zaczytany

Czytałem, czytam i czytać będę. Może więc to dobry pomysł, aby propagować to wspaniałe zajęcie i podzielić się z innymi opiniami na temat tego, co przeczytane...

"Zemsta Manitou" Graham Masterton

Zemsta Manitou - Graham Masterton

Byłem na targach książki w Warszawie i patrzę siedzi jakiś facet i książki podpisuje. Twarz jakaś taka znajoma chyba, jakbym go gdzieś na okładce widział. Zerkam na wizytówkę, a to się okazuje, że Graham Masterton zawitał na Narodowy. Zdobyć autograf! Zdobyć autograf! Tym bardziej, że będzie jeszcze tylko 10 minut. Szybko chwyciłem książkę, której pierwszy tom kiedyś przeczytałem i mi się całkiem podobał i pobiegłem po dedykację. W taki oto sposób stałem się właścicielem "Zemsty Manitou". Teraz czas ją rozliczyć.

 

Neil jest ojcem ośmioletniego syna którego dręczą coraz gorsze koszmary. CO ciekawsze, wszystkie dzieci w jego klasie mają podobne sny. Zaniepokojony ojciec postanawia zbadać sprawę i dochodzi do wniosku, że winny może być legendarny indiański szaman Misquamacus, który stara się zemścić na białych ludziach za krzywdy wyrządzone na przestrzeni wieków. Jedyną osobą mogącą mu pomóc jest Harry Erskine i jego przyjaciel Śpiewająca Skała. Pytanie czy dadzą radę.

 

Ok, widzę co napisałem i to brzmi tandetnie. Nawet bardzo. Horror ten ma niezwykle prostą i jednowątkową budowę, więc wiele nie należy się spodziewać. Jednak może to być paradoksalnie jego plus, ponieważ akcja jest bardzo wartka i strony przerzuca się z zawrotna prędkością. Nie ma czasu na długie dywagacje, trzeba wsiadać w samochód i jechać! Plan? Wymyślimy na miejscu.Tak mniej więcej wygląda zachowanie głównych bohaterów. Czy to spełnia swoje zadanie. Otóż wg mnie tak. Lektura jest  przyjemna, wciągająca i przyjemna. 300 stron minęło niewiadomo kiedy. Jako horror też sie sprawdza. Najbardziej w pamięci zapada scena gwałtu pościeli (nie pytajcie, to się po prostu stało) i przywołania paskudnego indiańskiego boga. Jest on wyraźnie inspirowany twórczością HP Lovecrafta co mocno rzuca się w oczy. No chyba, że faktycznie indiańskie demony tak wyglądały, nie przeprowadzałem głębszych badań. Jest jednak kilka minusów. Przede wszystkim zakończenie jest jakieś takie nijakie. Trochę Deus ex Machina. Pomoc która uratowała świat pojawia się znikąd i wszystko pozamiatała. Druga sprawa to postać Harrego Erskina. W pierwszym tomie główny bohater, tutaj kreowany był na jedynego sojusznika, który uwierzył Neilowi. W rzeczywistości jego rola ograniczała się do przyprowadzenia Śpiewającej Skały (który okazał się niezwykle ważny) i wygłaszania wymuszonych i irytujących dowcipów. Taki człowiek, który na siłę chce być śmieszny, mimo, że nie ma do tego powodów. Równie dobrze mogło by go nie być i nic byśmy nie stracili.

 

"Zemsta Manitou" to dobra propozycja dla miłośników szybkich i dynamicznych powieści akcji z nutką grozy. Jeżeli będziecie czytali i nie zadawali sobie zbyt wielu pytań, to spokojnie jest to lektura na jeden-dwa wieczory dająca sporo satysfakcji. Jeżeli natomiast lubicie analizować to co przeczytaliście, to pojawią się pewne zgrzyty.

"Czerwona jaskółka" Jason Matthews

Czerwona jaskółka - Jason Matthews

Książki dobieram kierując się różnymi kryteriami. Jednym z nich jest ekranizacja. Jeżeli ktoś wykupił prawa do niej, to w teorii przynajmniej książka powinna być całkiem niezła, co nie zawsze ma miejsce. Tak oto trafiłem na "Czerwoną jaskółkę", ciekawe połączeni powieści szpiegowskiej i książki kucharskiej. Niemożliwe? A jednak...

