"Słowa światłości" Brandon Sanderson

Słowa światłości -  Brandon Sanderson, Anna Studniarek

Dawno nic mnie tak nie poruszyło jak pierwszy tom Archiwum Burzowego Światła. Nie dziwne więc, że nie wytrzymałem długo i wkrótce po skończeniu "Drogi Królów" sięgnąłem po drugą część. Są bowiem takie serie, które chce się czytać ciurkiem, tom za tomem i najlepiej żeby się nigdy nie skończyły. Czy i tutaj będzie podobnie? Przekonajmy się.

 

Wróciliśmy więc do przygód Kaladina, Dalinara i Shallan. Po wielu perypetiach tej trójce udaje się spotkać i razem... no właśnie. Każdy ma inne cele. Dalinar pragnie odrodzić Świetlistych i dzięki temu uratować królestwo. Shallan pragnie kontynuować badania swojej mentorki i odnaleźć zaginione starożytne miasto. Natomiast Kaladin skupia się na zemście wymierzonej przeciwko  skorumpowanemu i zepsutemu jasnookiemu, który w opinii innych jest nieskazitelny. Od ich współpracy będzie zależało, czy uda się powstrzymać Spustoszenie, a więc cyklicznie wracającą zagładę ludzkości. Pytanie tylko, czy będą w stanie porzucić swoje prywaty dla tego celu...

 

 

Mówiąc szczerze ksiażka ta mnie i zaskoczyła i zawiodła. Zawiodła, gdyż praktycznie nie wprowadzono nowych postaci. Wg bowiem informacji do jakich się dogrzebałem, autor planuje wydać 10 (!) tomów tej serii i każdy ma się skupiać na innej postaci. Logicznym więc wydawało mi się stopniowe przedstawianie nam innych potencjalnych Świetlistych, żeby zacząć się z nimi oswajać. W przeciwnym przypadku dostaniemy 4 nowych nieznajomych, których trzeba będzie na nowo umiejscowić i zdecydować o poziomie sympatii jaką ich obdarzymy bądź nie. No dobra, kilka nowych person się pojawiło, lecz poświęcono im raptem kilkanaście stron i nie jestem pewien czy byłą to forma wprowadzenia ich czy tylko próba szerszego opisu świata. 

To teraz czas powiedzieć w czym mnie zaskoczyły "Słowa światłości". Wiążę się to ściśle z ilością postaci o której wspomniałem przed chwilą. Nastawiając się bowiem, że każdy tom będzie się skupiał na innej osobie, trzeba się liczyć z ewentualnością, że nie przypadnie nam ona do gustu. I co wtedy? Czytać ponad 900 stron o kapryśnej dziewczynie, która była rozpieszczana przez całe życie? Przecież ja jej nie lubiłem, a teraz na siłę rozwijają jej wątek. I tu niespodzianka. Nie była to męczarnia. Mimo uprzedzenia do Shallan w poprzedniej części okazało się, że autor jest w stanie tak poprowadzić jej wątek, że staje się interesujący. Brawo dla tego Pana! mam nadzieję, że pozostałe części poprowadzi w równie mistrzowski sposób.

 

"Słowa światłości" wciągały w równie mocny sposób jak i pierwszy tom. Cały czas się zastanawiam gdzie ja się podziewałem, gdy Sanderson wydawał te książki. Ocenę obniżam o pół gwiazdy tylko dlatego, że nie było nowych postaci wprowadzonych, Ale powinno się to niedługo zmienić.