zaczytany

Czytałem, czytam i czytać będę. Może więc to dobry pomysł, aby propagować to wspaniałe zajęcie i podzielić się z innymi opiniami na temat tego, co przeczytane...

"Deniwelacja" Remigiusz Mróz

Deniwelacja - Remigiusz Mróz

Czwarta część trylogii o Wiktorze Forście. Jak widać pojęcie to jest szerokie i w przypadku poczytnych książek trylogie można swobodnie rozciągnąć. Ja natomiast jestem jak kleszcz i jak się raz przyssę to odpadnę dopiero jak przeczytam wszystko co się da. Dlatego też Forst mimo, że mnie w wielu kwestiach irytuje nadal figuruje w moim planie czytelniczym. Zaraz się przekonamy, czy to nie był błąd.

 

Powieść toczy się dwutorowo. Pierwszy tor to Wiktor, który zapuszcza brodę, goli głowę i stara się o zatrudnienie u rosyjskiego mafioza w Hiszpanii. Nie raczy nam wyjaśnić po jakie licho tam się władował i dlaczego, ale szanuję jego decyzję. Uznałem, że na pewno ma dobry powód, który z czasem nam wyjawi. A póki co musi zdać testy na lojalność, później kilka mniejszych robótek aby w końcu dostać jakieś poważniejsze zlecenie. Ciekawie się to czyta.

Drugi tor to prokurator Wadryś-Hansen i komendant(tak jest, był awansik) Osica, którzy bez niespodzianek muszą rozwiązać serię zabójstw. Tym razem znaleziono 5 młodych dziewczyn na zboczach Giewontu. Prawdopodobnie przeleżały tam całą zimę i dopiero teraz odkryto ich ciała. Samo z siebie jest to już podejrzane,ale jak dodamy kilka faktów, które wiążą przynajmniej jedną ofiarę z Forstem robi się interesująco. Tym bardziej, że on sam wyjechał z Zakopanego dobre pół roku temu. 

Dodatkową atrakcją są wstawki których narratorem jest zabójczyni. Wiemy od razu, że to kobiecy umysł stoi za pewnymi zbrodniami, lecz wiadomo kto dokładnie. Dodaje to jeszcze więcej zagadkowości całej sprawie.

 

To było dobre. Serio. Tą część czytało mi się chyba najprzyjemniej. Prawdopodobnie dlatego, że w pewnym momencie autor stosuje sprytny zabieg z liniami czasowymi, przez co każe nam spojrzeć na przeczytane już strony z innej perspektywy. Lubię takie zabawy z czytelnikiem. Poza tym Forst ma ciekawe przeprawy w Hiszpanii a Osica też trzyma poziom. Już od poprzednich tomów muszę przyznać, że to ten drugi jakoś mocniej przypadł mi do serca. Zgorzkniały, cyniczny i marudny ale o dziwo znający się na swojej pracy. Bardzo ładna ewolucja postaci.

Jednak jest kilka minusów. Przede wszystkim zakończenie. Drogi autorze, czy za każdym razem mamy gonić mityczną postać, która możę żyje, a może nie? Takie pojawianie się umarłych nie jest już zabawne. Ale to było w epilogu będącym zajawką na kolejny tom. Natomiast zakończenie właściwe sprawiło mi więcej problemów. Nie wiem czy mi odpowiadało czy też nie. Z jednej strony totalne zaskocznie. Coś, czego żaden czytelnik nie mógł przewidzieć, a to lubię. Z drugiej strony to było tak duże zaskoczenie, że NIKT nie miał najmniejszych szans się tego domyśleć. Zaraz to wytłumaczę. Ja lubię jak się ze mną pogrywa. Rzuca strzęp informacji tutaj, później gdzieś indziej. Mylące tropy, ślepy zaułki dedukcyjne i tak dalej. I na koniec okazuje się, że rozwiązanie było zupełnie inne niż oczekiwałem, ale jednak LOGICZNE. Po prześledzeniu wszystkich faktów i wskazówek mogę klepnąć się w czoło ze słowem "No faktycznie!". Tutaj natomiast mamy zakończenie do którego nie prowadziła żadna poszlaka. Nic. Zero. Null. Po prostu w ostatnich rozdziałach autor wyciągnął z rękawa swoją wizję i ją przedstawił wywołując moją dezorientację. I takich rozwiązań nie lubię. 

 

"Deniwelacja" jest wg mnie najlepszą częścią przygód komisarza Forsta. Zasługuje na to miano dzięki sprytnym zabiegom narracyjnym autora i ciekawej, dynamicznej fabule. Oczywiście znaleźć w niej można nieco tanich zagrywek niespójności ale mówiąc szczerze, chyba przyzwyczaiłem się już do nich u pana Mroza. Co nie zmienia faktu, że nadal je dostrzegam. Mam nieśmiałą nadzieję, że kolejna część się ich pozbędzie i cudownie zwieńczy całą serię

"Outsider" Stephen King

The Outsider - Stephen King

Sporo się naczekałem na nowego Kinga. Nie czytałem serii "Pan Mercedes" bo jakoś nie pasował mi ten autor w powieści detektywistycznej. Dlatego też z tym większym utęsknieniem czekałem na najnowszą powieść mojego ulubionego autora. Teraz świeżo po lekturze czas na kilka zdań podsumowania.

 

W Flint City doszło do strasznej tragedii. W miejskim parku bestialsko zabity i zgwałcony został 11-letni  chłopiec. Policja opierając się na zeznaniach licznych świadków i materiale dowodowym zebranym na miejscu zbrodni jest pewna, że zna sprawcę. Jest to Terry Maitland, miejscowy nauczyciel angielskiego i trener Młodej Ligi. Detektyw Ralph Anderson postanawia go aresztować i jak najszybciej skazać. Po aresztowaniu okazuje się jednak, że Maitland ma niezwykle mocne alibi, które potwierdza kilkanaście osób. Według badań podejrzany był w tym samym czasie zarówno na miejscu zbrodni jak i w oddalonym ponad sto kilometrów dalej spotkaniu ze znanym pisarzem. Czy możliwa jest bilokacja? I jeżeli to nie Terry, to kto?

 

Pierwsze 200 stron wypada cudownie. Poznajemy zarówno dowody obciążające nauczyciela jak i jego alibi. Jako czytelnik mam mętlik w głowie nie wiedząc komu ufać i gdzie szukać sprawcy. Świetny pomysł pozwalający na bardzo wiele domysłów. Rozdwojenie osobowości? Zły brat bliźniak? Mroczne alter ego? Efekt szalonych eksperymentów? Szkoda jednak, że żadne z tych domysłów się nie sprawdzają. Za całą tą chryją kryje się bowiem pewna siłą nieczysta mocno kojarząca się z krzyżówką wampira i zmiennokształtnego. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale takie rozwiązanie nie przypadło mi do gustu jak również mocne nawiązanie do potwora z hiszpański ludowych podań El Cuco. Wydaje mi się, że autor poszedł trochę na łatwiznę nie szukając tu jakiegoś głębszego rozwiązania.

Zawsze dzieiła Kinga fascynowały mnie tym, że największy mrok i zło czai się w zwyczajnych codziennych czynnościach i rzeczach. Każdy z nas ma w sobie Mrok, który umiejętnie pielęgnowany dochodzi do głosu i potrafi zmienić nas w prawdziwe bestie. To było najważniejsze przesłanie w książkach tego autora. I po czymś takim z niepokojem potrafiłem patrzeć pluszową małpkę na półce, lub zaczynałem się denerwować, gdy w autobusie jakiś nieznajomy powtarzał w kółko pod nosem ciągle to samo zdanie. Tutaj zawiodłem się, ponieważ zamiast cząstki wewnętrznego zła otrzymujemy zło jak najbardziej zewnętrzne. Nie związane w żaden sposób z bohaterami książki i oderwane od nich. To smutne, ponieważ z takim pomysłem można było zrobić coś dużo lepszego.