 

Główną bohaterką powieści jest Dominika Jegorowa potrafiąca niezwykle dobrze odczytywać emocje innych ludzi. Byłą baletnicą, ale niestety kontuzja zakończyła jej karierę i dzięki protekcji wuja została przyjęta do SWR, gdzie chce sie sprawdzić jako agentka. Przechodzimy wraz z nią przez wszystkie etapy życia i szkolenia .Najpierw wspomniana szkołą baletowa, później akademia wywiadowcza, słynna Szkołą Jaskółek , pierwsza misja i w końcu zlecenie w Helsinkach, gdzie poznaje Nata, pracownika ambasady amerykańskiej. W rzeczywistości jest on jednak agentem CSI, którego ma rozpracować. Żeby było ciekawiej, on ma takie samo zadanie. No i zaczynają się podchody z obydwu stron. Przy okazji zdemaskowani zostają ważni agenci zarówno z jednej jak i drugiej strony. A wszystko to dzieje się w czasach współczesnych, gdzie Putin twardo prowadzi politykę zagraniczną. 

 

Nie wiem na czy się skupić w tej książce. Przede wszystkim jest to historia dziewczyny, która kierując się patriotycznymi pobudkami chce się przysłużyć ojczyźnie. Z czasem odkrywa, że można w inny sposób przyczynić się do rozwoju państwa. Z drugiej strony mamy Szkołę Jaskółek, czyli akademię uwodzicielek od której wziął się tytuł książki. Wydaje mi się jednak, że jest to tak zwany "click bait". Taki temat bardzo dobrze się sprzedaje i wywołuj spore zainteresowanie ale nie jest główną osią powieści. Główną osią jest relacja Dominiki i Nata, więc tak, można się domyśleć, że pojawia się tam romans. A to wszystko okraszone jest przepisami kulinarnymi. Tak jak wspomniałem we wstępie, można tą książkę traktować jak kucharską. Na końcu każdego rozdziału znajdziemy krótki przepis którejś potrawy pojawiającej się na ostatnich kilkunastu stronach. Przede wszystkim sąto potrawy kuchni rosyjskiej, ale znajdą się i wyjątki znad basenu Morza Śródziemnego. Skąd taki pomysł? Pojęcia nie mam. Początkowo było to dziwne, później przywykłem a przy mniej ciekawych rozdziałach zastanawiałem się nawet, którą potrawę z danego rozdziału wybierze autor. Czy to dodaje "smaczku" powieści? Raczej nie, bo nie ma to głębszego związku z fabułą. Chętnie dowiedział bym się skąd taki pomysł.

 

Podsumowując, "Czerwona Jaskółka" to powieść szpiegowska, z wyraźnym wątkiem romantycznym i kulinarnym. O ile ten pierwszy często idzie w parze ze szpiegostwem, to kulinaria są tu interesującym dodatkiem, który ani nie poprawia odbioru, ani nie wpływa na niego negatywnie. Mi osobiście ta książka nie zapadłą niczym specjalnym w pamięci, ale nie przepadam za literaturą szpiegowską. Liczyłem na coś innego, co tłumaczyłoby wykupienie praw do ekranizacji. Nic takiego mnie nie zaskoczyło, więc prawdopodobnie za kilka miesięcy nie będę pamiętał dokładnie fabuły. Książka do przeczytania i zapomnienia, ale nie wykluczam, że miłośnicy agentów i szpiegów będą zadowoleni

"Stróże" Jakub Ćwiek

Stróże - Jakub Ćwiek

Tej książki miało nie być. Nie planowałem jej kupna, przeczytania i posiadania na półce .Jednak wizyta na Targach Ksiażki rządzi się własnymi prawami. I tak oto skuszony promocją, ale i znając autora i jego twórczość przygarnałem kolejną książkę z zabarwieniem Kłamcy. Chociaż tym razem nie on grać miał pierwsze skrzypce a skrzydlaci przyjaciele. Czy im się udało? Czytajcie dalej.

