"Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman

Ocean na końcu drogi - Gaiman Neil

Miałem przeczytać coś lekkiego i krótkiego, aby zregenerować się po ostatniej lekturze. Bez dłuższego zastanowienia chwyciłem więc za nowego Gaimana, który zawsze dobrze mi się kojarzył. Każda jego książka pociąga za sobą masę wspomnień i to przede wszystkim pozytywnych, więc tym bardziej rozpocząłem lekturę.

 

"Ocean na końcu drogi" jest powieścią, czy też bardziej minipowieścią(niespełna 200 stron dosyć dużą czcionką), opowiadającą historię pewnego chłopca 40 lat temu. Wszystko zaczęło się od samobójstwa współlokatora. Ta śmierć obudziła czy też przyciągnęła za sobą dziwne i odległe stworzenia, które postanowiły uszczęśliwić ludzi nawet wbrew ich woli. Siedmioletni chłopiec, którego również bezpośrednio to dotknęło postanawia zasięgnąć porady nowo poznanej przyjaciółki, jedenastoletniej Lettie. Mieszka ona wraz z matka i babcią w staromodnym domu na końcu drogi. Za domem natomiast znajduje się kaczy staw, będący w rzeczywistości oceanem. Tak zaczyna się przygoda, która miała być krótką interwencją, natomiast przerodziła się w walkę o rodzinę i własne serce...

 

Więcej o treści napisać nie mogę, ponieważ zdradziłbym zbyt wiele. Gaiman jak nikt inny potrafi stworzyć historię oniryczną, przeplatającą się z naszym światem w taki sposób, że nie sposób czasem ich odróżnić. Dodajcie do tego szczyptę grozy a otrzymacie esencję jego twórczości. O ile jednak poprzednie jego pozycje bardzo  mocno do mnie trafiały, to tutaj zabrakło mi czegoś.

"Ocean na końcu drogi" to na pewno przepiękna opowieść o przyjaźni oraz dzieciństwie. O tym, jak dzieci postrzegają dorosłych, ale i na odwrót. Jak łatwo dziecko zranić nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jednak jest to tylko poboczne przesłanie. Główną prawdą jest tu ludzka chciwość. Chęć posiadania jak najwięcej często nie oglądając się na innych. Trzeba sobie jednak uświadomić, że nie pożądamy pieniędzy. Pożądamy rzeczy, jakie możemy za nie zdobyć. Ta prosta prawda oraz przyjaźń pomiędzy naszym małym bohaterem a Lettie to dwie główne rzeczy pozostające mi w głowie po skończeniu lektury.

 

Więcej nie napiszę, bo nie mam o czym. Ksiażka jest napisana dobrze, lecz rzemieślniczo. Nie zachwyciła mnie, nie wciągnęła i nie ujęła. Na jej obronę dodam jednak, że magia w niej przedstawiona jest bardzo interesująca. Sam motyw trzech kobiet mieszkających samotnie w dziwny sposób wydaje mi się znajomy. Pewnie dlatego, że jestem po lekturze "Sandmana", a tam wielokrotnie przewijały się trzy wiedźmy(?). Tak więc jest to dodatkowy smaczek dla miłośników Gaimana.

 

I tyle. Czy warto przeczytać? Oczywiście, że tak. Każdy ma prawo do własnej opinii. Wybaczcie jednak, że ja z zachwytu nie zapieję