Druga rzecz, która mi się nie spodobał to bardzo wyraźne nawiązanie do serii "Pan Mercedes". Przypomnę, że nie czytałem jej a mimo do zostałem uraczony dużymi spojlerami. Jedna z głównych postaci kobiecych występowała we wspomnianej serii przez co zdradziła prawdopodobnie ważne fakty czytelnikowi. Ja rozumiem przeplatanie się bohaterów na łamach książek Kinga i ich wzajemne zależności, ale na Boga to powinny być subtelne aluzje tak jak to robił w Mrocznej Wieży a nie zdradzanie zakończenia! Może ja kiedyś jednak chciałem się z tą serią zapoznać. Teraz muszę się poważnie nad tym zastanowić.

 

"Outsider" mocno mnie wkurzył niewykorzystanym potencjałem. Z tego mogło wyjść coś bardzo dobrego, a otrzymałem historyjkę o Boogieman-ie. Warsztatowy nie mam wiele Kingowi do zarzucenia, lecz nie cieszyłem się z lektury tak bardzo, jak sugerowała jej pierwsza połowa. Od mistrza oczekuję czegoś więcej

"Trawers" Remigiusz Mróz

Trawers - Remigiusz Mróz

Idąc za ciosem czytam dalej wytrwale o komisarzu Wiktorze. Poprzednie tomy były ok ale pewne niedociągnięcia można było znaleźć. Czy i tym razem uda mi się przyczepić? Szczegóły poniżej.

 

Forst siedzi w więzieniu i ćpa, dzięki czemu ma wszystko gdzieś i głowa go nie boli . A w tym czasie pojawia się kolejna ofiara w górach. Jest spora szansa, że autorem znowu jest Bestia z Giewontu, mimo tego, że podobno popełniła samobójstwo pod koniec tomu drugiego. Trop dodatkowo wiedzie do grupy syryjskich imigrantów, którzy niedawno dodarli do Zakopanego. Sprawę staraja się wyjaśnić znani z wcześniejszych części Osica i prokurator Wadryś-Hansen. Niestety bez pomocy Wiktora mozę być ciężko. A nasz były komisarz nabywa pewności, że Olga Szrebska jednak żyje i robi wszystko aby to udowodnić. Ale najpierw trzeba się wydostać z więzienia.

 

Jest tu sporo ciekawych wątków, które bardzo mi się spodobały. Wplecenie imigrantów w seryjne zabójstwa i ukazanie nastrojów społeczeństwa jest chyba najciekawszym. Następnie śledztwo Osicy i Wadryś-Hansen mające na celu ukazanie spisku na szczeblu sejmiku wojewódzkiego. Oczywiście parcie Forsta do udowodnienia, że śmierć Szrebskiej byłą mistyfikacją. Swoją drogą trochę niepojęte dla mnie jest jak mógł tak mocno zadurzyć się w tej dziennikarce w tak krótkim czasie. Poznali się w pierwszym tomie i pod jego koniec znajomość dobiegła końca. Forst znany był jako kobieciarz i zwolennik przelotnych związków. Ona natomiast uparcie go spławiała odpowiadając, że interesuja ją kobiety. I do dzisiaj nie wiemy czy to prawda! Od dwóch tomów natomiast Wiktor z niezwykłą determinacją pragnie ją odnaleźć bądź pomścić. To zachowanie bardziej pasuje mi do Liam Neesona z  "Uprowadzonej" lub jakiegoś zrozpaczone męża a nie do takiego bawidamka. Ale wracajac do meritum jest tu sporo dobrego i parę razy jest to wadą. Troszkę jak w pierwszym tomie nie wiadomo na czym się kupić. Na Syryjczykach, na Wojewodzie czy też więziennych przeprawach? W pewnym momencie po zdemaskowaniu ważnego urzędnika zamiast pocisnać sprawę do końca i dowiedzieć się kto za nim stoi bohaterowie momentalnie przenieśli się z Warszawy do Zakopanego na szlak, bo znalezione kolejne ciało. W takim momencie? Mając ptaszka w garści? Niepojęte dla mnie zagranie. Bardzo dobrze natomiast wypadło finałowe starcie Forsta z Bestią. Góry, zamieć, spotkanie na wąskiej półce skalnej. Uważam, że były by z tego świetne ujęcia filmowe. Fabularnie też ciekawe rozwiazane. Niestety logicznie leży to wszystko niesamowicie. Iść na Orlą Perć w czasie halnego? Zimą? Serio?!?! Autor popłynął i to nieźle. Nawet fakt że dobrze to opisał go nie usprawiedliwia.

 

Podsumowując "Trawers" jest dobrą książką kryminalno-sensacyjną z kilkoma błędami logicznymi. Nie odbiera to jednak przyjemności z lektury jaką miałem. Jest dynamicznie, ciekawi i aktualnie dzięki wątkowi Syryjczyków. Nadal uważam, że Remigiusz Mróz nie tworzy książek wybitnych a zaledwie dobre. Całą seria jest OK, ale odwłoka nie urywa. Warto było poznać Forsta, lecz polskim Hole to on nie jest. Mimo wszystko polecam się zapoznać.

"Dziedzictwo posłańca" Peter V. Brett

Dziedzictwo posłańca - Peter V. Brett

Lubię serię "Malowanego Człowieka". Lubię ją na tyle, że z chęcią sięgnąłem po opowiadania uzupełniające fabułę z podstawowej historii. Dlatego też gdy po zakończeniu całego pięcioksięgu pojawiła się kolejna książka nie było wątpliwości, że muszą ją nabyć. Nabyłem, przeczytałem to teraz podzielę się w kilku słowach co o niej sądzę.

 

"Dziedzictwo posłańca" to zarówno tytuł całęj książki jaki jednego z trzech opowiadań z których się składa. Pierwsze, tytułowe właśnie wprowadza nam postać Briara. Tak to ten pół Krasjanin, który lubuje się w lubczyku śmiga po bagnach. Nieco się o nim dowiedzieliśmy w ostatnim tomie serii, lecz tutaj mamy obszerną relację z dzieciństwa i okresu gdy sam przebywał na bagnach. Z tego co wiem pierwotnie to opowiadanie zostało opublikowane przed "Otchłanią" aby czytelnicy mogli poznać tą postać odpowiednio wcześnie, lecz nie wydaje mi się, aby było to konieczne. Można spokojnie przeczytać je i po skończeniu całej historii.

 

Drugie opowiadanie to "Święto w Potoku Tibbeta". Tutaj nie ma wiele do opowiadania. Wracamy do czasów, gdy Arlem był jeszcze chłopcem, lecz zanim opuścił ojca. Opowiadanko ( bo jest króciutkie) traktuje o dniu świątecznym w Potoku i nieszczęśliwym powrocie rodziny Arlema do domu. Nic ciekawego

 

Ostatnia składowa książki to "Sellia zwana Wyschniętą". Tutaj warto najpierw przeczytać "Otchłań" a później uzupełnić sobie wydarzenia tym właśnie opowiadaniem. Selia to mówczyni w Potoku Tibbeta która w czasie Nowiu i walki z Książętami Demonów stała na czele społeczności odpierającej ich atak. Jednak ważniejsze tutaj zdaje się uczucie, którym darzy Lesę, 50 lat młodszą od siebie dziewczynę i to z wzajemnością. Poznajemy zarówno ich losy w obliczu ataku Otchłańców, jak i historię która miała miejsce około 50 lat wcześniej, gdy Selia pierwszy raz przyznała się do swojej orientacji. 