 

Książka składa się z 4 opowiadań i jednego bonusu na zakończenie ( o tym później). W założeniu treścią och miała być praca specjalnego anielskiego wydziału o wdzięcznej nazwie WINA (wydział Interwencyjny nadzoru anielskiego), w skład którego wchodzą Zadra i Butch. W praktyce nie do końca się to udało...

"Pieskie popołudnie" to pierwsze opowiadanie i poznajemy w nim Butcha i pewnego gliniarza, który przez przypadek stał się święty. Pracują razem nad wspólną sprawą przy okazji tłumacząc nam zakres obowiązków WINA. Wszystko jest całkiem nieźle posklejane ze sobą jednak zakończenie zostawiło spory niedosyt. Większy tym bardziej, że wtedy właśnie odkryłem, że to zbiór opowiadań, a nie powieść.

" W drodze" lepiej poznajemy Zadrę, i niewiele więcej. Jesteśmy świadkami niezwykłej interwencji anielskiej, która ratuje życie, lecz budzi pewne wątpliwości. Dlatego też Zadra postanawia pokopać w temacie. Odkrywa jak można się domyśleć związki z Lokim

"Wściekłość i wrzask" natomiast przenosi nas do USA, gdzie młody chłopak ma wybitnie problem z ojcem i wujaszkiem. Stara się mu pomóc koleżanka, ale nie do końca jej wychodzi. Podstępem jednak poratuje Kłamca i pomoże tym sposobem agentom WINA. Stróżów tu wiele nie uświadczymy

"Raj utracony" to chytre nawiązanie do prozy Miltona, ale nie ma z nim nic wspólnego. To raczej historia niezwykłej wyspy gdzie każdy może być kim zechce z domieszką Moany (tak chodzi mi o tą bajkę). I nie ma tu praktycznie nic związanego z aniołami, bo zjawiają się pod koniec. Tym razem Loki jest tu w centrum. Na plus natomiast można odnotować powrót policjanta z pierwszego opowiadania.

 

Ogólnie czyta się przyjemnie i doceniam to, że całość umiejscowiona jest obok wydarzeń z serii o Kłamcy, dzięki kilku nawiązaniom. Ci, którzy serię znają będą mogli dokładnie umiejscowić sobie chronologię opowiadań w świecie Lokiego. Ci, którzy serii nie czytali nie będą z tego powodu płakać. Butch i Zadra, czyli potencjalni główni bohaterowie są ciekawi, lecz za płytcy. Autor poświęcił im za mało czasu, przez co są intrygujący ale nie potrafili mnie w pełni zaciekawić. Dlatego też wg mnie nie są oni na pierwszym planie. Nastąpiło to pewne przekłamanie. Z opisu książki i samej okładki możemy dojść do wniosku, że dostajemy historie anielskie z Lokim w tle .W rzeczywistości, to bóg kłamstwa rozpycha się z tego tła wskakuje na piedestał. Oszustwo, ale czego innego się spodziewać...

Osobna kwestią jest bonusowe opowiadanie "Chyba śnisz". To specjalny utwór przeznaczony dla fanów autora. A to dlatego, że dostajemy postacie z Kłamcy, Chłopców i Dreszcza upchnięte na jednym posterunku i walczące ramię w ramię. Bardzo fajny cross-over dla miłośników Ćwieka.

 

"Stróże" to przyjemnie spędzone kilka  wieczorów w towarzystwie Lokiego i aniołów ( w tej kolejności). Jako miła, lekka lektura z nawiązaniami do popkultury ( u Ćwieka to norma) sprawdza się wyśmienicie. Można czytać niezależnie od znajomości cyklu, co jest plusem. Nawet to małe kłamstwo odnośnie Lokiego w tle jestem w stanie przełknąć.

