zaczytany

Czytałem, czytam i czytać będę. Może więc to dobry pomysł, aby propagować to wspaniałe zajęcie i podzielić się z innymi opiniami na temat tego, co przeczytane...

"Każde martwe marzenie" Robert. M. Wegner

Każde martwe marzenie - Robert M. Wegner

Dobra seria fantasy ma umiejętność przyciągnięcia i nie wypuszczenia z objęć czytelnika. Tak też miało miejsce w przypadku "Opowieści z Meekhańskiego pogranicza". OD momentu przeczytania pierwszego tomu wiedziałem, że kolejne będą w czytaniu i to prędzej niż później. Dzisiaj skończyłem ostatni jak do tej pory tom powieści i czuję pewnego rodzaju pustkę, ale o tym za moment.

 

Piąta cześć różni się od poprzednich sposobem narracji. Wcześniej mieliśmy do czynienia z dwoma grupami bohaterów, których autor łączył ze sobą. Pierwsze dwa tomy to niezależne historii północy, południa, wschodu i zachodu. Kolejne części to już spotkanie się naszych grupek, co dało przygody łączone północ-wschód oraz południe-zachód. Tutaj mamy wszystkich bohaterów w jednym tomie. Przez większość książki spoiwem łączącym wszystkich jest Cesarz Imperium, który wraz ze swoimi szpiegami robi przegląd sytuacji w swoim państwie. Co chwile wspomina sytuacje w różnych jego częściach co przenosi nas bezpośrednio do opisywanego zakątka świata. Są tego plusy i minusy. Niewątpliwą zaletą, jest opisanie przygód wszystkich dotychczas poznanych postaci. Nie trzeba już czekać aż autor napisze kolejna książkę, bo akurat w tej nie uwzględnił naszych ulubieńców. Minusem jest niestety częste przeskakiwanie w wątkach i pewnego rodzaju rozmycie się akcji.Ale czego możecie się spodziewać tym razem? Oj dużo by pisać, więc ograniczą się do kilku głównych wątków.

Laskolnyk wraz ze swoim czaardanem wyruszają na południe aby zrobić rozeznanie w związku z niepewną sytuacją w tamtym rejonie. A dlaczego sytuacja jest niepewna? Ponieważ po przejęciu władzy w Białym Konoweryn Deana stoi przed groźbą wybuchu buntu niewolników. A cała gospodarka południa oparta jest na ich pracy.

Na północy natomiast Straż Górska pilnuje przesmyku do którego zmierzają barbarzyńskie ludy aherów, zmuszone do tego niezwykle długą zimą. Taki niespodziewany najazd może bardzo zaszkodzić imperium, więc szukają źródła tej wędrówki. I trafiają na coś, co nie było przeznaczone dla ich oczu.

Najmłodsza córka Wozaków natomiast podróżuje w nieznanym jej świecie, gdzie niebo jest wiecznie szare i można spotkać czwororękie bestie. Szanse na przeżycie są bardzo nikłe, ale Wozacy słyną z zaciekłości.

 

"Każde martwe marzenie" to świetne rozwinięcie koncepcji przedstawionej we wcześniejszych częściach. Ja wiedziałem, że bogowie będą tu toczyć ze sobą rozgrywki w których ludzie będą tylko marionetkami, ale takiego rozmachu to chyba nikt się nie spodziewał. Pierwsze dwa tomy nie zapowiadały świata tak przemyślanego i rozbudowanego zarówno pod względem geografii i polityki ale i kosmogonii. Jedyny minus jest taki, że jak na razie jest to ostatni dostępny na rynku tom i na kolejne części trzeba będzie poczekać.

"Pamięć wszystkich słów" Robert M. Wegner

Pamięć wszystkich słów. Opowiesci z Meekhańskiego pogranicza - Wegner Robert M.

Wracamy do Meekhanu? Nie, przecież wcale go nie opuściliśmy. Poprzednia część rozpaliła ciekawość to nie można było przerwać tak ciekawej serii. Bez zbędnej zwłoki wskakujemy w kolejny tom jednej z najlepszych serii polskiej fantastyki.

 

Bohaterami tego tomu jest dwójka poznanych wcześniej bohaterów. Jeden z nich to złodziej Altsin, który stara się dojść do porządku z samym sobą i tym "drugim". Po wydarzeniach jakie miały miejsce w jego rodzinnym mieście zaszywa się na odległej wyspie, na której stara się znaleźć plemienną wiedźmę poniekąd odpowiedzialną za jego obecny stan. Nie jest to jednak łatwe przedsięwzięcie, ponieważ plemię do którego należy jest ekstremalnie wrogo nastawione do każdego obcego. A czas ucieka, co nie wpływa dobrze na jego równowagę psychiczną.

Drugą postacią, której historie poznajemy według wcześniej poznanego klucza powinien być Yateh, wyklęty południowiec ale autor robi nam tu psikusa. Yatech pojawia się ale tylko w interludiach, natomiast pałeczkę pierwszeństwa przejmuje jego siostra, którą poznaliśmy wcześniej ale niejako przy okazji historii jej brata. W wyniku zawirowań plemiennych zmuszona jest opuścić swój klan i udać wędrówkę. Jeżeli myśleliście, że plemię Issaryjczyków zamieszkują południowe krańce imperium, to przeżyjecie szok. Otóż jest jeszcze dalsze południe i to właśnie je poznamy wędrując z Deaną. I będzie to jedna z ciekawszych krain.

 

Książka nie jest twardo podzielona na dwie części. Historie naszych bohaterów przeplatają się dzięki czemu jesteśmy cały czas informowani równolegle o ich losach. Gdybym tylko miał więcej czasu, to prawdopodobnie łyknąłbym tym tom w kilka dni, ponieważ czyta się go z wielką lekkością i przyjemnością. Paradoksalnie jednak, dzięki  takiemu rozłożeniu w czasie mogłem w spokoju podelektować się lekturą. I cóż mogę powiedzieć? Nareszcie wszystko zaczyna nabierać sensu. Moje domysły, że główni bohaterowie są tylko pionkami w jakiejś większej rozgrywce bogów znalazło potwierdzenie. Teraz ciężar narracji przesunął się w stronę starych jak i nowych bogów, którzy pociągając za sznurki manipulują śmiertelnikami. Jednak, jak można się domyśleć, nie każda marionetka jest podatna na szarpnięcia tym sznurkiem. Więc niby dobrze znany motyw "tych słabszych" którzy stawiają się potęgom ale jednak czyta się świetnie. 