 

Zacznę od okładki, która jest wierutnym kłamstwem. Mamy na niej Rojera, bezpalcego skrzypka znanego z całej serii. W całej książce jednak nie ma o nim ani słowa, co możecie stwierdzić na podstawie powyższego streszczenia. Takie dobranie grafiki wprowadzić może spory zawód. A teraz do rzeczy. "Dziedzictwo posłańca" czyli pierwsze opowiadanie jest ok. Opisuje nam młodego Briara, jego motywacje i tragedię. Jednak jest kilka mankamentów. Po pierwsze gdzie nauczył się walczyć. Wg tego opowiadania ojciec dopiero planował rozpocząć jego edukację. Zdążył mu pokazać kilka podstawowych technik łącznie z zaklinaniem Otchłańców ale to tyle. Gdzieś musiał się doskonalić, ale tego nie wyjaśnione. I druga uwaga jest taka, że mieliśmy poznać młode lata naszego bohatera a otrzymujemy dziurę w życiorysie. Po tragedii rodzinnej miał niespełna 10 lat. A kolejny raz słyszymy o nim gdy dobija do 13-14 lat i jest już zaprawiony w unikaniu i walce z Otchłańcami i w sztuce przetrwania na Bagnach. Miało być wyjaśnienie, a zostało niedomówienie w postaci tych kilku lat.

 

"Święto w Potoku Tibbeta" jest  za krótkie aby coś o nim powiedzieć. Historia wywalonego po pijaku wozu i powrotu do gospodarstwa po zmroku nie jest bardzo zajmująca.Wydaje mi się również, że ojciec Arlema w tym okresie życia powinien wykazywał się większym tchórzostwem.

 

"Selia zwana Wyschniętą" jest tu chyba najmocniejszym opowiadaniem. Niesnaski małego miasteczka, konflikt ciągnące się  od pokoleń i walka o władzę a wszystko to w okresie ataku Książąt Otchłańców. Ładnie zaserwowane i na dokłądkę w podwójnej dawce. Bo cofamy się w czasie i poznajemy nieznaną historię sprzed pół wieku. Jednak jestem dziś w marudnym nastroju więc też ponarzekam. Obawiam się, że główną uwagę skupia jednak lesbijski związek głównej bohaterki i on stanowi oś tego opowiadania. Pytanie czy gdyby chodziło o miłość staruszka i młodej dziewczyny czytało by się to gorzej? Na pewno było by mniej kontrowersji, a o to chyba chodziło autorowi. Skoro opisał miłość gejowską wśród Krasjan to chciał wyrównać i coś o kobietach też napisać. Nie jestem pewien czy mi taka motywacja odpowiada. Ale samo opowiadanie bardzo dobre.

 

Podsumowując jest OK ale nic ponad to. Na pewno nie jest to pozycja "Must have" dla czytelników Bretta. Można spokojnie obejść się bez znajomości "Dziedzictwa posłańca" i być zadowolonym. Jednak lektura w większości przypadków sprawiała mi przyjemność, więc nie żałuję. Ocenicie sami, jak zawsze.

Uwaga Spoiler!

"Drzewo morwowe" Tomasz Białkowski

Drzewo morwowe - Tomasz Białkowski

Kolejna pozycja z półki wstydu. Przypomnę, że nic nie wiem o tych książkach, nie sprawdzałem o czym są. Pojawiły się u mnie w różnych okolicznościach i czekały cierpliwie aż się nimi zainteresuję. Ta konkretna został wybrana z dwóch powodów. Po pierwsze okładka nawiązująca do "Milczenia owiec" a po drugie duże czcionka. Może i nie jest to poważny powód, ale wiedziałem, że chciałbym przeczytać coś nie za długiego bowiem spodziewałem się urodzinowej dostawy literatury. No to wskakujemy na drzewo.

 

Paweł Werens to młody dziennikarz z Warszawy. Zostaje on wysłany do Olsztyna, aby zbadać serię tajemniczych zabójstw, które miały miejsce na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy. Wybór nie był przypadkowy, ponieważ jest to jego rodzinne miasto od którego jednak stroni, gdyż wiążą się z nim pewne przykre wspomnienia z dzieciństwa. Dziennikarskie śledztwo doprowadza go na trop dziwnej sekty która działała już w latach siedemdziesiątych i męczeńskiej śmierci dawnych świętych. Pomoże mu w tym piękna pani weterynarz, też całkiem ładna pani psycholog więzienny i stryj, który kilak lat wcześniej porzucił stan kapłański.

 

Nie sposób nie zauważyć tu wyraźnego odwołania do "Milczenia owiec". Tam ofiary miały umieszczone w ciałach larwy motyla Trupia Główka. Tutaj w ustach znajdowano jedwabniki. Jest to jednak jedyne chyba podobieństwo. Powieść zaczyna się bardzo dobrze opisem kilku zabójstw które zbadać ma nasz bohater. Następnie młody Werens przyjeżdża do miasta i zaczyna węszyć. Podążając krok w krok razem  nim całkiem szybko wciągamy się w szczegóły zbrodni i strony przelatują bardo szybko. Gdy dochodzi podobieństwo zabójstw do męczeńskiej śmierci pierwszych chrześcijan robi się nawet ciekawiej. Jednak końcówka jest spektakularnie słaba. Po pierwsze stryj Pawła to chodząca encyklopedia sekt, gnostyków i historii kościoła. Ja znam osobiście kilku księży i żaden nie posiadł tak szczegółowej wiedzy w Seminarium, co sugerowało by, że stryjek miał bardzo wąskie zainteresowania, które idealnie wpasowały się prowadzoną sprawę. Wystarczyło go o coś zapytać, a on zaraz sypał jak z rękawa datami, nazwiskami i cytatami. Po drugie pod koniec nasz główny bohater zostaje pojmany, aby zaraz zostać wypuszczony bo i tak czeka na niego inna tortura. Serio? To tak nielogiczne, że aż wierzyć mi się nie chciało. Grożą mu śmiercią, żeby za chwilę uwolnić i pozwolić na ostatnią nockę w swoim łóżku. A gdy doszło do wspomnianej tortury znów zrobiło siędziwnie, wręcz amatorsko. Paweł ma silny wstręt do wody i zmuszony jest wejść do niej aby uratować dwie dziewoje. Oczywiście nie umie pływać, ale nie przeszkadza mu to w dotarciu do tonącej łódki i wyciągnięciu związanych kobiet na brzeg. Przez całą powieść stopniowo poznawaliśmy przyczyny tego lęku, który został przełamany w 3 zdaniach. Ot wszedł do wody bo taka była potrzeba chwili. Chyba czytelnik zasłużył na trochę więcej. Nasz zabójca natomiast należał do najbardziej oryginalnych postaci o jakich czytałem. Niski, garbaty, kulawy i ze spaloną połową twarzy. Czyli Quasimodo. Oj szkoda, że to tak się skończyło, szkoda. 

 

"Drzewo morwowe" miało na prawdę duży potencjał, Lecz z czasem mój entuzjazm czytelniczy zanikał aż wiele z niego nie zostało. Książkę zapamiętam ze względu na postać zabójcy i wyjątkowo kiepskiego zakończenia, ale chyba nie oto chodziło autorowi,

"Przewieszenie" Remigiusz Mróz

Przewieszenie - Remigiusz Mróz

Wiktor Forst to rogata dusza nawet jak na policjanta. Nie dziwota więc, że pakuje się w kolejne problemy. A może lepiej powiedzieć, że kontynuuje te już rozpoczęte w poprzednim tomie? Nie pozwalając zatrzeć się wrażeniom z poprzedniej książki od razu odsłuchałem kontynuację. Oto co otrzymałem,

 

Ledwo ostygło ciało ostatniej ofiary tajemnicza sekta Synów Światłości rozpoczyna kolejne łowy. Tym razem ofiarami padają turyści w Tatrach. Bestia z Giewontu jak okrzyknęły go media zrzuca niewinnych wędrowców w przepaście na najbardziej niebezpiecznych fragmentach polskich gór. Kozia Przełęcz, Świnica, Rysy? |Nigdzie nie można się czuć bezpiecznie. Komisarz Forst po powrocie z Ukrainy i oczyszczeniu się z zarzutów rusza na pościg bestii. Nie będzie to proste, bo trzeba wczuć się w jego sposób rozumowania. Co więcej, zabójca zostawia pewne niepokojące poszlaki, które zaczynają rzucać podejrzenia prokuratury na samego Wiktora. Czyżby z ściganego sam miał się stać obiektem pościgu?