"Dawca Przysięgi" Brandon Sanderson

Dawca Przysięgi tom II - Brandon Sanderson Dawca Przysięgi tom I - Brandon Sanderson

Są takie książki na które się po prostu czeka. Śledzi się postępy twórcze autora i odlicza dni do polskiej premiery. No chyba, że książka jest podzielona na 2 tomy, wtedy czekanie na pierwszy nie ma sensu, trzeba mieć obydwa. Tak też było tym razem. Czekałem długo, ale było warto.

 

Jak tu opisać zarys fabuły trzeciej części cyklu, który docelowo ma być 10 tomowy? I to w taki sposób, alby nie zdradzać istotnych szczegółów osobom, które nie czytały jeszcze pierwszej części? Chyba się nie da. Ale chociaż trochę spróbuję. 

Sanderson w każdym tomie skupia się na jednej postaci, której historie przed nami odkrywa. Tym razem jest to Dalinar Kholin. Genialny strateg, Czarny Cierń będący legendą na polach bitew, człowiek który wydaje się uosobieniem honorowego zachowania. Taki troche nasz Zawisza Czarny. Człowiek ideał? Otóż każdy ma jakąś skazę. W jego przypadku powoli odkrywamy mroczną przeszłość. Dalinar jest tu oczywiście postacią wiodącą. ale pozostali bohaterowie również ładnie się rozwijają. Dochodzi nawet do kilku niespodziewanych zmian na froncie. Dowiemy się również nieco więcej o Cieniomorzu i poznamy kolejnych Świetlistych. A zakończenie wgniata w fotel. Serio, czytałem jeden fragment chyba z 4 razy bo wierzyć mi się nie chciało. 

 

Na takie książki warto czekać. Nawet podzielenie na 2 tomy nie odebrało mi przyjemności z lektury, chociaż w tym wypadku było uzasadnione. Łącznie dostajemy ponad 1200 stron. Zamknięcie tego w jednym tomie faktycznie było by mało wygodne w czytaniu. Rozwój postaci Dalinara jest świetny. Powoli odkrywamy wraz z nim o co chodziło z jego żoną i czego dokonał we wcześniejszych latach. Shallan też rozwinęła swoje umiejętności niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi szaleństwa. Kaladin troszkę mnie irytował rozczulaniem się nad sobą, ale nie było to aż tak rażące. No i dostaliśmy więcej informacji zarówno o tym na czym polegało Odstępstwo jak i o obecnej sytuacji. Wszystko się wyjaśnia ,ale i nowe postacie jak Zabójca w Bieli lub Zwinka wnoszą kolejne niewiadome do równania. Jeżeli faktycznie Sanderson planuje 10 tomów tego dzieła, to mam wielką nadzieję, że w spokoju to dopisze. Tempo ma bardzo dobre ,więc jest szansa :)

 

Mała uwaga na koniec. Jest to trzecia część więc przydało by się czytać od początku. Ale to nie wystarczy. Sanderson w swojej kreacji światów przeplata ze sobą swoje dzieła, tak jak King w Mrocznej Wieży. Dlatego też niezbędna jest lektura "Tancerki krawędzi" przed "Dawcą przysięgi". Minipowieść zawarta w zbiorze opowiadań "Bezkres magii" ma ten dodatkowy plus, że główna postacią jest Zwinka, będąca najbarwniejszą Świetlistą w całej stawce.

Drugą pozycją, którą warto poznać przed lekturą jest "Rozjemca". Tu już mamy do czynienia z osobną powieścią w innym świecie ale kilka postaci i jeden przedmiot pojawiają się i tu i tu.

Na ten moment to najlepsza książka, którą przeczytałem w tym roku. Oby tak dalej Panie Sanderson

"451* Fahreinheita" Ray Bradbury

451 stopni Fahrenheita - Adam Kaska, Ray Bradbury

Dużo czytam .Albo lepiej powiedzieć, że dużo czytałem. Teraz praca, rodzina i inne hobby delikatnie ograniczają moja czytelniczą aktywność. Mimo tego nadal uważam, że czytam więcej niż przeciętny Kowalski. Dlatego też oprócz nowości i bestsellerów staram się co jakiś czas poznawać klasyk. I tym razem padło na książkę o książkach. O tym, że stanowią zagrożenie. No cóż, podejmę to ryzyko.