 

Ciekaw jestem jak autor planuje rozwinąć tą historię i ile tomów mu to zajmie. Nie ukrywam, że wolałbym aby seria nie rozwlekła się niemiłosiernie, tak aby można było ją przyjąć na raz. Na ten moment jest to jedna z najlepszych polskich serii fantasy z aspiracjami na TOP 1. ALe poczekamy

"Niebo ze stali" Robert M. Wegner

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Robert M. Wegner

Jakże miło się czytało poprzednie tomy. Nie trzeba było więc mnie namawiać specjalnie, aby szybciutko sięgnąć po następny tom tym bardziej, że nasi bohaterowie z różnych stron Imperium powinni się już spotkać.

 

"Niebo ze stali" to łączona historia Górskiej Straży oraz oddziału Laskolnyka, a dokładniej jego dwóch członkiń. Kailean oraz Daghena zostają wysłane pod przykrywką do zamku hrabiego. Został on podejrzany, ponieważ tajemnicze morderstwa dotykające całą okolicę zdają się mieć swoje źródło właśnie tak. Nasze zaprawione w bojach wojowniczki musza więc udawać Wozacką księżniczkę i służkę aby wydobyć z zamku wszystkie sekrety. Miały wiele podejrzeń, ale to co je spotkało nie było do przewidzenia.

Natomiast Kenneth wraz z resztą oddziału dostał za zadanie eskortowanie Wozaków przez góry. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi, cały naród wraz z dobytkiem ma się przedostać "przypadkiem" przez jedne z najgroźniejszych gór w Cesarstwie i wjechać sobie na porzuconą niegdyś równinę o której śnią po nocach. Powiedzieć, że to misja samobójcza to nic nie powiedzieć. A pułkownik nasz ma za zadanie chronić ich po drodze, bo w całych górach dochodzi do tajemniczych morderstw. Zdecydowanie niewdzięczna robota.

 

Oczywiście w pewnym momencie wszyscy bohaterowie spotkają się aby wspólnie złączyć swoje siły lecz trochę czasu im to zajmie. I bardzo dobrze. Obcowanie z prozą Wegnera to czysta przyjemność i z wielką radością przewracałem strona za stroną. Nie wiem która postać jest moją ulubioną, najchętniej wszystkich postawiłbym na tym samym stopniu podium. Co istotniejsze jednak od moich sympatii to rozwój fabuły. To już nie są luźne opowiadania dotyczące poszczególnych zakątków Cesarstwa. Tu się wszystko zaczyna splatać w poważniejszą historię. Histrorię w której główną rolę odgrywają bogowie, a śmiertelnicy są jak pionki na szachownicy. Skazani na porażkę.

Pamiętacie jednak co się dzieje, gdy pionek dojdzie na przeciwległą linię szachownicy?

No właśnie...

Gra nie jest jeszcze skończona

 

Polecam serdecznie każdemu kto zapoznał się z pierwszmi dwoma tomami. Bez ich znajomości nie ma co nawet brać do ręki tej książki.

"Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód" Robert M. Wegner

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód - Robert M. Wegner

Odczekałem nieco więc wracam do jednego z większych miłych zaskoczeń końca ubiegłego roku. Północi południe, czyli poprzedni tom był świetny, wiec szybciutko zakupiłem resztę serii i w najbliższym czasie tylko ona będzie u mnie na rozkładówce. Tak więc szykujcie się.

 

Wschód-Zachód ma bardzo podobną strukturę do swojej poprzedniczki. Podzielona jest na dwie części i każda z nich opowiada o następnym bohaterze. Inaczej jednak, niż wcześniej, pod koniec przygody kazdego z bohaterów spotyka sie on z poznanymi juz wcześniej postaciami. Dzięki temu prawdopodobnie stworzą nam się pary Wschód- Północ i Zachód-Południe, o których przygodach poczytamy później.

Wschód opowiada o Kailean, młodej członkini czaardanu legendarnego dowódcy kawalerii Laskolnyka. Wyobraźcie sobie wielkie stepy, zgraną drużynę jeźdźców i ich nieodłączne rumaki. Jeżeli lubicie historie o Kozakach i to przypadnie wam do gustu. Czaardan w którym jeździ główna bohaterka nie jest tylko najlepiej wyszkolonym oddziale na wschodnich rubieżach, ale jak sie okazuje zrzesza ludzi o niepospolitych zdolnościach które zapewne były by potępione w centrum Imperium. Laskolnyk jednak ma co do nich pewne plany.

Zachód to młody złodziej Altsin, który stara sobie jakoś radzić w mieście portowym Ponkee-Laa. Co ciekawe, nie jest ono częścią Imperium, gdyż oparło się jego atakom. Alstin jest wygadany, sprytny i bezczelny a więc posiada wszelkie wady i zalety młodości. Niestety posiada też zdolność wpychania nosaw nieswoje interesy co doprowadza go do kłopotów. O ile z walką w zaułkach albo z wkurzonymi alfonsami daje sobie radę, to sprawa staje się poważniejsza, gdy zamieszane w to zostają siły nadprzyrodzone. Wtedy okazuje się, że nie ze wszystkim można sobie poradzić za pomocą ciętej riposty i szybkim nogom.

 

Na pierwszy rzut oka mamy tutaj powielenie koncepcji z Północ-Południe. Jednak, jak już wspomniałem we wstępie, nasi bohaterowie zaczynają dobierać się w drużyny. Ona natomiast wezmą udział w czymś stanowczo większym niz przygraniczne potyczki. Wschód-Zachód wyraźnie wprowadza nas w rozgrywki sił, dla których śmiertelnicy znaczą tyle co pył na wietrze. Czy są to Bogowie, czy też inne nadprzyrodzone stworzenia przyjdzie nam zobaczyć w kolejnych tomach, ale czuję się mocno zmotywowany do sprawdzenia tego.

 

Jest to bardzo solidna pozycja fantasy, brak jej jednak tego polotu, jaki oferowało Północ-Południe. Tam potrafiłem się wzruszyć, zacisnać zęby z gniewu lub wybuchnąć kilka razy śmiechem. Tutaj przyjąłem lekturę bez większych emocji, bądź też bez problemu je kontrolowałem. Nie jest to zarzut, a jedynie informacja, abyście nie spodziewali się takiego "uderzenia" jakie zaserwowała część poprzednia. Jest bardzo solidnie i czuć przygotowanie do czegoś "większego". Idę więc sprawdzić co to takiego

 

 

 

"Ogień i krew t.1" George R.R. Martin

Ogień i krew t.1 - George R.R. Martin

Książka Martina o Westeros, to musi być hit, co nie? A jeżeli nawet nie hit, to taki żelazny kandydat do przeczytania. No więc sprawdźmy, czy można czytać o Westeros ale bez znanych nam z Gry o tron bohaterów.