 

Zacznijmy od tego co tu jest ciekawego. Zabójstwa w Tatrach to bardzo ciekawy temat . Szczególnie, jeżeli ktoś chodził po tych szlakach i kojarzy poszczególne miejsca, łańcuchy, przełączki i inne niebezpieczne ale i piękne odcinki. Pogoń po górach jest więc emocjonująca i stanowczo przykuwa uwagę czytelnika. Bardzo spodobała mi się również postać komendanta Osicy. Pierwotnie przedstawiony jako relikt PRLu, który nie wiadomo jak dochapał się obecnego stanowiska zaczął się prezentować jako ciekawy policjant .Zgorzkniały, gburliwy ale i nie taki głupi jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Dodatkowo ważną rolę odgrywała tu również jego córka Agata, dzięki której poznajemy go jako kochającego ojca. Po pierwszym tomie nie spodziewałem się takiego rozwoju postaci. Sama fabuła oraz sposób prowadzenia narracji również zasługuje na pochwałę. Nie ma tu już takiego natłoku wydarzeń i ciagłej akcji. Mozna się chwilęzastanowić, przysiąść nad jednym wątkiem a nie biegać po 4 sąsiednich krajach w celu rozwiązania sprawy kryminalnej. Tym razem będzie tylko Polska i Słowacja, ale to tylko dlatego, że dzielimy między siebie Tatry, w których dzieje się akcja powieści.

Jednak podczas takiego zastanowienia się pojawiają się pytania. I na niektóre z nich chciałbym uzyskać odpowiedź, której autor mi poskąpił.Przede wszystkim jaka jest motywacja głównego "złego", czyli Bestii z Giewontu. Z poprzedniej części wiemy, że należy do pewnej sekty chrześcijańskiej, która inaczej interpretując nauki Kościoła sam postanowiła wypowiedzieć wojnę Synom Mroku, czyli generalnie plugawcom. Na ich celowniku byli oprawcy z Wołynia, którzy jako członkowie UPA byli bezkarni na Ukrainie albo Białorusi. Zagmatwane to, ale można zrozumieć. Tutaj natomiast spycha przypadkowych turystów w przepaść. Bez wywiadu kim byli i co złego mogli zrobić. Po prostu nawinęli się w odpowiednim miejsca w odpowiednim czasie. Brak tu konsekwencji, chyba, że to już nie ta sekta i mamy do czynienia z czymś innym.

Druga sprawa, która bardzo mnie drażniła to postać jednego z prokuratorów prowadzących śledztwo, a konkretnie Aleks. Jak można a człowieka na takim stanowisku zrobić takiego idiotę? Złapał skrawek tropu, uczepił się go jak wygłodniały pies, dorobił resztę historii na poczekaniu i dawaj ścigamy Forsta. Oskarżał go o co tylko się dało argumentując to prostackim "bo mógł". Dlaczego zabił nieznanych turystów na szlaku? Bo mógł. Bo jest niesamowitym zwyrodnialcem, który tylko czeka żeby komuś kark skręcić. Serio? To jest postawa prokuratora? Bez dowodów, bez mocnych poszlak i bez sprawdzenia historii służby? Przecież to jest zachowanie dobre dla jakiegos niedouczonego  fanatyka. Bardzo mnie to drażniło. Nawet powtórzenie motywu Forsta jako podejrzanego i później jego pobyt w wiezieniu nie było tak wkurzające. Widać, Mróz lubi biednego komisarza stawiać w roli uciekiniera.

 

"Przewiesznie" jest to solidny kryminał, w którym widać , żę autor wziął sobie do serca nadmiar akcji występujący w poprzedniej części. Czyta się to bardzo przyjemnie, jednak kilka drażniących kwestii psuło mi odbiór. Jest tu też kilka logicznych niedociągnięć, ale cóż. Ogólnie całkiem przyjemna lektura

"Dziedziczka smoka. Testament Thubana" Licia Troisi

Testament Thubana - Licia Troisi

Mam taką półkę wstydu. A dokładniej to z 2. Znajdują się tam w większości książki, które wygrałem w przeróżnych konkursach nie patrząc nawet szczególnie o co walczę. I tak się zapełniały półeczki aż powiedziałem STOP. Teraz tylko przemyślane zakupy oraz walka w konkursach, które mnie interesują. Ale mleko się rozlało. To co mam te książki komuś sprezentować nie zapoznawszy się nawet? Nic z tego .Rozpoczynam więc eksterminacje półek wstydu. Jest to misja długofalowa ale docelowo przeczytane pozycje albo zostaną w kolekcji, albo wezmą udział w bookcrossingu. Tak więc na pierwszy ogień "Dziedziczka Smoków"

 

Książka opowiada nam o 13 letniej sierocie Sofii, która mieszka w jednym z rzymskich sierocińców w obecnych czasach. Niespodziewanie dla niej i wszystkich opiekunek pewnego dnia w drzwiach staje profesor i oświadcza, że chciałby ją adoptować. Po początkowym szoku Sofia odkrywa, że profesor wybrał ją ze wzgędu na jej pochodzenia. Otóż jest przedstawicielką bardzo starego rodu, który tysiące lat temu zjednoczył się ze smokami i właśnie w naszej małej sierotce kryje się najstarszy i najpotężniejszy z przedstawicieli skrzydlatych gadów. Dziewczynka musi tylko nauczyć się z nim porozumiewać i używać niezwykłych mocy. A czas nagli, bo prastary wywern, największy wróg smoków powoli odzyskuje siły i już niedługo przełamie wiążące go pieczęci i zaatakuje ludzkość.

 

Na pierwszy rzut oka gdy tylko spojrzymy na okładkę wydaje się, że jest to powieść dla młodzieży. Na drugi, trzeci i każdy kolejny również. I nie ma co się doszukiwać tu głębi bo tak właśnie jest. Nie było by w tym nic złego, gdyby nie główna bohaterka. Sofia jest jedna z bardziej irytujących postaci jakie miałem okazje poznać. Zamknięta w sobie, uważająca, że do niczego się nie nadaje, jest najgorsza i wszystko to jej wina. Uwielbia użalać się nad sobą i nie ma ani odrobiny pewności siebie. Aż chciało się zakrzyknąć, żeby ją coś pożarło w trakcie lektury. Przeciwwagą dla niej powinien być profesor ale on również okazuje się przesadnie tkliwy. Dochodzi do tego, że w jednej ze scen nawzajem się przepraszają i starają się nawzajem przekonać kto jest bardziej winny zaistniałej sytuacji. Natomiast przeciwnicy to taki zespół R z pokemonów który cały czas ze sobą rywalizuje. Zamiast współpracować dla dobra swojego pana, wielkiego wywerna to oni cieszą się jak głupki, gdy drugiemu się nie powiodło. Sposób rekrutacji sług też jest bardzo naciagany. Pierwotnie wyglądało to ciekawie, ale później ten wątek przestał zupełnie istnieć. Zamiast przekonywać do siebie mogli równie dobrze zgarnąć jakiegos bezdomnego, bo i tak ich sługa jest bezwolną marionetką. Bezsens

 

Jest sporo ksiażek dla młodzieży, które są napisane o niebo lepiej i nie powodują takiego poziomu irytacji na głównego bohatera. Poszukajcie, serio. Bo po tej serii nie ma się czego spodziewać. Kolejne tomy nie dostaną u mnie szansy

"Ekspozycja" Remigiusz Mróz

Ekspozycja - Remigiusz Mróz

Drugie moje spotkanie z tym autorem. Poprzednio "Czarna madonna" zostawiła po sobie miłe wspomnienia, więc po namowach znajomych złapałem za jakąś serię. Wolałem sobie odpuścić prawnicze zawiłości i tym sposobem wybór padł na komisarza Forsta. Niektórzy nawet porównują go do Harrego Hole. Odważne porównanie, które tym bardziej chciałem zrewidować. Tak więc proszę Państwa zapraszam.

