"Fight club" Chuck Palahniuk

Fight Club: Podziemny Krąg - Lech Jęczmyk, Chuck Palahniuk

Są takie książki, które po prostu trzeba przeczytać. I nawet, jeżeli wiesz o czym są , to i tak walną cię w twarz i będą tak walić, aż przestaniesz się ruszać. Albo się poddasz. Zupełnie jak w Klubie Walki. Jak pewnie większość z was pamięta, pierwszą zasadą Klubu Walki, jest nie rozmawiać o Klubie Walki. Aby to podkreślić, druga zasada brzmi identycznie. Ja obydwa te przykazania złamię w tym momencie, bo mam zamiar Wam opowiedzieć o tej książce. Mam nadzieję, że zachowam wszystkie zęby.

 

Główny bohater, to bezimienny pracownik firmy motoryzacyjnej, który cierpi na chroniczną bezsenność. Za radą swego lekarza zaczyna odwiedzać liczne grupy wsparcia, które uświadamiają mu, czym jest cierpienie i dążenie do śmierci. Dzięki tym wizytom i doświadczając śmierci może on poczuć, że bardziej żyje. Wywodząc się z pokolenia, które narzuca wzorce życia i postępowania, nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca. Dopiero po spotkaniu Tylera i pierwszej wspólnej bójce zaczyna odczuwać jakąś zmianę w dotychczasowej egzystencji. Założony przez nich Klub Walki zaczyna być coraz bardziej popularny. W pewnym momencie jednak, wszystko wymyka się spod kontroli...

 

Nie mogę zdradzić zakończenia, ponieważ zepsuję wam całą przyjemność z lektury. Kto jednak uważa, że "Fight club" jest po prostu lekturą o mordobiciu powinien się jeszcze raz poważnie zastanowić. Owszem jest brutalna. I to miejscami bardzo. Jest też często wulgarna i  chamska. Pełna anarchii i chaosu. Lecz najbardziej przerażające są przyczyny wystąpienia tego zamieszania. To spokojne, uporządkowane i zaszufladkowane życie. Życie w którym każdy jest małym, bezimiennym trybikiem w wielkiej korporacyjnej machinie. Gdzie nasze pragnienia i dążenia wykreowane są przez media i popkulturę. I po takiej obróbce człowieka otrzymujemy szarą, bezbarwną papkę, ktora nie ma własnego zdania i podąża ślepo za pierwszym, który wskaże jej kierunek. I cała ta anarchia, to mordobicie i walenie twarzą o betonową podłogę sprawia, że przeciętny pracownik biurowy, który całe życie nie zdejmował krawata coś poczuł. COŚ, co jest autentyczne i tylko jego. Dzięki temu poznał swoją wartość i zdobywa pewność siebie.

Z każdym szwem na policzku, główny bohater czuł się lepiej. Wiedział, że ograniczenia istnieją i starał się do nich zbliżyć. To już nie były tylko puste słowa, czy czcza gadanina. To było autentyczne. I to jest główna płaszczyzna tej powieści. Druga natomiast traktuje o tym, jak niewiele potrzeba, żeby to się wymknęło spod kontroli. Jak wystarczy jeden charyzmatyczny człowiek, aby pociągnąć to poza granicę rozsądku. Bo w głębi każdego człowieka czai się chaos i przemoc. Jest to wybuchowa mieszanka. Jedna iskra może doprowadzić do wielkiego pożaru. Wystarczy tylko odpowiednio suche podłoże.

Tyler był tą iskrą.

 

"Fight Club" to mocna lektura pełna przemocy i chaosu. Na pewno spodoba się męskiej części czytelników. Okazuje się jednak, że operując tak prymitywnymi obrazami mozna przekazać dużo więcej, niż na pierwszy rzut oka. Dawno już chciałem zabrać się za tą lekturę. Cieszę się, że w końcu mi się udało