 

Głównym bohaterem powieści jest Gay Montag, który jest strażakiem. Problem jest taki, że w przyszłości, kiedy dzieje się akcji książki strażacy nie gaszą pożarów. Oni je wywołują .A dokładniej, spalają książki. W antyutopii, którą są "Stopnie" książki prowokują do niezdrowego zainteresowania innymi rzeczami, którymi ludzie nie powinni się zajmować. Filozofia, moralność, przyroda? To rzeczy zbędne, które wywołują tylko niepokój w społeczeństwie. A co należy zrobić z niebezpiecznymi rzeczami? Spalić! Na popiół, aby ślad żaden nie pozostał. No i Montag tak pali od kilkunastu lat. Ostatnio jednak nieświadomie jedną ze zwodniczych ksiażek przemycił do domu. I poruszony rozmową z nową sąsiadką postanowił otworzyć się na nowe doznania. Spowodowało to nie tylko poszerzenie się jego horyzontów, ale przede wszystkim podpadnięcie aparatowi władzy. Teraz on sam zagrożony jest spłonięciem.

 

Bardzo ponury obraz przyszłości przedstawił nam Bradbury. Pełen ogłupiałego społeczeństwa, które nastawione jest na tanią rozrywkę, podczas której nie trzeba myśleć. Pełen ludzi nie chcących wyjrzeć poza swoje 4 ściany. I mimo, że wiele cech przedstawionych przez autora pokrywa się ze sztandarowymi określeniami dobrej antyutopii, to jednak ta konkretna ksiażka bardziej do mnie trafiłą niż inne przedstawicielki tego gatunku. Ciężko mi powiedzieć dlaczego. Może to dzięki postawieniu w centrum wydarzeń książek. A może ponieważ autor upatruje w literaturze lekarstwa na zdegenerowany świat. Bo ludzkość jest jak feniks, odradza się z popiołów. Jednak jedno nas od tego ptaka odróżnia: my znamy swoje błędy przeszłości i drugi raz ich nie popełnimy, nie spowodujemy kolejnego pożaru z którego będzie trzeba sie odradzać. Wszystko dzięki historii, którą pamiętamy. A pamiętamy dzięki książkom. Prawdę więc miał Piłsudski mówiąc 

„Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”

 

 

"Misja ambasadora" Trudi Canavan

Misja Ambasadora - Trudi Canavan

W gimnazjum będąc czytało się Trudi. Z tego co pamiętam, może i super ambitne to dzieła nie były, ale idealne dla miłego spędzenia czasu. Po kilkunastu latach uznałem, że czas sobie odświeżyć zapomnianą trochę autorkę i zabrać się za trylogię, której nie udało mi się przeczytać w tamtym okresie. Tak oto wziąłem się za "Misję Ambasadora".

 

Czego możemy spodziewać się po tej powieści? Otóż minęło 20 lat po wydarzeniach z pierwszej trylogii, przez co bohaterowie mocno się zmienili. Sonea, będąca wtedy w centrum uwagi jest teraz jedna z Czarnych Magów i ma zakaz opuszczania Gildii. Do głosu dochodzi jej syn Lorkin, który niedawno zdał egzaminy na pełnoprawnego Maga. Nie wiedząc czego oczekiwać w życiu zgłasza się jako asystent ambasadora mającego wyruszyć do ... Sahaki. Tak jest, do kraju, który 20 lat wcześniej najechał Kyralię i jej magów. Trochę wody upłynęło i stare konflikty się przedawniły, ale pozostało aktualne pytanie , czy tamtejsze rody nie będą się chciały zemścić na młodym za opór jaki postawili wtedy jego rodzice. Sonea oczywiście jest przeciwna i pełna obaw (i słusznie) ale co ona może w konfrontacji z młodą i gorącą głową. Lorkin wyrusza i... reszta jest chyba oczywista.