 

Zaczynamy od zabójstwa i to dosyć zuchwałego. Na Giewoncie przywiązane do krzyża znaleziono nagie zwłoki. Sprawą tą zajmuje się Wiktor Forst u już na wstępie znajduje pewne nieprawidłowości. Jednak anim cokolwiek zdąży wyjaśnić zostaje odsunięty od śledztwa. Nie chcąc tak tego zostawić łączy swoje siły z dziennikarką Olgą Szrebską i rozpoczynają śledztwo na własna rękę. Nie mają pojęcia jak daleko ich to zaprowadzi.

 

Nie oszukujmy się. Połączenie sił policjanta i dziennikarki to bardzo popularny motyw. Odkrycie "czegoś większego" też nie jest zaskoczeniem. Co więc może przyciągać do tej lektury? Solidny warsztat autora i umiejętne poprowadzenie narracji. Postać głównego bohatera też jest interesująca, ale nie aż tak bardzo jak Harry Hole. Wydaje mi się, że jest inspirowana norweskim inspektorem. Ma problem z alkoholem, ma gdzieś przełożonych i lata za kobietami jak pies. Dużo bardziej podobała mi się jego relacja z Szrebską. No tam czuć było chemię. Szkoda, że... a z resztą sami przeczytacie. 

Sama fabuła jest bardzo... różnorodna. Można ja podzielić na wyraźnie różniące się od siebie części. Część pierwsza to klasyczne śledztwo majace na celu ustalenie motywy i tożsamość mordercy. Część druga to odkrycie większej sprawy i ucieczka naszych bohaterów przez Polskę. Następnie mamy wypad na Białoruś i całkiem ciekawy opis pobytu w rosyjskim więzieniu. I część ostatnia to odkrycie najważniejszych kart i konfrontacja. Części te wyraźnie się różnią między sobą i kilka razy zastanawiałem się co ja czytam. Kryminał, powieść akcji, literaturę obyczajową czy thriller religijny pokroju Browna. Autor mógł iść w dowolną z tych stron, ale ostatecznie został po środku oferując nam po szczypcie z powyższych. Nie jest to złe rozwiązanie, ale przez to niektóre fragmenty są bardziej zajmujące i chciałbym aby w tym kierunku potoczyła się powieść.

 

Ostatecznie mamy dosyć zawiłą powieść łączącą w sobie wiele wątków i nie do końca wyjaśniająca wszystkie niejasności. Jednak, zakończenie było interesujące i chciałbym dodatkowo poznać więcej szczegółów odnośnie naszego głównego bohatera, dlatego z chęcią siegnę po kolejne części.

"Władcy marionetek" Robert A. Heinlein

Władcy marionetek - Robert A. Heinlein

Mała pożółkła i podniszczona książeczka, zgarnięta z gminnej biblioteki na zasadzie bookcrossingu. Patrzysz na cenę na okładce i wiesz, że swoje już przeszła, bo wynosi ona 20000 zł. Dlaczego ją wybrałem? Po pierwsze tytuł przykuł moją uwagę. "Władca marionetek" skojarzył mi się z ... utworem  muzycznym grupy Metallica. Później dopiero doczytałem mniejszą czcionką, że jest to autor zaliczany do klasyków sci-fi. Jeżeli widzieliście kiedyś "Żołnierzy kosmosu" to wiecie o co chodzi. Co więc się kryło w tym leciwym tomiku? Szczegóły poniżej.

 

Ziemia została odwiedzona przez kosmitów. Ale nie są to humanoidalne szare ludziki znane z Archiwum X czy innych filmów. Są to raczej pasożyty o rozmiarach piłki do rugby i o ciele o konsystencji ślimaka. Przyczepiają się poniżej karku człowieka i przejmują nad nim kontrolę. Ofiara nadal posiada swoją osobowość i wszelkie wspomnienia ale jego wola jest całkowicie podporządkowana. Powstrzymać potencjalną inwazję starają się agenci wywiadowczy a dokładniej Sam oraz Mary wraz ze swoim szefem Starcem. Ale jak tu komuś zaufać wiedząc, że może być na usługach kosmitów? Agenci wprowadzają więc w życie śmiały plan "odkrytych pleców". Nie każdemu się to podoba.

 

Akcja pędzi tutaj jak koń w galopie. Już po kilkunastu stronach mamy pierwsze spotkanie z obcymi i niebezpieczeństwo z tym związane. Nie ma czasu na wprowadzenie albo większe opisy lokacji. Liczą się czyny i szybkie, dynamiczne dialogi. To się może podobać. Szczególnie porównując do niektórych dzisiejszych autorów, którzy opisami potrafią zamęczyć prawie jak Nałkowska w "Nad Niemnem". Okazuje się, że można w niewiele ponad 200 stronach zawrzeć całą masę wydarzeń. Wow. Ostatnim razem takie odczucie miałem gdy czytałem książkę Howarda, a więc też już klasykę. Najwidoczniej, kiedyś oczekiwano czego innego po literaturze, Ale wracając do "Władców marionetek" ta pędząca fabuła z częstymi zwrotami akcji ma też swoje minusy. Cierpią na tym postacie. Główny bohater to raczej prosty agent, który niekiedy ma zachowania godne 12 latka. Jak się zaprze że coś che to tu i teraz albo foch. Mary to tajemnicza agentka, która umiejętności których się po niej nie spodziewamy, lecz jednocześnie jest niezwykle uległa. Tak kochanie. Dobrze kochanie. Będzie jak zdecydujesz kochanie. To mi się gryzie w tej postaci. Z jednej strony twarda niezależna babka, a za chwilę zmienia się w potulną kurę domową. Czyżby przebijał tu obraz stereotypowego wizerunku rodziny w latach 50.? Trzecia postać to Starzec, który jest typowym szefem. On wie najlepiej, masz wykonywać jego polecenia ponieważ jest w posiadaniu ważnych informacji którymi się z tobą nie podzieli. Cała ta trójka jest dosyć płytko przedstawiona ale najgorzej wychodzi wątek romantyczny Sama i Mary. Jest to tak nienaturalne i nieadekwatne do ich postaci, że karykaturalne. O zmianie postawy Mary już pisałem. Sam natomiast to wypisz wymaluj zakochany szczeniak. On już teraz i natychmiast będzie sie żenił. Nie ma chwili do stracenia. I wyjadą z miasta, zamieszkają w domku w górach gdzie będą żyć szczęśliwie po kres swoich dni. Błe. Jak to sie źle czytało. Wydaje mi się, że cały ten wątek był rozbudowany tylko po to, żeby doprowadzić do jednej sceny przy rozpalonym kominku. Spokojnie można było to okroić albo napisać bardziej wiarygodnie. 

 

Ale oprócz tego lektura sprawiła mi zaskakująco wiele przyjemności. Pomysł na kosmiczne pasożyty, odkrywnie ich natury, pomysły na walkę z nimi. Wszystko to sprawiło, że książka szybciutko została przeczytana. Dobrze jest czasem zostać zaskoczonym przez starą i pożółkłą książeczkę.