 

Tak na prawdę, wspomnienie, że jest to książka osadzona w Westeros nic nam nie daje. Dzieje sie tak dlatego, ponieważ akcja ma miejsca na długo przed znanymi nam wydarzeniami. "Ogień i krew" opowiada historię Targeryenów. Starożytnego rodu, którzy są w stanie okiełznać smoki. Ze znanej nam sagi wiemy niewiele. Ostatni przedstawiciele tego rodu są na wygnaniu i szukaja sprzymierzeńców aby odzyskać tron. Ale kiedyś to oni władali całym Westeros i nie było na nich mocnych. Jak wyglądały te lata i jakim cudem zostali obaleni? Tego wszystkiego (prawie) dowiemy się z tej książki. Jest jednak jeden mankament.

Ksiażka spisana jest w formie kroniki. Nie jest to powieść fabularna, chociaż można znaleźć jej fragmenty. Są to zapiski skryby, która zebrał wszystkie dostępne źródła historyczne i bazując na nich starał się jak najdokładniej opisać minione dzieje. Nie każdemu ta forma będzie pasowała.Mi nie przeszkadzała i nawet stanowiłą ciekawe urozmaicenie narracyjne. Jest i drugi zarzut, czy też może cecha autora. Martin uwielbia rozbudowane historie w których osadza całe zastępy bohaterów. Forma kroniki pozwala mu na to a nawet wymusza aby o każdym członku rodziny coś naskrobał. I uwierzcie, mi jeżeli król Jeherys miał 13 dzieci to pisząc osobno o każdym z nich można sie nieźle pogubić. Książkę należy czytać płynnie, ponieważ po dłuższej przerwie trudno się odnaleźć wśród nazwisk i tytułów. ALe jest to cecha Martina, którą trzeba brać pod uwagę sięgając po jego dzieła. 

 

Podsumowując jeżeli chcielibyście pogłębić swoja wiedzę o okresie panowania Targeryenów to jest to zdecydowanie ksiażka dla was. Pierwsze sto kilkanaście lat opisanych w pierwszym tomie czytało się ciekawie i jestem więcej niż ciekaw, co się działo później. Trzeba więc szukać tomu drugiego. 

"Echopraksja" Peter Watts

Echopraksja - Peter Watts

Są takie książki, które miały być tylko przerywnikiem przed powrotem do jakiejś serii. Takie, które czyta się szybko, przyjemnie ale i bez zobowiązań. Takie, które może i nie zostaną w pamięci na długo, ale przynajmniej po skończeniu czujesz, że to był miło spędzony czas. Są takie książki. I jest "Echopraksja".

 

Daniel Brüks to biolog żyjący u schyłku XXII wieku. Jest trochę staroświecki, ponieważ nie posiada żadnych wszczepów ani ulepszeń, będących w tych czasach na porządku dziennym. Podczas swoich badań dostaje się przez przypadek w epicentrum konfliktu zbrojnego w którym wojsko staraj się unieszkodliwić pewną interesującą sektę religijną Dwuizbowców. Dwuizbowcy nie dosyć, że stawiają skuteczny upór, to jeszcze zgarniając przy okazji Daniela uciekają statkiem kosmicznym. Tak oto nasz bohater staje się przypadkowym pasażerem podczas misji mającej na celu spotkanie z nieznanymi istotami niedaleko Słońca. Aby dodać do tego więcej różnorodności dodam jeszcze, że na pokładzie znajduje się wampir z zastępem wojskowych zombie, były żołnierz, który potrafi wyłączyć świadomość aby stać się maszynką do zabijania i nawigatorka, która też do normalnych nie należy. Niezła menażeria, co? 

 

Postawmy sprawę jasno, jest to hard sci-fi. Bardzo, bardzo hard. To miała być odskocznia od innej zaczętej serii a skończyło się na dwóch miesiącach męczarni. Męczarni, ponieważ aby zagłębić się w "Echopraksję" należy byś skupionym i wypoczętym. Przeczytanie kilku stron przed snem kończyło się szybkim odpłynięciem. Miałem już do czynienia z prozą tego autora, a konkretnie z "Ślepowidzeniem" i pamiętam ,że do łatwych ta lektura nie należała. Jednak tutaj zostało to spotęgowane. Stanowczo oświadczam, że za hard sci-fi wiecej się nie wezmę bo nie jestem w stanie docenić tego gatunku. Za głupi jestem po prostu. I o ile w "Ślepowidzeniu" pomysł na kreacje wampira był nowatorski i najmocniej odcisnął się w mojej pamięci, to tutaj Dwuizbowcy jakoś mnie nie pociągali. Warsztatowo nie mam się chyba do czego przyczepić. To jest po prostu typ literatury, który jest bardzo naukowy a mało fabularny. Jeżeli lubicie takie klimaty to bierzcie w ciemno. Ja jednak pozostanę przy swoich lżejszych pozycjach.

"Piorun kulisty" Liu Cixin

Piorun Kulisty - Liu Cixin

Poniosło mnie. Szukając jakichś nowości i powiewu świeżości zabrnąłem bardzo daleko, bo aż do Państwa Środka. Słyszeliście kiedykolwiek o chińskiej fantastyce? Ja też nie, dlatego postanowiłem, że może to jest ten moment, aby to zmienić. Szybkie badanie rynku, i wybór padł na najbardziej poczytnego pisarza obecnych czasów. Zapraszam więc, na podróż.

 

Chen miał 14 lat, gdy jego życie się zmieniło. Podczas burzy do jego domu dostała się dziwna świetlista kula i spaliła na popiół jego rodziców wraz z połową wyposażenia mieszkania. Od tamtej chwili nasz bohater wiedział już, że celem jego życia będzie badanie tego zjawiska i nie spocznie, dopóki nie pozna wszystkich sekretów pioruna kulistego. Konsekwentny w swoim postanowieniu dostał się na studia meteorologiczne i od tego momentu rozpoczął żmudne badania tego zjawiska. Mimo wielu problemów i przeciwności losu wraz z ekipą badawczą po wielu latach odkrywa niezwykłą naturę tego najbardziej tajemniczego wyładowania elektrycznego na świecie. To odkrycie może zmienić obecne postrzeganie świata.

