"Ja inkwizytor. Kościany Galeon" Jacek Piekara

Ja inkwizytor. Kościany galeon - Jacek Piekara

Kolejny już tom przygód inkwizytora Mordimera. Będzie to chyba z 10 część, więc nasuwa się pytanie, czy seria ma jakieś plany na zakończenie, czy też przerodzi się w telenowelę. Pewnym optymizmem napawa fakt, iż jest to ostatnia część podcyklu "Ja inkwizytor". Pozostaje więc albo napisanie wyczekiwanego kilkanaście lat piątego tomu głównego cyklu, albo przedłużenie "Płomień i krzyż". Albo rozpoczęcie kolejnego odgałęzienia fabuły. Nie chcę podpowiadać autorowi, więc skupię się na ocenie "Kościanego galeonu"

 

Na samym początku muszę podkreślić, że tym razem zostaliśmy uraczeni powieścią. Pełnowymiarową i tylko jedną. Zaznaczam ten fakt, ponieważ wcześniejsze przygody wydawane były w formie zbiorów opowiadań lub minipowieści. Najwidoczniej autor doszedł do wniosku, że w końcu trafił na pomysł, który można odpowiednio rozbudować, aby wydać w samodzielnej formie. Od razu więc duży plus z tego tytułu. A z czym będzie miał do czynienia najsłynniejszy literacki inkwizytor? Otóż zostaje wysłany do portowego miasta, gdzie ma pomóc pewnemu kupcowi w odnalezieniu jego wspólnika. Wypłynął on w bliżej nieokreślonym celu, natomiast jedyny marynarz, który powrócił zarzeka się, że nic nie pamięta. Przyznacie, że jest to zadanie bardziej pasujące do detektywa niż pracownika Świętego Oficjum. Mordimer podobnie rozumując chciał sprawę jak najszybciej odwalić i zgarnać wynagrodzenie. Niestety los zmusił go do długiej podróży morskiej, której szczerze nienawidzi i zaprowadził na bardzo tajemniczą bezludną wyspę. I dopiero tam zaczynają się dziać rzeczy bardziej pasujące do jego profesji.

 

Muszę zaznaczyć, że powieść rozwija się dosyć leniwie. Zanim dochodzimy do momentu w którym pojawiają się siły nieczyste mija prawie połowa książki. Do tego czasu mamy przed soba po prostu powieść obyczajowo-detektywistyczną. Później jest już dużo lepiej, ale nie oczekujmy wielkich fajerwerków. Kilkukrotnie łapałem się na tym, że dopatrywałem się intryg i spisków w scenach, które takowych absolutnie nie posiadały. Pytanie teraz, czy jest to zbytnie uproszczenie historii przez autora, czy też ja na siłę doszukuję się już twistów fabularnych i innych niespodzianek. Spotkanie z tytułowym Kościanym Galeonem również wypada raczej blado. Spodziewałem się troche więcej dramaturgii ,albo chociaż dokładnych opisów rytuałów, które jego przybycie poprzedziły. Biorąc pod uwagę naturę przymusowego wspólnika Mordimera, musiały być one niezwykle ciekawe. No ale w zamian dostałem historię o inkwizytorze wraz z całym pakietem dodatków, do których Piekara przez lata już mnie przyzwyczaił. Są piękne kobiety i rozkosze z nimi związane, jest wykwintne jadło oraz długie biesiadowanie, są celne uwagi zarówno Mordimera jak i jego towarzyszy dotyczące obecnego nam społeczeństwa, kleru oraz homoseksualistów. Całość psuje nieco epilog, który jest wyjątkowo przeciagnięty. Objętościowo jest to około 80 stron podczas których mamy maksymalnie dwa ważne wydarzenia oraz brak mocniejszego akcentu na zakończenie. Za długi lub za miałki. Wybierzcie sami.

 

"Kościany galeon" mimo kilku mankamentów i przecietnego zakończenia jest pozycją dorównującą poprzednim częściom cyklu inkwizytorskiego. Ba, nawet przewyższa je pod względem objętości oraz umieszczeniu w nim tylko jednej powieści. Fani twórczości Piekary na pewno nie będą zawiedzeni.