"Otchłań" Peter V. Brett

Otchłań tom 2 - Peter V. Brett Otchłań tom 1 - Peter V. Brett

No i się doczekałem. Po 10 latach o rozpoczęcia serii mamy zakończenie. Wystarczyło jeszcze tylko odczekać z pół roku po premierze, aby Fabryka Słów wypuściła drugi tom i można było się zabrać do lektury. Tak jest, "Malowany człowiek" to już przeszłość. Jeżeli chcecie się przekonać jak wypada zakończenie jednej z najciekawszych serii fantasy, to zapraszam poniżej.

 

Jak Arlem z Jardirem postanowili pod koniec poprzedniego tomu, tak też zrobili. Aby powstrzymać ataki demonów postanowili sami zejść do Otchłani i rozprawić się z Królową. Jako przewodnika wzięli ze sobą Księcia Otchłańców i ruszyli. No dobra, aż tak prosto to nie było. Najpierw trzeba było uporządkować wszystkie sprawy w rodzinnych stronach i zabezpieczyć się na wypadek, gdyby misja się nie powiodła. Dlatego też Jardir wrócił  do Krasji aby ogarnąć cały bajzel po przewrocie a Arlem zajrzał do Zakątka aby zamienić kilka słów z Leeshą. Obydwaj podróżowali w ukryciu, aby nie zdradzić się, że żyją. I o tym jest generalnie cała pierwsza połowa książki. Przygotowania do wyprawy do Otchłani naszych Wybawicieli oraz przygotowania pozostałych bohaterów na odparcie ataków Demonów podczas najbliższego nowiu. Istnieje bowiem spore ryzyko, że będzie to atak ostateczny mający na celu zmiecenie ludzkości z powierzchni. Druga połowa to już sama wędrówka w głąb ziemi oraz desperackie próby obrony na górze. Zdradzać nic wiecej nie będę, ale aż do ostatniego momentu nie wiadomo czy się uda, tym bardziej, że misja jest raczej z gatunku tych samobójczych. 

 

Pamiętam jak podczas lektury poprzedniego tomu byłem mocno zawiedziony bardzo małą ilością rozdziałów dotyczących głównych bohaterów. Teraz też, jeżeli spojrzeć na to w ten sposób, to Arlema i Jardira jakoś wybitnie dużo nie ma, przynajmniej w pierwszym tomie. Jednak finał w ich wykonaniu skutecznie wynagradza mi tą dysproporcję. Rozumiem też autora, który musiał podomykać wszystkie inne wątki. Bohaterów się namnożyło i nie można było ich pozostawić samych sobie. Dlatego też trochę inaczej teraz patrzę na poprzednią część. Brett już wtedy wiedział, że kreacje postaci drugoplanowych muszą do czegoś zmierzać i trzeba rozpocząć przygotowania do ich zakończenia. Faktem jest, że ogrom Krasjańskich sióstr, braci, szwagrów i innych powinowatych Jardira mógł przysporzyć o ból głowy. Cieszę się więc, że wszystko ładnie i zgrabnie zostało zamknięte.

 

Sam finał serii bardzo mi się podobał. Czuć było klimat przygotowań i niepewności, czy się uda. Ostateczna walka to już mocne skojarzenie z serią "Obcy" ale inaczej chyba tego nie można sobie wyobrazić. Cóż tu więcej mówić. Jedna z najlepszych serii fantasy dobiegła końca. Cieszę się, że nie była ciągnięta na siłę dalej, jak ma to czasem miejsce. Polecam absolutnie każdemu czytelnikowi fantastyki, wstyd nie znać "Malowanego człowieka"

"Znak jednorożca" Roger Zelazny

Znak Jednorożca (Amber Chronicles, #3) - Roger Zelazny, Piotr W. Cholewa

Nie tak miało być. Po pierwszych dwóch częściach resztę chciałem przeczytać i opisać jako całość. Chciałem tak zrobić, ponieważ ksiażki są dosyć krótkie i często nie tworzą zamkniętej całości, bo wiele wątków wyjaśnia się w kolejnych tomach. A jednak opiszą osobno trzeci tom a powód tej decyzji podam w podsumowaniu.

 

Corwin odzyskał Amber. Nie koronował się jeszcze, ale po śmierci Eryka jest pierwszym w kolejce. Jednak nie będzie tak łatwo. Ludzie mu nie ufają a dodatkowo musi ogłosić morderstwo swojego brata, co nie wpłynie pozytywnie na jego wizerunek. Prawdopodobnie spora część dworu uzna, że to on sam zabił brata aby wzmocnić swoją pozycję. Aby nieco zyskać postanawia przekonać resztę rodzeństwa do odnalezienie innego brata, po którym słuch zaginął już bardzo dawno. Jednak już chwilę później trzeba rozpocząć śledztwo mające wykazać, kto i dlaczego owego brata uwięził i starał się zabić. Oj nie jest łatwo być władcą Amberu.

 

W tej książce dzieje się jednocześnie bardzo dużo i bardzo mało. Patrząc na streszczenie zawarte powyżej można uznać, że akcja jest wartka. Tu zabójstwo, tu porwanie, zaraz śledztwo i jeszcze trochę innych wydarzeń, których nie wspominam. Jednocześnie narracja jest jakaś taka mało przystępna, a przede wszystkim nie jest rozwinięty ciekawy wątek Dary umieszczony w tomie drugim. Jest wspomniana tylko na chwilę w końcówce. Nie lubię takiego zanęcania. Pod koniec powieści wrzucamy coś dla smaczku, co zachęca do sięgnięcia po kolejny tom i odpuszczamy. A dokładniej odpuszczamy ten wątek przez cały tom aby pod koniec znowu delikatnie zanęcić rozwijając go delikatnie. Jest to drażnienie czytelnika i grozi porzuceniem lektury. Niestety nie znalazłem aż tyle przyjemności w "Znaku jednorożca" aby kontynuować serię. Chciałem przeczytać przynajmniej 5 pierwszych tomów, ale po co mam się męczyć. Koncepcja świata jest ciekawa, ale same przygody głównego bohatera zbyt chaotyczne. Pierwszy raz przewijałem sobie ostatnie 45 minut (książkę słuchałem) i odsłuchiwałem jeszcze raz bo nie zrozumiałem co do mnie lektor mówił. To zaważyło na ocenie.

 

"Znak jednorożca" to dosyć chaotyczna powieść, która z jednej strony dalej rozwija znany nam już z poprzednich części świat Amberu, lecz z drugiej wprowadza zamęt i nie eksploatuje rozpoczętych wcześniej wątków. Przeczytałem, lecz zapewne za kilka miesięcy nie będę pamiętam co tam się działo. Na ten moment zawieszam czytanie tego cyklu, bo nie daje mi tyle przyjemności ile bym oczekiwał. Za dużo jest innych książek na rynku

"Inne okręty" Romuald Pawlak

Inne Okręty - Romuald Pawlak

Czasem trzeba przeczytać coś innego. Coś, co na co dzień nie podeszło by nam, albo nawet nie rzucilibyśmy na to okiem. ALbo coś, co leży na ten nieszczęsnej półce wstydu i zbiera kurz. I nie wiesz, czy to dobre, czy zasłużenie zgarnia paprochy z otoczenia. Dzisiaj przyszła pora właśnie na taką nieznaną pozycję  głębi półki. A więc skok w nieznane. gotowi?

 

Romuald Pawlak już kiedyś gościł u mnie. "Czarem i smokiem" jednak absolutnie do mnie nie przemówiło i poleciało z kolekcji przed skończeniem lektury nawet. Dlatego też miałem pewną obawę przed lekturą. Ale wcale nie było najgorzej.