 

Nie da sie ukryć, że "Piorun kulisty" jest literaturą sci-fi. Podczas lektury czytelnik dostaje pokaźną dawkę wiedzy naukowej, która muszę przyznać nie jest przekazana w sposób przystępny. Informacje przekazane są w sposób suchy i bezosobowy, przez co często czułem się jakbym czytał traktat naukowy a nie beletrystykę. Wiem, że jest to trudne zadanie, ale przypominając sobie chociażby "Marsjanina" widać, że jest to wykonalne i zajmujące. Niestety pierwsza połowa książki jest zwyczajnie nudna. Chen po tak ekstrenalnej tragedii zachowuje się jak robot. Jakby nie miał uczuć i po prostu zmienili mu oprogramowanie. TO było bardzo mało wiarygodne.  Później tylko studia i badania. Dopiero druga część lektury przyniosła pewne interesujące rozwiązania fabularne, lecz wydaje mi się, że były one tylko pretekstem do przekazania teorii wysnutych przez autora. I nawet kilka intesujących postaci jak owładnięta rządzą wynalezienia broni idealnej Pani major albo oderwany od rzeczywistości matematyk teoretyk nie pomogły. Ksiażka jest przez większość czasu po prostu nudna a główny bohater mało interesujący. Jedyne co mi pozostało w pamięci to teoria mówiąca czym są Pioruny kuliste, ale do przekazanie jej nie potrzeba było ksiażki fabularnej. Reszta niedługo uleci mi z pamięci.

 

Piorun kulisty byłby cudowną monografią a nie powieścią sci-fi. Wtedy można by ją w pełni docenić, a tak pozostaje spory niedosyt. Teoria jest ciekawa, ale osadzenie tego w powieści nie wyszło autorowi na dobre. Niestety pierwszy kontakt z chińska literaturą fantastyczną nie wypadł pomyślnie. Jeżeli to jest najlepszy pisarz tego nurtu, to chyba poczekam i zgłębię inne rynki wydawnicze.

"Chór zapomnianych głosów" Remigiusz Mróz

Chór zapomnianych głosów - Remigiusz Mróz

Remigiusz Mróz to bardzo płodny autor. Ale nie dosyć, że pisze dużo to romansuje z wieloma gatunkami literackimi. Były kryminały, thrillery a nawet horror. Co jeszcze zostało? Między innymi sci-fi. Tak więc proszę Państwa autor zabiera nas w podróż do odległych układów planetarnych. Zapnijcie pasy, bo zaraz nastąpi hibernacja i odlatujemy.

 

Astrochemik Håkon Lindberg budzi się przedwcześnie z hibernacji i zastaje na pokładzie statku kolonizacyjnego rzeź. Wszyscy członkowie załogi są rozpłatani i martwi. Oprócz niego przeżył jeszcze tylko atrolokator Dija Udin Alhassan. Razem muszą dowiedzieć się, co się przytrafiło reszcie załogi i dokąd teraz zmierza ich statek. No i przeżyć, bo zagrożenie wcale nie minęło...

 

Krótki ten opis prawda? Ale za to jak intensywny. I tak też jest na początku ksiażki. Niepokojąco, tajemniczo i straszno. Space horror jak się patrzy. Mimo, że zostało dwóch żywych na pokładzie to nie ufają sobie za grosz i patrzą sobie na ręcę. Później też jest bardzo dobrze, ponieważ okazuje się, że statek zmierza to tajemniczego układu i nie jest jedyną jednostką tego typu. Z jakiegoś powodu jest to punkt zbiorczy wszystkich ludzkich statków. Dochodzi aspekt tajemniczej budowli na powierzchni planety, która jest w stanie teleportować ludzi na inne planety i w inny czas. Robi się na prawdę grubo bo dochodzi klasyczne w takiej sytuacji pytanie, czy można wpłynąć na przyszłość. Czy jest niezmienna bo już się wydarzyła, czy też istnieje kilka linii czasowych. Czy da się oszukać przeznaczenie czy wszelkie działania są bezsensowne, ponieważ co się ma wydarzyć i tak się stanie jak w "Efekt Motyla". Są to standardowe tematy podejmowane w literaturze lub filmie gdy dochodzi do możliwości podróży w czasie. I bardzo dobrze, ponieważ dobre sci-fi powinno wg mnie zawierać elementy filozoficzne. Niestety ostatni element układanki mocno mnie rozczarował. Ponieważ z space horroru, czy też powieści z motywem podróży w czasie i przestrzeni ksiażka zdryfowała na banalne last stand. Oglądaliście lub czytaliście "Igrzyska Śmierci"? No to już wszystko wiecie. Zapowiadało się na coś głębszego, poważnego lub mocno trzymającego w napięciu dlatego też rozczarowanie było jeszcze większe.

 

"Chór zapomnianych głosów" irytował mnie wielopoziomowo. Na początku myślałem, że będzie to postać Alhassana, który przedstawiony jest jako niezwykle mało konsekwenty muzułmanin. W jednej z pierwszych scen pada na kolana i bije pokłony orientacyjnie w stronę Ziemi, bo musi się pomodlić. Przez resztę książki natomiast stwierdza, że nie jest za bardzo wierzący i spokojnie ogląda pornosy. Dodajmy do tego niewyparzona gębę, cięte riposty i braki w wyszkoleniu (!) i mamy jedną z bardziej irytujących postaci. Następnie przyszedł czas na wymuszony wątek romantyczny Hekkona(spokojnie, znalazła się kobieta, panowie nie interesowali się sobą), który był mało wiarygodny. Ostatecznie największym nieporozumieniem były jednak Igrzyska Śmierci, które skutecznie obdarły dla mnie tą powieść z ambitniejszych wartości. A szkoda, bo początek był niezwykle obiecujący

"Płomień i krzyż tom 2" Jacek Piekara

Płomień i krzyż. Tom 2 - Jacek Piekara

Jest taka legenda, że Piekara skończy kiedyś serię o Inkwizytorze. Jak dotąd doczekaliśmy się 4 tomów głównego cyklu, 5 tomów opowieści o młodym Mordimerze oraz 1 tom mówiący o Wewnętrznym Kręgu inkwizytorskim, który ma wiele do powiedzenia w sprawie naszego bohatera. Z tych wszystkich pozycji ostatnia  była wg mnie najlepsza. Dlatego też, gdy ukazała się druga część bez zwłoki udałem się do księgarni. Czas zweryfikować swoje wcześniejsze przekonania.

