Terry Pratchett, Stephen Baxter "Długa Ziemia"

Długa ziemia - Stephen Baxter, Terry Pratchett, Piotr W. Cholewa

Co może wyjść z połączenia dwóch brytyjskich umysłów, które podobno są wybitne? Zależy, czy uważacie zarówno Baxtera jak i Pratchett'a za wybitnych. Przyznam się, że o Pana Baxterze nie słyszałem absolutnie nic, więc był to dla mnie w połowie strzał w ciemno. Pratchett'a odkrywam na nowo, więc sprawdzę, co też stworzył tym razem.

 

A Panowie stworzyli całkiem interesujący świat. Wyobraźcie sobie, że nasza Ziemia nie jest jedyna. Że istnieją niezliczone inne Ziemie, które różnią się od naszej czasem jakimś szczegółem, a czasem tak radykalnie, że bardziej się nie da. Na każdej coś potoczyło się inaczej niż u nas, lecz z grubsza wszystkie są podobne. Układ kontynentów jest taki sam, rośliny i zwierzęta odpowiadają nam znanym, a złoża surowców naturalnych są nietknięte. Brakuje tam tylko innych myślących istot. W skrócie są niezamieszkane. I nagle każdy człowiek na świecie zyskuje umiejętność przekraczania do sąsiadujących światów, dzięki prostemu urządzeniu napędzanego... ziemniakiem(chwała Pratchett'owi  :) ). Wyobraźmy sobie zakładkę włożoną pomiędzy strony nieskończenie grubej ksiażki. Dzięki krokerowi, każdy może przekroczyć z tej zakładki na sąsiadującą stronę na wschód lub zachód. Nasz świat, to Ziemia Podstawowa, natomiast wszystkie pozostałe, to Długa Ziemia. Oczywiście istnieją pewne niedogodności. Jednorazowo można przekroczyć tylko o jeden świat i okupione jest to przynajmniej 15 minutowymi mdłościami i wymiotami. Dodatkowo nie wiedzą czemu, nic co żelazne nie przenosi się z nami. Więc zapomnijcie o narzędziach czy broni. W nowym świecie trzeba zaczynać od nowa.

 

Mamy więc świat, w którym wszelkie problemy z przeludnieniem, czy też surowcami naturalnymi zniknęły w oka mgnieniu. Ba. Każdy może mieć swoją własną kopalnię złota nawet. I w tym świecie poznajemy Joshue, który jest naturalnym kroczącym. Oznacza to, że nie ma on problemów żołądkowych podczas przechodzenia, a co więcej nie potrzebuje krokera. Chwila skupienia i już jest świat dalej. Zostaje on zatrudniony przez Lobsanga, czyli pierwszego w historii robota, który został oficjalnie uznany za człowieka. Podobno w poprzednim wcieleniu był tybetańskim mechanikiem motocyklowym i karma tak chciała, że odrodził się w żelowym nośniku pamięci. I ta barwna para postanawia odnaleźć kraniec Długiej Ziemi. Wyruszają w podróż w nieznane, która może trwać i trwać. 

 

"Długa Ziemia" jest dobrze skonstruowaną powieścią drogi. Oprócz jednak samej podróży naszych głównych bohaterów, na uwagę zasługują wątki poboczne, które nadają głębi temu pomysłowi. Mówię tu o rozważaniach, czy Lobsang jest faktycznie człowiekiem, czy też niezwykle zaawansowanym technologicznie programem, o masowych migracjach ludzi, którzy wykorzystując szansę nowego życia od zera są w stanie porzucić swoje rodziny, o podziałach na samej Podstawowej, gdzie oprócz naturalnych kroczących są też ludzie, którzy nie są w stanie przekroczyć nawet z krokerem. No i finał, który daje nam do myślenia o tym, czy, prawdziwe zagrożenie dla ludzkości znajduje się na krańcu Długiej Ziemi, czy też wcale nie trzeba tak daleko szukać...

 

Spojrzycie teraz na tę recenzję, gdzie generalnie nasłodziłem i porównacie z oceną, która jest... przeciętna. Skąd ta różnica? Otóż odpowiedź jest banalnie prosta: ja nie lubię ani kina drogi, ani literatury drogi. Dlatego też mimo najszczerszych chęci (oraz noża na gardle, w postaci zbliżającego się terminu zwrotu książki do biblioteki) nie byłem w stanie szybko tej książki ukończyć.

Wystawiam 3 bo tak czuję, lecz gorąco polecam, żebyście też przeczytali i kłócili się ze mną :D