Wyobraźcie sobie świat, w którym koń Pizzarra się potknął. Tak nieszczęśliwie, że nie podbił on Inków podczas konkwisty i Hiszpanie wraz z Indianami musieli nauczyć się koegzystować. W świecie takim poznajemy kapitana Pedro de Manjarresa, który poświęcił zarobek i sławę na rzecz kobiety. A więc romans. Ale romans z alternatywną historią w tle. I z wojną. Bo Inkowie i okupanci może i żyją obok siebie, ale obydwie strony szykują się do podboju. I w środku tego rozgardiaszu nasz kapitan szuka ukochanej Indianki. Szaleniec normalnie. Faktycznie miłość ogłupia.

 

Całą historia miłosna i ciągła wędrówka jest tylko pretekstem dla przedstawienia nam ówczesnej sytuacji politycznej. Tylko, co szarego Polaka interesuje w układach hiszpańsko- indiańskich? No niby nic, tylko, że autor nie poprzestał na tamtej okolicy.Skoro historia potoczyła się inaczej w Ameryce Południowej to i w Europie trochę się zmieniło. Skoro w Europie to i w Polsce. Autor poszedł nawet krok dalej. Cóż z tego, że w tamtym okresie działo się odmiennie od znanej nam historii. Dzięki kilku wizjom, których doświadczył nasz bohater, dowiadujemy się jak wyglądały kolejne epoki historyczne.Tak więc trochę rozmachu jest. Pytanie czy jest on aż tak bardzo potrzebny. Bohater jest głupi i zakochany, ale da się go lubić. Niestety wkurzające są wspomniane wcześniej wizje, które dopadają go w różnych sytuacjach i wyrywając nas z butów wrzucają do czasów zupełnie innych. Nie podobało mi się to, tym bardziej, że zakłócało stworzona wcześniej narrację. Jednak jako całokształt nie było tak źle. Oceniłbym ją na delikatnie powyżej przeciętnej, natomiast dla miłośników Indian lub alternatywnej historii może być ie lada gratką.

 

"Inne okręty" były niezłym przerywnikiem od znanych mi autorów i cykli literackich. Niczego się nie spodziewałem i nie dostałem niczego nadzwyczajnego, lecz nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą. Ciekawa historia alternatywna raz na jakiś czas nikomu jeszcze nie zaszkodziła

"Karabiny Avalonu" Roger Zelazny

Karabiny Avalonu - Roger Zelazny

Zgłębiamy dalej kroniki Amberu. Książki nie są długie, dlatego kolejną cześć przeczytałem w niedługim czasie po pierwszej. Wakacyjny okres również pozytywnie wpłynął na tempo lektury. Nie ma co się dalej rozwodzić, zapraszam do lektury.

 

"Karabiny Avalonu" rozpoczynają się bezpośrednio po pierwszym tomie. Corwin bo dojściu do siebie nie przestaje planować odbicia Amberu z rąk swojego brata Eryka. W tym celu potrzebuje pewnej substancji dostępnej w Avalonie. Zanim tam jednak dotrze trafia do Lorraine gdzie spotyka swojego byłego generała Genelona, którego wygnał kiedyś z królestwa. Okazuje się jednak, że stoi on na czele ruchu oporu walczącymi z dziwnymi stworami z Czarciego Kręgu. Corwin podejrzewa, że Krąg ten jest jego sprawką więc postanawia pomóc miejscowym. Następnie juz wraz z Genelonem wyruszają w dalszą drogę. Najpierw do Avalonu a następnie do Amberu stoczyć bitwę z bratem. Ostatecznie bitwa nie poszła dokładnie po jego myśli i sprawy się skomplikowały.

 

Całą książkę można podzielić na dwie części. W pierwszej Corwin pomaga w sprawie Czarciego Kręgu przy okazji przekonując się, jak nierozważnym był kiedyś księciem. W drugiej natomiast zdobywa proszek potrzebny do karabinów i przy okazji poznaje wnuczkę jednego ze swoich braci. Konsekwencją jego czynów jest bitwa która rozgrywa się w Amberze, w której Corwin musi walczyć nie po tej stronie co pierwotnie zamierzał. Ta część jest dużo ciekawsza od poprzedniej przede wszystkim ze względu na sposób narracji. Nie ma tu wspomnianego przeze mnie "skoku" narracyjnego. Wszystko przebiegło w odpowiednim tempie. Dodatkowo postać Dary (wnuczki) na koniec wnosi bardzo wiele niewiadomych. To przede wszystkim ze względu na nią sięgnę po kolejną część i to niedługo.

 

"Karabiny Avalonu" są ciekawą kontynuacją przygód Corwina. Czytało mi się je lepiej od pierwszego tomu i zostawiły kilka ważnych pytań i niewiadomych, które chciałbym zgłębić. Książka o pół oceny lepsza. Zobaczymy co będzie dalej

"Dziewięciu książąt Amberu" Roger Zelazny

Dziewięciu Książąt Amberu (Kroniki Amberu, #1) - Blanka Kluczborska, Roger Zelazny

Zostało jeszcze trochę klasyki, którą przydało by się poznać. Na wakacje zaplanowałem sobie Kroniki Amberu. Nie wiem jeszcze czy zapoznam się z całą serią, ale kilka poznać trzeba. Wszak to klasyka literatury fantastycznej. Jak Pan Bóg przykazał zaczynamy od pierwszego tomu.

 

Zaczyna się zupełnie jak w Gothicu. Pamiętacie tę grę komputerową? Budzimy się i pojęcia nie mamy kim jesteśmy ani gdzie się znajdujemy. Można powiedzieć, że jesteśmy takim Bezimiennym, który najpierw musi odkryć swoją przeszłość, aby móc postąpić krok do przodu. Dokładnie to samo czeka nas w "Dziewięciu książętach Amberu". Główny bohater budzi się w szpitalu i bladego pojęcia nie wiem co się z nim stało. Ale krok po kroku postanawia się tego dowiedzieć. Najpierw wydostać się ze szpitala, później dowiedzieć jak się tu znalazł i czy ma bliskich. Jeżeli ma, to ich odwiedzić i pozyskać więcej informacji o samym sobie. Jak postanowił tak i zrobił. Dzięki wrodzonemu sprytowi i świetnym umiejętnościom improwizacji w trudnych momentach jak i manipulacji innych ludzi odzyskiwał wspomnienia. A przeszłość nieźle go zaskoczyła.

 

W książkach o takiej konstrukcji nie wolno nic zdradzić potencjalnym czytelnikom. Ponieważ to powolne odkrywanie zagadek przeszłości stanowi rdzeń fabuły. Mogę tylko nadmienić, że Corwin, czyli nasz główny bohater nie do końca pochodzi z naszego świata. Czyta się to ciekawie i szybko, ponieważ wraz z nim odkrywamy nowe i nieznane krainy. Wszystko zmierza do momentu w którym Corwin odzyskuje utraconą pamięć i ... wtedy rozpoczyna się lawina. Wie doskonale co musi zrobić i przyśpiesza akcję przynajmniej dwukrotnie. Do tej chwili wszystko działo się w spokojnym, z góry ustalonym tempie, ale później wydarzenia przyśpieszają tak bardzo, że z dwa razy cofałem się w odsłuchu (ksiażkę przyswoiłem w formie audiobooka) aby jeszcze raz sprawdzić, czy wszystko dobrze zrozumiałem. Najpierw były plany przygotowań do wyprawy i nagle BUM już się bijemy. Taka asymetria w tempie narracji nie przypadła mi do gustu, dlatego też mam nadzieję, że autor do niej nie wróci.

Generalnie można znaleźć bardzo wyraźne odwołanie do filozofii platońskiej co daje spore pole do manewru. Koncepcja jest interesująca, mam nadzieję, że kolejne tomy mocniej rozbudzą moją wyobraźnię. 

