"Bogowie, honor, Ankh-Morpork" Tery Pratchett

Bogowie, honor, Ankh-Morpork - Pratchett Terry

Niedawno czytałem opowiadanie Pilipiuka, w którym świat był nie kulą, lecz wielką miską. Ubawiłem się wtedy, ale i przypomniało mi się, że dawno już nie zaglądałem do najbardziej znanego płaskiego Universum w świecie literatury. Dlatego też czym prędzej przejrzałem półkę i wróciłem do Świata Dysku i komendanta Vimesa.

 

"Bogowie, honor, Ankh-Morpork" są bowiem kolejną częścią cyklu o straży miejskiej, gdzie głównymi bohaterami są komendant Vimes oraz patrycjusz Vetinari. Tym razem mamy aferę międzynarodową, ponieważ pośrodku morza wyłoniła się nagle wyspa Leshp. Problem jest taki, że zarówno Ankh-Morpork jak i sąsiadujący przez owo morze Klatch roszczą sobie prawo do tego kawałka skały. Klatch jest pustynnym krajem, gdzie najpopularniejszymi zwierzętami są wielbłądy, natomiast obowiązkowym nakryciem głowy turban. Nasuwają sie wam jakieś skojarzenia? I bardzo dobrze, bo mamy tu do czynienia z groteskowym ukazaniem ksenofobii oraz stereotypów kulturowych. Nie mogąc dojść do porozumienia obydwa narody postanawiają wyruszyć na wojnę, która rozwikła wszelkie niedomówienia. Na takie rozwiązanie nie godzi się Samuel Vimes, dlatego też zbiera osobistą armię i rusza za morze zaprowadzić porządek. Oprócz tego mamy szalonego wynalazcę, zamachy, śledztwa, przebierane maskarady oraz niezawodnego kaprala Marchewę. Czyli jak zwykle pomieszanie z poplątaniem, które jakimś cudem, znanym tylko Pratchettowi trzyma się kupy.

 

Lecz nie do końca. Sam wątek wzajemnej niechęci oraz ignorancji kulturowej ukazany jest w sposób cudowny. Do tego stopnia, że spojrzałem czy książka nie była wydana po 2001 roku przypadkiem. I tu niespodzianka, ponieważ nie! Autor w 1997 roku był w stanie oddać to, co stało się kilka lat później. Prorocza wizja? Któż to wie. Jednak pozostałe aspekty powieści w jakiś sposób mi umykały. Zbyt dużo intryg, zbyt wiele postaci i ogólny zamęt sprawiły, że po prostu się pogubiłem raz czy dwa. Wpłynęło to mocno na ogólną ocenę ksiażki, którą porównać mogę do podróży w górach .Raz wzloty, a raz zjazdy w doliny i mozolne wspinaczki pod górkę.

 

"Bogowie, honor..." to przeciętna książka opowiadająca w zabawny sposób o dyplomacji, niechęci rasowej oraz samej wojnie. Zamysł był dobry, lecz tym razem autor mnie nie porwał, jak to się działo w poprzednich tomach. Spośród dotychczas przeczytanych ksiażek z cyklu o straży miejskiej, ta wydaje mi się najsłabsza lecz mimo wszystko i tak polecam, choćby dlatego, aby zobaczyć Noobsa w damskich ciuszkach :)