pojawiły się nowe ważne osobistości jak  Jardir, Inevera oraz Abban. Stworzyli oni dwa ugrupowania osadzone w dwóch różnych kulturach, które w końcu nieuchronnie spotkają się i albo dojda do porozumienia, albo wybiją wzajemnie. Gdy już to uczynił, dodawał stopniowo coraz więcej postaci i co za tym idzie powiązań między nimi. W końcu doszedł chyba do wniosku, że się zagalopował. I dobrze.

Czemu o tym wspominam? Ponieważ większość z tych dodatkowych bohaterów bardzo skutecznie i szybko wyleciało mi z głowy podczas czekania na "Tron z czaszek". I na nowo musiałem gimnastykować pamięć w próbach dopasowania kto był czyim synem/wnukiem/wujem czy innym kuzynem. Było tego po prostu za dużo. Bardzo przydatne okazało się drzewo genealogiczne Jardira zamieszczone na końcu ksiażki. Dzięki temu nie pogubiłem się do końca. Rzecz w tym, że przy takim napływie nowych postaci akcja ulega nieuchronnemu rozproszeniu. Zamiast skupić się na głównych osobach tego cyklu, przez pół książki czytałem o kimś, kto mnie mało interesował. Doszło do tego, że w całym drugim tomie otrzymujemy tylko krótki, kilkunastostronicowy rozdział opowiadający o głównych bohaterach. Oczywiście, jak możecie się domyśleć, był to ostatni rozdział książki. Dlatego też, czuje się oszukany przez autora.

Dwaj herosi, potencjalni bohaterowie i wybawiciele zostali potraktowani marginalnie. "Tron z Czaszek" jest bardzo feministyczną powieścią, w której kobiety, po zniknięciu swoich facetów starają się utrzymać wszystko w ryzach, zawiązując spiski i bratając się z kolejnymi kobietami. Może jestem przewrażliwiony, lecz wydaje mi się, że w ostatnich latach Martin oraz jego "Gra o tron" zbyt intensywnie oddziaływał na innych pisarzy. Tutaj również w bardzo wyraźny sposób widać te wpływy. Na północy poszczególni książęta tylko czyhają na przejęcie władzy, o ile ksiaże nie spłodzi potomka. Na południu natomiast dwaj najstarsi synowie Jardira najchętniej by sobie oczy wydłubali, byle tylko wspiąć się jak najwyżej po stopniach ojcowego tronu. W obydwu przypadkach jedynymi osobami, które są w stanie powstrzymać krwawe walki o władzę są matki, żony i kochanki. 

 

Lubię styl pisania Bretta, lecz nie wiem gdzie on zmierza. "Tron z Czaszek" jest przykładem, jak można się rozdrobnić na walce o koronę i pomniejszych wątkach, gdy czeka robota do wykonania. Ja wiem, że to modne motywy w ostatnich latach, ale błagam, nie wróci do dynamicznego, komiksowego wręcz prowadzenia fabuły. Dzięki temu może uda mu się odzyskać zaufanie czytelnicze, które tą powieścią nieco nadwątlił.