 

Arnold Löwefell czyli nasz główny bohater jest postacią tajemniczą. Przede wszystkim jest on wysoko postawionym Inkwizytorem Wewnętrznego Kręgu. Jednak nie zawsze nim był. Okazuje się, że kiedyś był najpotężniejszym perskim czarownikiem ognia, który wpadł w zasadzkę Inkwizycji i został przekonany do współpracy. Jest to bardzo oględnie powiedziane, ponieważ tak na prawdę to został on na nowo stworzony i poprzednie życie traktuje jakby należało do kogoś innego. Problem leży w tym, że jako Pers miał dostęp do bardzo ważnych informacji dotyczących potężnej księgi zaklęć. Informacje te są niezbędne Inkwizycji, lecz biedny Arnold nie może pomóc. Wieloma sposobami starają się przywrócić mu pamięć. I o tym traktuje ta powieść. O szukaniu odpowiedzi w przeszłości, która wcale nie była taka kolorowa. Jednocześnie dowiadujemy się wiele o innych inkwizytorach współpracujących z Arnoldem.

 

Książka jest bardzo zajmująca. Grzebanie w przeszłości jednego z najpotężniejszych inkwizytorów dostarcza nam wiele informacji i nakreśla ciekawe tło dla całego cyklu. Druga połowa książki jednak nieco zbacza z tego kursu. Widać wyraźnie, że autor kładzie podwaliny pod coś poważnego i przygotowuje do tego czytelnika. Nie mam nic przeciwko, tylko trochę szkoda, że tak szybko odpuszczono sobie badanie przeszłości Arnolda. Kto wie, może jeszcze do tego wrócą. Delikatnie zgrzyta mi też sposób, w jaki najwidoczniej będzie prowadzona historia w kolejnych tomach. Nie mogę zdradzić o co chodzi, gdyż był by to za duży spoiler, jednak nie jestem przekonany, aby w książce fantasy taki zabieg był potrzebny .Ale poczekamy, zobaczymy.

 

"Płomień i krzyż" tom 2 nadal pozostaje dla mnie przedstawicielem tego lepszego cyklu o Inkwizytorze. Autor ma pomysł na głębszą historię a przy okazji co chwila puszcza oczko dla stałego czytelnika, który zna poprzednie jego pozycje. Śmiało czytajcie ku chwale Pana! Może w końcu wizja zakończenia całego literackiego projektu się ziści. 

"Poradnik projektowania gier planszowych" Mike Selinger

Poradnik projektowania gier planszowych - Mike Selinker

Książki, siatkówka i gry planszowe. TO moje trzy hobby na które poświęcam czas wolny. Dlatego zawsze się cieszę, gdy mogę przynajmniej 2 z nich połączyć. Tak się stało w tym przypadku. Po udanej zbiórce na wspieram.to zaraz po świętach otrzymałem świetną pozycję tłumaczącą od pomysłu po wydanie co zrobić i na co zwrócić uwagę gdy chce się wydać grę planszową. Zbiór artykułów ludzi z branży to świetne kompendium wiedzy dla każdego fana gier planszowych. DOdatkowo w polskiej edycji otrzymujemy wiele dodatkowych materiałów od polskich autorów i wydawców.

Polecam serdecznie tym planszówkowiczom, którym przez myśl chociaż raz przeszła myśl o zrobieniu własnej gry planszowej

"Głębia.Bezkres" Marcin Podlewski

Głębia. Bezkres - Marcin Podlewski

No i dolecieliśmy do końca serii. Trochę mi to zajęło, ale udało się .Historia tych książek jest dosyć nietypowa, ponieważ zacząłem od audiobooka, który średnio przypadł mi do gustu. Jednak każdy kolejny był coraz lepszy, przez co zdecydowałem, że finał tej historii przeczytam a nie przesłucham. I tym sposobem cała seria grzecznie stoi obok Hyperiona oraz Lema. Chcecie się dowiedzieć co nam przygotował autor? Zapraszam.

 

W morzu zawsze znajdzie się większa ryba. Słyszeliście takie powiedzonko. W "Głębi" jest dokładnie tak samo. Gdy ludzkość została prawie wybita przez połączone siły Jedności oraz Konsensusu pod koniec trzeciego tomu Kirke postanowiła wezwać ową większą rybę. Przybywa więc Blady Król, którego głównym celem jest wyeliminowanie wszelkich przejawów życia w galaktyce. Tak więc wszyscy mają przechlapane. Jest jednak szansa, że ludzie jako najsłabsza frakcja może nie zostaną zauważeni i przeżyją trochę jak karaluchy. Marna nadzieja na przeżycie, ale lepsza taka niż żadna. Rozpoczynają się więc operacje mające na celu ocalenie rasy ludzkiej. Myrton Grunwald wspierany wcześniej przez Natriuma Ybessena Gatlarka zrzesza niedobitki w ostatnią flotę i stara się ich ocalić. Jednak pozostałe rasy widząc co się święci nie zamierzają nadstawiać głowy pod miecz Bladego Króla i też kombinują jak się da, aby mu uciec. A nad tymi wszystkimi poczynaniami stoją tajemnicze siły, które pociągając za odpowiednie sznurki kierują losami co ważniejszych postaci jak ukryci w cieniu lalkarze.

 

To była bardzo przyjemna podróż. Rozwijająca, pełna emocji i akcji oraz z interesującym zakończeniem. Zżyłem sie mocno z załogą Wstążki i innymi bohaterami. Jestem pod wrażeniem rozmachu z jakim autor zabrał się do całej serii. Technologiczne wtręty ,astronomiczne nazwy i lokalizacje, szczegóły lotów międzygwiezdnych robią na prawdę bardzo dobre wrażenie i stawiają całą "Głębię" w mojej czołówce  powieści sci-fi. Jednak za tym rozmachem idzie pewna wada. Otóż czytając jeden tom za drugim jesteśmy na bieżąco z coraz to nowymi postaciami pojawiającymi się na stronach powieści. Jednak zrobienie sobie kilkumiesięcznej przerwy spowodowało, że spora część bohaterów uleciała mi z głowy. Czytałem więc dopiero po pewnym czasie przypominając sobie kto kim jest. Pewnym rozwiązaniem tego problemu jest streszczenie poprzednich tomów, które można znaleźć tutaj ale jednak pozostaje zamieszanie. Dlatego też cieszę się, że seria jest ukończona. Dzięki temu można spokojnie przeczytać wszystkie 4 tomy jeden za drugim.

