"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins

Dziewczyna z pociągu - Paula Hawkins

O co chodzi z tą dziewczyna? W ostatnich tygodniach widziałem ową ksiażkę u przynajmniej 3 znajomych nie licząc już obcych w autobusach i na ulicy. Jeżeli cieszy się taką popularnością, to trzeba to zbadać. i w taki oto sposób zasiadłem do lektury, której nie planowałem.

 

Rachel to kobieta po przejściach. Rozwiedziona, znajdująca ukojenie w kieliszku i bez prawdziwych przyjaciół. Mieszkając pod Londynem codziennie pokonuje godzinną trasę do stolicy podmiejskim pociągiem. Jak wielu z nas spogląda przez okno i dwa razy dziennie widzi te same domy, sklepy i niekiedy ludzi. Ma swoich ulubieńców, młode małżeństwo, które mieszka niedaleko jej poprzedniego miejsca zamieszkania i które często widuje na tarasie. Z czasem nadaje im nawet imiona i zaczyna snuć wymyśle historie na temat ich życia. Jak bardzo się kochają, o czułych słówkach, zajęciach w czasie wolnym itd. Cały ten wymyślony przez nią scenariusz bierze w łeb gdy w piątek rano widzi swoją ulubienicę na tarasie z innym mężczyzną, a na drugi dzień do opinii publicznej trafia informacja o jej zaginięciu. Rachel czuje, że musi coś zrobić. Musi im pomóc. Policja nie bierze na serio jej zeznań, wiec zaczyna działać na własną rękę.

 

Jest w tej powieści potencjał. Wynika on przede wszystkim z możliwości, żę każdy z nas mógł  być świadkiem takiej sytuacji. Podróże do pracy czesto umilamy sobie obserwacją innych ludzi. Gdy uświadomimy sobie, że w tak powszednich czynnosciach może kryć się dramat i przemoc czujemy się zaniepokojeni. Że to wszystko odbywa siezaraz obok nas, na naszych oczach, a jednak nikt inny nie zwraca na to uwagi. W podobnej tematyce czytałem ostatnio opowiadanie Kinga, który nie bez przyczyny jest przeze mnie przywoływany. Na okładce "Dziewczyny z pociagu" znajdziemy rekomendacje mistrza, i zapewnienie, że nie mógł się oderwać od lektury. Ja też się oderwać nie mogłem ale tylko dlatego, że ksiażkę musiałem oddać po 3 dniach. I tylko dlatego.

 

Potencjał był, tak jak wspomniałem i to nie tylko w motywie obserwatora/podglądacza. Autorka bowiem rozpoczęła powieść dzieląc ją na poszczególne dni jak w pamiętniku, lecz co ważniejsze dni te rozdzielając na RANO i WIECZÓR. Podział ten wywołany był codziennymi dwukrotnymi przejazdami bohaterki tą samą trasą. Z założenia więc Rachel opowiadał nam swoją historię z perspektywy podróży i tylko wtedy, gdy siedziała w pociągu. Pomysł jest świetny. Próba poskładania całego toku wydarzeń z fragmentów jedynie porannych i wieczornych był ambitny i wymagający. Gdyby to się udało, to byłaby to jedna z oryginalniejszych form literackich jakie czytałem. Niestety coś poszło nie tak. Autorka chyba się połapała, że nie da rady utrzymać w takim kształcie całej książki i szybko się wycofała. Już po kilkudziesięciu stronach w  części porannej czytamy co się wydarzyło wcześniejszego dnia wieczorem. W takim wypadku zrezygnowałbym już z tego sztucznego podziału, który nic nie wnosił. Zabrakło niestety konsekwencji.

 

Do głównej bohaterki stopniowo dołączają kolejne postacie, aby statecznie zamienić powieść w historię opowiedzianą z perspektywy trzech kobiet. Nie było by w tym nic złego, gdyby nie zbytnia zbieżność. Ich losy bowiem bardzo mocno się przeplatają i w pewnym momencie czytając naprzemiennie o Rachel i Meg nie wiedziałem, która jest która. Obie bowiem miały problemy w przeszłości. Obie miały do czynienia z tymi samymi mężczyznami i obie mieszkały bardzo blisko siebie. To splecenie się losów może prowadzić do konfuzji czytelnika, który musi wrócić na początek rozdziału i przeczytać jeszcze raz czyj to był zapisek.

 

Słów kilka jeszcze o fabule i domysłach. Akcja jest raczej klasyczna: porwanie, podejrzenie męża, policja nie chce współpracować wiec śledztwo na własną rękę. Na koniec konfrontacja i łał! wielkie zaskoczenie w kwestii podejrzanego. Wiele powieści detektywistycznych lub thrillerów ma taki układ, wiec nic odkrywczego tu nie znajdziemy. Co do samego zaskoczenia na koniec, to go ... nie było. W 1/3 książki wiedziałem kto jest winny i wszelkie próby zmylenia mnie przez autorkę wypadały mało przekonująco. Czytałem wiec dalej z nadzieją, że może jednak coś mnie zaskoczy. Niestety po książkach pana Deavera najwyraźniej wyćwiczyłem się w przewidywaniu wydarzeń.

 

"Dziewczyna z pociągu" to mocno nagłośniona powieść, która w gruncie rzeczy jest kiepska. Przewidywalna i napisana stylem, który nie porywa, a potrafi zakręcić. Kolejny raz przekonałem się że, bestseller oznacza tylko to co dosłowne tłumaczenie. Świetnie się sprzedaje, ale wcale nie musi być dobre