Z drugiej strony mamy akcję dziejącą się w samej Kyralii, gdzie od dłuższego czasu grasuje zabójca złodziei. W momencie, gdy zabija on rodzinę starego znajomego Sonei, sprawa przyjmuje charakter osobisty. Matka, której przed chwilą dziecko wyfrunęło z gniazda rozpoczyna poszukiwania na własną rękę. Sprawa się komplikuje w momencie, gdy podejrzany może okazać się dzikim magiem. 

 

Tak na prawdę mamy tu dwa główne wątki przedstawione powyżej. Pierwszy jest bardzo oczywisty. Czy ktokolwiek by mi uwierzył, gdybym powiedział, że Lorkin spokojnie osiadł w Sahace i nawiązywał kontakty dyplomatyczne, podczas stare Rody wyrzekły się zemsty? Przecież nie było by wtedy o czym pisać. Oczywiście, że coś się wydarzyło i musiał uciekać. Z kim i gdzie to już nie zdradzę, pobawcie się sami. Może i by to jeszcze było bardziej wciągające, ale uczucie, którym zapałał do jednej z kobiet jest wręcz szczeniackie. Jakby to była jego pierwsza miłość to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale z treści wynika, że w Gildii dość swobodnie sobie folgował w przyjemnościach fizycznych z innymi dziewczynami. Więc skąd tu nagle opisy jego przemyśleń żywcem wyciągnięte z pamiętniczka prawiczka? Coś mi się tu nie zgadza.

Natomiast akcja dziejąca się w Kyralii była bardziej zajmująca ale i też nie obyło się bez kilku zgrzytów, jak choćby zatrudnienie przez złodzieja swojej córki, która ukrywała się przez lata w charakterze ochroniarza. Serio? Młodą dziewczynę, która gdzieś lekko liznęła walki wystawiasz na pierwszą linię obrony podczas nieczystych zagrań półświatka? Który konkurent by w to uwierzył? CHyba taki, co się wczoraj urodził.

 

"Misja ambasadora" to świetny przykład książki przeciętnej. Anie mnie grzeje, ani ziębi. Czytało się ok, ale sporo było zgrzytów. Postacie mnie nie przekonały do siebie, ale za to cały zarys obcej kultury był bardzo ciekawy. Najprawdopodobniej jakbym przeczytał tą książkę kilkanaście lat temu przypadła by mi dużo bardziej do gustu. Zarówno ze względu na tematykę jak i brak znajomości innych tytułów. A tak przeczytałem i pewnie za kilka miesięcy zapomnę.

"Bezkres magii" Brandon Sanderson

Bezkres magii - Brandon Sanderson

Wiecie, że są takie książki, które należy czytać w ściśle określonej kolejności? Przeczytaj ją przed pozycją A ale po pozycji B. Ale jakbyś przypadkiem nie czytał C to omiń drugi rozdział, bo się dowiesz zbyt dużo. I taką pozycja jest "Bezkres magii". Aby się za nią wziąć trzeba być mocno wkręconym w literaturę Sandersona. Na szczęście należę do tej grupy.

 

Otrzymujemy zbiór opowiadań i minipowieści osadzonych w różnych światach wykreowanych przez autora. Są to światy dobrze znane z poprzednich dzieł, jak "Z mgły zrodzony", "Elentris" albo Archiwum Burzowego Światła, ale i znajdą się światy o których jeszcze nie słyszeliśmy. Uniwersa nam znane należy czytać po lekturze pierwotnych ksiażek. Światy poboczne natomiast można luźno traktować, ale lepiej się je odbiera również znając inne książki. I co ja mogę powiedzieć o tej pozycji? Tylko jedno słowo REWELACJA. Jakie to jest dobre. Jak to pięknie spina wszystkie światy i je uzupełnia. A te nieznane uniwersa okazują się cudownie przemyślane i zaskakujące. Autor ma łeb jak sklep a on to wszystko jeszcze chce ze sobą połączyć. Niesamowity gość. Lektura zajęła mi tyle czasu, ponieważ rozpocząłem ją po zakończeniu trylogii "Z mgły zrodzony", ale przed drugą trylogią. Przeczytałem więc większość opowiadań, następnie czytałem drugą trylogię dopiero na deser mogłem skończyć lekturę.