 

"Głębia. Bezkres" to twarde sci-fi w klimacie space opery, które dumnie stoi u mnie na półce obok innych zacnych przedstawicieli tego gatunku. Zapracowała sobie na tą pozycję i bardzo się cieszę, że mogłem zapoznać się z twórczością Pana Podlewskiego. Oby więcej takich pozycji na rynku

"Mort" Terry Pratchett

Mort (Świat Dysku, #4) - Terry Pratchett, Piotr W. Cholewa

Kto zna Świat Dysku ten zna niezwykłą postać Śmierci. Ponury Żniwiarz, który mówi zawsze WIELKIMI LITERAMI i jest nieuchronny dla każdego mieszkańca. Dlatego też uznałem, że pora zapoznać się z nim bliżej, dzięki książce dedykowanej Śmierci. Zapraszam.

 

Mort to typowy przykład nastolatka. Ma za długie kończyny, zbyt wiele pryszczy na centymetr kwadratowy ciała a jego kolana i łokcie wydają się podstawą jego jestestwa. Jest przy tym bardzo  niezdarny i co najgorsze chyba zadaje zbyt wiele pytań nad którymi dorośli nie chcą się nawet zastanawiać, gdyż powoduje to dziwny dyskomfort w ich umysłach. Nic więc dziwnego, że jego ojciec postanawia znaleźć mu jakąś pracę, która wyprostuje psychicznie syna. Klamka zapadłą, trzeba go oddać do terminu. Nikt się jednak nie spodziewał, że Mort trafi na praktyki do... Śmierci. 

 

Jak Mort się przekonuje, jest to praca jak każda inna. Stabilna, perspektywiczna, stała i ciekawa. Czy można chcieć czegoś więcej? No może poczucia sprawiedliwości. Lecz szybko uczy się kilku bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze śmierć jest nieuchronna. Ale co ważniejsze nie jest sprawiedliwa. Dotyka każdego, nie ważne czy młody, stary czy bogaty lub biedny. Pewnym wyjątkiem są królowie, którzy mają przywilej ścięcia mieczem a nie pospolitą kosą. Wraz z Mortem dowiadujemy się, że nie ma co się bać, gdyż jest to naturalna kolej rzeczy ,a próby pogrywania lub oszukania Śmierci nie mają prawa dobrze się skończyć. 

 

Bardzo mądra książka, która pozwala spojrzeć na trudny temat z inne perspektywy. Nie zabraknie oczywiście specyficznego humoru z którego słynie Pratchett. Polecam każdemu 

"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe" Robert M. Wegner

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe - Robert M. Wegner

Coś mi się o uszy obijała ta książka od jakiegoś czasu. Podobno sporo nagród zgarnęła i stała wysoko w wielu rankingach polskiej fantastyki. Ale wiecie jak to jest, zawsze się znajdzie coś innego do czytania. Kolejna część zaczętej serii albo znajomy autor znowu coś wydał. Aż w końcu gdzieś na wyprzedaży wpadła mi w ręcę za pół ceny. TO jak już miałem w ręku to zacząłem czytać. I to był błąd.

 

"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza" to zbiór opowiadań traktujący o rubieżach pewnego Imperium. Pierwsza część traktuje o surowych, zimnych górach  i sąsiedztwie z lodowcem. Ludzie są tam twardzi, nieufni ale i twardzi bo inni by nie przeżyli. I ludzi tych ochrania Górska Straż, specjalny oddział stworzony z miejscowych górali, którymi przewodzi pułkownik Kenneth. Młody, z niewielkim doświadczeniem ale diabelskim wyczuciem ma poprowadzić Szóstą Kompanię i odnaleźć grasującą w okolicy bandę tubylców napadających na okoliczne wioski. Nie mają pojęcia, jakie siły stoją za tą grupą. A to tylko początek ich historii. Otrzymujemy bowiem cztery opowiadania, które następują p osobie chronologicznie  i dotykają różnych problemów ludzi na północy. Z czasem Szósta Kompania staje się coraz bardziej sławna, co nie każdemu przypada do gustu.

 

Druga część przenosi nas na przeciwległą stronę Meekhanu, czyli na południe. Tutaj też są góry, lecz nie tak wysokie jak na północy. Zamiast lodowca natomiast otrzymujemy żar, pustynię i zabójcze słońce. Imperium stara się dogadywać i handlować z miejscowym ludem i tak poznajemy Yatecha, młodego wojownika z ludu Issaram, który najmuje się u jednego z Meekhańskich kupców jako ochroniarz. Lud jego słynie z zasłoniętych twarzy i niezwykle surowego kodeksu etycznego. Czy będzie on w stanie odnaleźć się wśród obcych ludzi, patrzących na niego jak na dzikusa? Tu również mamy cztery powiązane ze sobą opowiadania, które płynnie przedstawiają dzieje naszego bohatera.

 

 Wyraźnie trzeba tu zrobić podział na 2 części. Pierwsza, o Górskiej Straży to chyba największe zaskoczenie czytelnicze w tym roku. Tak mięsistego fantasy się nie spodziewałem. Jest poważnie, jest mrocznie, gdy trzeba jest zabawnie i przede wszystkim jest honorowo. Cała  Szósta Kompania stanowi kwintesencję tego, co chciałbym czytać. Walczą z magią, heroicznie bronią słabszych, czasem muszą wybrać mniejsze zło i ukazują mroczną naturę zwykłych ludzi. Niesamowite czytelnicze doświadczenie. Gdy były mocniejsze opisy aż się krzywiłem, natomiast w kilku miejscach zaciskałem zęby i powieki z bezsilności. Strasznie mnie ruszyła ta lektura.

 

Druga część natomiast jest dużo bardziej romantyczna. To nie zarzut, lecz fakt. Młody chłopak wychowany w bardzo surowych warunkach musi zmierzyć się z uczuciem, które stawia go w kłopotliwej sytuacji. Jego decyzje odcisną bardzo wyraźne piętno na przyszłości nie tylko jego, ale i całego plemienia. Jeżeli czytaliście "Malowanego człowieka" Bretta i polubiliście Krasjańskie wątki to jak najbardziej przypadnie wam to do gustu. Mi się podobało, mim początkowych obiekcji. Ale po takiej dawce emocji, jakie dostarczyła mi pierwsza połowa książki nieważne co bym przeczytał i tak by wypadło blado. 