 

"Dziewięciu książąt Amberu" to lektura niezbyt długa, ale intrygująca. Kilka ciekawych koncepcji wpływa na pozytywny jej odbiór, lecz zmienna narracja trochę ostudza zapał. Zelazny zaciekawił mnie pierwszym tomem, ale nie wzbudził dużego zainteresowania. Oby to się zmieniło wraz z kolejnymi częściami

"Zemsta Manitou" Graham Masterton

Zemsta Manitou - Graham Masterton

Byłem na targach książki w Warszawie i patrzę siedzi jakiś facet i książki podpisuje. Twarz jakaś taka znajoma chyba, jakbym go gdzieś na okładce widział. Zerkam na wizytówkę, a to się okazuje, że Graham Masterton zawitał na Narodowy. Zdobyć autograf! Zdobyć autograf! Tym bardziej, że będzie jeszcze tylko 10 minut. Szybko chwyciłem książkę, której pierwszy tom kiedyś przeczytałem i mi się całkiem podobał i pobiegłem po dedykację. W taki oto sposób stałem się właścicielem "Zemsty Manitou". Teraz czas ją rozliczyć.

 

Neil jest ojcem ośmioletniego syna którego dręczą coraz gorsze koszmary. CO ciekawsze, wszystkie dzieci w jego klasie mają podobne sny. Zaniepokojony ojciec postanawia zbadać sprawę i dochodzi do wniosku, że winny może być legendarny indiański szaman Misquamacus, który stara się zemścić na białych ludziach za krzywdy wyrządzone na przestrzeni wieków. Jedyną osobą mogącą mu pomóc jest Harry Erskine i jego przyjaciel Śpiewająca Skała. Pytanie czy dadzą radę.

 

Ok, widzę co napisałem i to brzmi tandetnie. Nawet bardzo. Horror ten ma niezwykle prostą i jednowątkową budowę, więc wiele nie należy się spodziewać. Jednak może to być paradoksalnie jego plus, ponieważ akcja jest bardzo wartka i strony przerzuca się z zawrotna prędkością. Nie ma czasu na długie dywagacje, trzeba wsiadać w samochód i jechać! Plan? Wymyślimy na miejscu.Tak mniej więcej wygląda zachowanie głównych bohaterów. Czy to spełnia swoje zadanie. Otóż wg mnie tak. Lektura jest  przyjemna, wciągająca i przyjemna. 300 stron minęło niewiadomo kiedy. Jako horror też sie sprawdza. Najbardziej w pamięci zapada scena gwałtu pościeli (nie pytajcie, to się po prostu stało) i przywołania paskudnego indiańskiego boga. Jest on wyraźnie inspirowany twórczością HP Lovecrafta co mocno rzuca się w oczy. No chyba, że faktycznie indiańskie demony tak wyglądały, nie przeprowadzałem głębszych badań. Jest jednak kilka minusów. Przede wszystkim zakończenie jest jakieś takie nijakie. Trochę Deus ex Machina. Pomoc która uratowała świat pojawia się znikąd i wszystko pozamiatała. Druga sprawa to postać Harrego Erskina. W pierwszym tomie główny bohater, tutaj kreowany był na jedynego sojusznika, który uwierzył Neilowi. W rzeczywistości jego rola ograniczała się do przyprowadzenia Śpiewającej Skały (który okazał się niezwykle ważny) i wygłaszania wymuszonych i irytujących dowcipów. Taki człowiek, który na siłę chce być śmieszny, mimo, że nie ma do tego powodów. Równie dobrze mogło by go nie być i nic byśmy nie stracili.

 

"Zemsta Manitou" to dobra propozycja dla miłośników szybkich i dynamicznych powieści akcji z nutką grozy. Jeżeli będziecie czytali i nie zadawali sobie zbyt wielu pytań, to spokojnie jest to lektura na jeden-dwa wieczory dająca sporo satysfakcji. Jeżeli natomiast lubicie analizować to co przeczytaliście, to pojawią się pewne zgrzyty.

"Czerwona jaskółka" Jason Matthews

Czerwona jaskółka - Jason Matthews

Książki dobieram kierując się różnymi kryteriami. Jednym z nich jest ekranizacja. Jeżeli ktoś wykupił prawa do niej, to w teorii przynajmniej książka powinna być całkiem niezła, co nie zawsze ma miejsce. Tak oto trafiłem na "Czerwoną jaskółkę", ciekawe połączeni powieści szpiegowskiej i książki kucharskiej. Niemożliwe? A jednak...

 

Główną bohaterką powieści jest Dominika Jegorowa potrafiąca niezwykle dobrze odczytywać emocje innych ludzi. Byłą baletnicą, ale niestety kontuzja zakończyła jej karierę i dzięki protekcji wuja została przyjęta do SWR, gdzie chce sie sprawdzić jako agentka. Przechodzimy wraz z nią przez wszystkie etapy życia i szkolenia .Najpierw wspomniana szkołą baletowa, później akademia wywiadowcza, słynna Szkołą Jaskółek , pierwsza misja i w końcu zlecenie w Helsinkach, gdzie poznaje Nata, pracownika ambasady amerykańskiej. W rzeczywistości jest on jednak agentem CSI, którego ma rozpracować. Żeby było ciekawiej, on ma takie samo zadanie. No i zaczynają się podchody z obydwu stron. Przy okazji zdemaskowani zostają ważni agenci zarówno z jednej jak i drugiej strony. A wszystko to dzieje się w czasach współczesnych, gdzie Putin twardo prowadzi politykę zagraniczną. 

 

Nie wiem na czy się skupić w tej książce. Przede wszystkim jest to historia dziewczyny, która kierując się patriotycznymi pobudkami chce się przysłużyć ojczyźnie. Z czasem odkrywa, że można w inny sposób przyczynić się do rozwoju państwa. Z drugiej strony mamy Szkołę Jaskółek, czyli akademię uwodzicielek od której wziął się tytuł książki. Wydaje mi się jednak, że jest to tak zwany "click bait". Taki temat bardzo dobrze się sprzedaje i wywołuj spore zainteresowanie ale nie jest główną osią powieści. Główną osią jest relacja Dominiki i Nata, więc tak, można się domyśleć, że pojawia się tam romans. A to wszystko okraszone jest przepisami kulinarnymi. Tak jak wspomniałem we wstępie, można tą książkę traktować jak kucharską. Na końcu każdego rozdziału znajdziemy krótki przepis którejś potrawy pojawiającej się na ostatnich kilkunastu stronach. Przede wszystkim sąto potrawy kuchni rosyjskiej, ale znajdą się i wyjątki znad basenu Morza Śródziemnego. Skąd taki pomysł? Pojęcia nie mam. Początkowo było to dziwne, później przywykłem a przy mniej ciekawych rozdziałach zastanawiałem się nawet, którą potrawę z danego rozdziału wybierze autor. Czy to dodaje "smaczku" powieści? Raczej nie, bo nie ma to głębszego związku z fabułą. Chętnie dowiedział bym się skąd taki pomysł.

 

Podsumowując, "Czerwona Jaskółka" to powieść szpiegowska, z wyraźnym wątkiem romantycznym i kulinarnym. O ile ten pierwszy często idzie w parze ze szpiegostwem, to kulinaria są tu interesującym dodatkiem, który ani nie poprawia odbioru, ani nie wpływa na niego negatywnie. Mi osobiście ta książka nie zapadłą niczym specjalnym w pamięci, ale nie przepadam za literaturą szpiegowską. Liczyłem na coś innego, co tłumaczyłoby wykupienie praw do ekranizacji. Nic takiego mnie nie zaskoczyło, więc prawdopodobnie za kilka miesięcy nie będę pamiętał dokładnie fabuły. Książka do przeczytania i zapomnienia, ale nie wykluczam, że miłośnicy agentów i szpiegów będą zadowoleni

Teraz czytam

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe
Robert M. Wegner