"2010. Odyseja kosmiczna" Arthur C. Clarke

2010: Odyseja kosmiczna (Odyseja kosmiczna, #2) - Arthur C. Clarke, Jędrzej Polak

Po nadrobieniu zaległości w dziedzinie klasyki, jaką bez wątpienia była „2001. Odyseja kosmiczna” głupio tak by było porzucić ledwo napoczętą serię. Dlatego też bez większej zwłoki najpierw obejrzałem film, który jednak był pierwowzorem dla książki, a następnie rozpocząłem lekturę kolejnej części. Jak się okazało, kolejność w jakiej to zrobiłem miała duże znaczenie.

 

Tak jak sugeruje tytuł, akcja dzieje się kilka lat po wydarzeniach z pierwszej Odysei.  Ludzkość postanawia nie pozostawiać na pastwę losu samotnie dryfującego w okolicy Jowisza statku Discovery. W związku z tym powstaje nowy projekt, w którego angażują się dwie największe i do tej pory rywalizujące ze sobą mocarstwa: USA oraz ZSSR.  Mieszana załoga na pokładzie nowego statku wyrusza w kilkumiesięczną wyprawę, aby oficjalnie sprowadzić Discovery do domu. Nieoficjalnie jednak, ich zadaniem jest przeprowadzić badania nad tajemniczym obiektem, do którego zbliżał się Bowman tuż przed utratą z nim łączności.  Jednak po dotarciu na miejsce, czeka ich kilka niespodziewanych wydarzeń, które trwale zmienią ich sposób postrzegania świata.

 

Pisałem we wstępnie o kolejności czytani/ oglądania pierwszej Odysei. Jest to istotne, ponieważ film jak i książka, które powstawały równolegle w kilku miejscach wyraźnie się różnią. Co niezwykłe jednak, autor w drugiej części wszelkie te odstępstwa wyrównuje, lecz w stronę filmu.  Niecodzienny to przypadek, gdzie pisarz otwarcie uznaje wyższość obrazu nad słowem pisanym. Wielokrotnie podczas lektury natknąć się można było na retrospekcje, które trwały nawet przez całe rozdziały. Nie tylko wyjaśnione w nich były rozbieżności na linii film-książka, lecz również streszczały one pokrótce całą fabułę poprzedniej części. Tego zabiegu akurat nie lubię. Doceniam fakt, że autor pomyślał o nowym czytelniku, który przez przypadek, czy też nieroztropnie zaczął lekturę od drugiej części i może się przez to poczuć zagubiony. Dzięki tym zabiegom wszystko staje się dla niego jasne i nie musi się głowić nad przeszłymi wydarzeniami. Jednak w przypadku osoby, która czytała książkę po książce, wtręty te były nużące. Początkowo było nawet znośnie, gdyż autor zajmował stanowisko w sprawie dysonansu książki i filmu, lecz później było to po prostu streszczanie minionych wydarzeń. Te fragmenty z dziką chęcią bym pomijał, gdyby nie fakt, że zamiast słowa pisanego przyswajałem lekturę pod postacią audiobooka.

Co do samej fabuły szału nie ma. Większość jest niestety przegadana i przynudza przydługimi opisami lub też podróżami reinkarnowanego Bowmana, będącego chłopcem na posyłki nieznanej wyżej rozwiniętej obcej cywilizacji.  Dopiero pod koniec otrzymujemy zastrzyk solidnego sci-fi z bardzo niespodziewaną końcówką. Gdyby wyciąć wszystkie retrospekcje i przypominajki to lektura wiele by zyskała, ale cóż.

 

„2010. Odyseja kosmiczna” nie jest zachwycającym dziełem, lecz czuć w niej klimat pierwszej części. Posiada również bardzo duży potencjał, powstały z zakończenia. Mam nadzieję, że kolejne tomy wykorzystają to i będzie już tylko lepiej