 

"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza" z miejsca trafiają do grona moich ulubionych pozycji. Czuję, że każdy fan fantastyki powinien się z nimi zapoznać, tym bardziej, że jest to rodzima literatura mogąca spokojnie rywalizować z "Wiedźminem". Już się cieszę na fakt, że są kolejne tomy. Mam nadzieję, że będą równie dobre jak ten

"Zerwa" Remigiusz Mróz

Zerwa - Remigiusz Mróz

Tak, to znowu Mróz i komisarz Forst. Tym razem podobno ostatnia część. Ale kto tam by wierzył autorom ksiażek. Znając życie pewnie jeszcze kilka razy się z Wiktorem zobaczymy. Ale póki co, skupmy się na jak dotychczas ostatnim tomie jego przygód. Co też nas czeka podczas lektury...

 

Ostatnim razem pochwaliłem autora za rozdzielenie narracji na dwa tory .Widać, nie tylko mi się to spodobało i pochwała dotarła do samego wspomnianego, ponieważ otrzymujemy klasyczny podział czasowy akcji. Pierwszy tor wydarzeń ma miejsce teraz. Forst budzi się w szpitalu w Zakopanym i nic nie pamięta. Ostatnie miesiąca życia wyparowały z jego pamięci. Prawie jak bohater Gothica. Dobrze, że chociaż wie kim jest i co robił wcześniej. Nie ma jednak zbyt wiele czasu na próby odzyskania wspomnień,ponieważ na Rysach znaleziono zwłoki. Oczywiście z monetą. Czyżby powrót zza grobu Bestii z Giewontu? Aby to wykluczyć znana nam już prokurator Wadryś-Hansen zgarnia Forsta ze sobą aby jej pomógł. Sprawa nie jest prosta, tym bardziej, że część dowodów sugeruje jakoby palce w morderstwie maczał... sam Forst. Wiktor nie pamiętając co się z nim działo zaczyna podejrzewać samego siebie. Pytanie czy może ufać sam sobie..

Intrygujące, prawda? To teraz wskakujemy w drugi tor czasowy. Akcja ma miejsce WCZEŚNIEJ i przedstawia Forsta, który rusza tropem Olgi Szrebskiej, który podrzucono mu pod koniec poprzedniego tomu. Najpierw do Hiszpanii, a następnie gdzieś pod koło podbiegunowe. Tak jest, aż tam. Poznajemy to, czego Wiktor nie pamięta i powoli dopasowujemy do obecnej sytuacji w której się znalazł. W przeszłości kryje się bowiem rozwiązanie obecnego zabójstwa.

 

Świetny pomysł. Rozbicie fabuł na 2 tory czasowe wyszły autorowi rewelacyjnie .Czytało się to ekspresowo i zachodziłem w głowę co tam przeskrobał w przeszłości, że wdepnął w takie bagno. Praktycznie wszystko było bardzo dobrze przemyślane i musiałbym się bardzo postarać, aby znaleźć jakieś absurdy, które często raziły mnie w poprzednich częściach. Historia przedstawiona na kartach tej powieści bardzo przypadła mi do gustu i spokojnie mogę powiedzieć, że jest to najlepsza książka o komisarzu Forście do tej pory wypuszczonej przez Mroza. Sporo się naczekałem ale było warto

 

"Zerwa" świetnie zakończyła serię o Wiktorze Forście. DLa takich książek warto się przemęczyć z poprzednimi tomami. Lektura trzymająca w napięciu, pomysłowa i przemyślana. Jeżeli będą kolejne części to poproszę aby trzymały dokładnie taki poziom. Polecam

"Deniwelacja" Remigiusz Mróz

Deniwelacja - Remigiusz Mróz

Czwarta część trylogii o Wiktorze Forście. Jak widać pojęcie to jest szerokie i w przypadku poczytnych książek trylogie można swobodnie rozciągnąć. Ja natomiast jestem jak kleszcz i jak się raz przyssę to odpadnę dopiero jak przeczytam wszystko co się da. Dlatego też Forst mimo, że mnie w wielu kwestiach irytuje nadal figuruje w moim planie czytelniczym. Zaraz się przekonamy, czy to nie był błąd.

 

Powieść toczy się dwutorowo. Pierwszy tor to Wiktor, który zapuszcza brodę, goli głowę i stara się o zatrudnienie u rosyjskiego mafioza w Hiszpanii. Nie raczy nam wyjaśnić po jakie licho tam się władował i dlaczego, ale szanuję jego decyzję. Uznałem, że na pewno ma dobry powód, który z czasem nam wyjawi. A póki co musi zdać testy na lojalność, później kilka mniejszych robótek aby w końcu dostać jakieś poważniejsze zlecenie. Ciekawie się to czyta.

Drugi tor to prokurator Wadryś-Hansen i komendant(tak jest, był awansik) Osica, którzy bez niespodzianek muszą rozwiązać serię zabójstw. Tym razem znaleziono 5 młodych dziewczyn na zboczach Giewontu. Prawdopodobnie przeleżały tam całą zimę i dopiero teraz odkryto ich ciała. Samo z siebie jest to już podejrzane,ale jak dodamy kilka faktów, które wiążą przynajmniej jedną ofiarę z Forstem robi się interesująco. Tym bardziej, że on sam wyjechał z Zakopanego dobre pół roku temu. 

Dodatkową atrakcją są wstawki których narratorem jest zabójczyni. Wiemy od razu, że to kobiecy umysł stoi za pewnymi zbrodniami, lecz wiadomo kto dokładnie. Dodaje to jeszcze więcej zagadkowości całej sprawie.

 

To było dobre. Serio. Tą część czytało mi się chyba najprzyjemniej. Prawdopodobnie dlatego, że w pewnym momencie autor stosuje sprytny zabieg z liniami czasowymi, przez co każe nam spojrzeć na przeczytane już strony z innej perspektywy. Lubię takie zabawy z czytelnikiem. Poza tym Forst ma ciekawe przeprawy w Hiszpanii a Osica też trzyma poziom. Już od poprzednich tomów muszę przyznać, że to ten drugi jakoś mocniej przypadł mi do serca. Zgorzkniały, cyniczny i marudny ale o dziwo znający się na swojej pracy. Bardzo ładna ewolucja postaci.

Jednak jest kilka minusów. Przede wszystkim zakończenie. Drogi autorze, czy za każdym razem mamy gonić mityczną postać, która możę żyje, a może nie? Takie pojawianie się umarłych nie jest już zabawne. Ale to było w epilogu będącym zajawką na kolejny tom. Natomiast zakończenie właściwe sprawiło mi więcej problemów. Nie wiem czy mi odpowiadało czy też nie. Z jednej strony totalne zaskocznie. Coś, czego żaden czytelnik nie mógł przewidzieć, a to lubię. Z drugiej strony to było tak duże zaskoczenie, że NIKT nie miał najmniejszych szans się tego domyśleć. Zaraz to wytłumaczę. Ja lubię jak się ze mną pogrywa. Rzuca strzęp informacji tutaj, później gdzieś indziej. Mylące tropy, ślepy zaułki dedukcyjne i tak dalej. I na koniec okazuje się, że rozwiązanie było zupełnie inne niż oczekiwałem, ale jednak LOGICZNE. Po prześledzeniu wszystkich faktów i wskazówek mogę klepnąć się w czoło ze słowem "No faktycznie!". Tutaj natomiast mamy zakończenie do którego nie prowadziła żadna poszlaka. Nic. Zero. Null. Po prostu w ostatnich rozdziałach autor wyciągnął z rękawa swoją wizję i ją przedstawił wywołując moją dezorientację. I takich rozwiązań nie lubię. 

 

"Deniwelacja" jest wg mnie najlepszą częścią przygód komisarza Forsta. Zasługuje na to miano dzięki sprytnym zabiegom narracyjnym autora i ciekawej, dynamicznej fabule. Oczywiście znaleźć w niej można nieco tanich zagrywek niespójności ale mówiąc szczerze, chyba przyzwyczaiłem się już do nich u pana Mroza. Co nie zmienia faktu, że nadal je dostrzegam. Mam nieśmiałą nadzieję, że kolejna część się ich pozbędzie i cudownie zwieńczy całą serię

"Outsider" Stephen King

The Outsider - Stephen King

Sporo się naczekałem na nowego Kinga. Nie czytałem serii "Pan Mercedes" bo jakoś nie pasował mi ten autor w powieści detektywistycznej. Dlatego też z tym większym utęsknieniem czekałem na najnowszą powieść mojego ulubionego autora. Teraz świeżo po lekturze czas na kilka zdań podsumowania.

 

W Flint City doszło do strasznej tragedii. W miejskim parku bestialsko zabity i zgwałcony został 11-letni  chłopiec. Policja opierając się na zeznaniach licznych świadków i materiale dowodowym zebranym na miejscu zbrodni jest pewna, że zna sprawcę. Jest to Terry Maitland, miejscowy nauczyciel angielskiego i trener Młodej Ligi. Detektyw Ralph Anderson postanawia go aresztować i jak najszybciej skazać. Po aresztowaniu okazuje się jednak, że Maitland ma niezwykle mocne alibi, które potwierdza kilkanaście osób. Według badań podejrzany był w tym samym czasie zarówno na miejscu zbrodni jak i w oddalonym ponad sto kilometrów dalej spotkaniu ze znanym pisarzem. Czy możliwa jest bilokacja? I jeżeli to nie Terry, to kto?

 

Pierwsze 200 stron wypada cudownie. Poznajemy zarówno dowody obciążające nauczyciela jak i jego alibi. Jako czytelnik mam mętlik w głowie nie wiedząc komu ufać i gdzie szukać sprawcy. Świetny pomysł pozwalający na bardzo wiele domysłów. Rozdwojenie osobowości? Zły brat bliźniak? Mroczne alter ego? Efekt szalonych eksperymentów? Szkoda jednak, że żadne z tych domysłów się nie sprawdzają. Za całą tą chryją kryje się bowiem pewna siłą nieczysta mocno kojarząca się z krzyżówką wampira i zmiennokształtnego. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale takie rozwiązanie nie przypadło mi do gustu jak również mocne nawiązanie do potwora z hiszpański ludowych podań El Cuco. Wydaje mi się, że autor poszedł trochę na łatwiznę nie szukając tu jakiegoś głębszego rozwiązania.

Zawsze dzieiła Kinga fascynowały mnie tym, że największy mrok i zło czai się w zwyczajnych codziennych czynnościach i rzeczach. Każdy z nas ma w sobie Mrok, który umiejętnie pielęgnowany dochodzi do głosu i potrafi zmienić nas w prawdziwe bestie. To było najważniejsze przesłanie w książkach tego autora. I po czymś takim z niepokojem potrafiłem patrzeć pluszową małpkę na półce, lub zaczynałem się denerwować, gdy w autobusie jakiś nieznajomy powtarzał w kółko pod nosem ciągle to samo zdanie. Tutaj zawiodłem się, ponieważ zamiast cząstki wewnętrznego zła otrzymujemy zło jak najbardziej zewnętrzne. Nie związane w żaden sposób z bohaterami książki i oderwane od nich. To smutne, ponieważ z takim pomysłem można było zrobić coś dużo lepszego.

Druga rzecz, która mi się nie spodobał to bardzo wyraźne nawiązanie do serii "Pan Mercedes". Przypomnę, że nie czytałem jej a mimo do zostałem uraczony dużymi spojlerami. Jedna z głównych postaci kobiecych występowała we wspomnianej serii przez co zdradziła prawdopodobnie ważne fakty czytelnikowi. Ja rozumiem przeplatanie się bohaterów na łamach książek Kinga i ich wzajemne zależności, ale na Boga to powinny być subtelne aluzje tak jak to robił w Mrocznej Wieży a nie zdradzanie zakończenia! Może ja kiedyś jednak chciałem się z tą serią zapoznać. Teraz muszę się poważnie nad tym zastanowić.

 

"Outsider" mocno mnie wkurzył niewykorzystanym potencjałem. Z tego mogło wyjść coś bardzo dobrego, a otrzymałem historyjkę o Boogieman-ie. Warsztatowy nie mam wiele Kingowi do zarzucenia, lecz nie cieszyłem się z lektury tak bardzo, jak sugerowała jej pierwsza połowa. Od mistrza oczekuję czegoś więcej

Teraz czytam

Płomień i krzyż. Tom 3
Jacek Piekara
Oko świata
Robert Jordan, Krystyna Karłowska