 

Jest to jedyny minus tej książki. Jeżeli nie jesteście na bieżąco z literaturą Sandersona nie docenicie jej. Jeżel jest to natomiast wasza pierwsza książka tego autora to szczerze odradzam. Albo przeczytajcie tylko niektóre opowiadania bo zepsujecie sobie lekturę kilku cyklów na raz. Natomiast dla wiernych czytelników jest to najlepsza pozycja jaka mogłą trafić im w ręcę .I ja tak ją traktuję

"Żałobne opaski" Brandon Sanderson

Żałobne Opaski - Brandon Sanderson

Dwie pierwsze części mnie jakoś nie porwały. Ale skoro juz kupiłem całą serię to nie ma uproś i trzeba przeczytać .Przynajmniej będę mógł później ze spokojem ducha ponarzekać. Ale, ale nie przesądzajmy tak na wstępie. Poczytałem i zaraz Wam powiem co tym sądzę.

 

Wax i Wayne czyli główni bohaterowie tej serii tym razem opuszczają stolicę i przenoszą się na prowincję. Dzieje się tak, ponieważ kandra proszą ich o pomoc w odnalezieniu legendarnych Żałobnych Opasek, podczas poszukiwać których zaginął ich towarzysz. O co tyle zachodu? Ponoć Ostatni Imperator przekuł w nich swoje wszystkie moce i każdy kto je założy zdobywa jego moc. Bajki dla dzieci, powiecie. Wayne uznał tak samo, ale jednak pojechał. Dlaczego? Ponieważ przy okazji jest w stanie rozwiązać rodzinną tajemnicę a tego nie przepuści. On więc zajmuje się swoimi sprawami, a Marasi z resztą szukają Opasek. Oczywiście nie są jedynymi zainteresowanymi. Z drugiej strony bowiem mamy Pana Garnitura, czyli stryja Wayne i Wewnętrzny Krąg stojący za nim. Zapowiada się więc sporo konfrontacji, pościgów i strzelanin. A na końcu trafiamy na coś ciekawego.

 

Pod względem fabularnym ta część jest stanowczo najlepsza. Każdy ma wyraźnie zarysowane swoje cele i motywacje. Podoba mi się szczególnie  Sterris, która mocno się zmieniła od pierwszego spotkania. Nie spodziewałem się, że jeszcze ja polubię, a tu proszę. Historia opisana w "Żałobnych Opaskach" jest ciekawa a co dla mnie najważniejsze daje szerszy pogląd na świat w którym osadzeni są bohaterowie. Spotkamy Sazeda, który jest tu bogiem i rozmowa z nim sprawiła mi najwięcej przyjemności podczas lektury. Co zaskakujące, nie była to ostatnia część. Na nią trzeba trochę poczekać, ale myślę, że najdalej za 2 lata będzie dostępna. Wyjście z miasta wyszło autorowi na dobre, gdyż pokazał inne regiony i społeczeństwo znacząco różniące się od mieszczuchów.

Jednak mimo wszystko kilka minusów by sie znalazło. Największy to chyba porzucenie niektórych wątków z poprzednich części. Mówię tu przede wszystkim o uprowadzonych kobietach z rodzin allomantów. Zapowiadało się na jakieś próby stworzenia super-ludzi albo programu eugenicznego a nie dostaliśmy nic. Tak samo perypetie miłosne Wax'a. Po dwóch tomach ostrych zalotów w ciągu jednego rozdziału odpuścił. Przynajmniej ma ciekawą zastępczynię.

 

"Żałobne Opaski" to jak dotąd najlepsza część drugiej serii. Jeżeli pierwsze tomy Wam nie przeszkadzały, to będziecie zachwyceni. Jeżeli natomiast czuliście lekki niedosyt podczas ich lektury to tutaj zostaniecie nagrodzeni. Ciekaw jestem zakończenia serii, tym bardziej że Sanderson wyraźnie się rozkręcił

"Mgła" Marcin Ciszewski

Mgła - Marcin Ciszewski

Czy to śnieg, czy to wiatr, upał lub inne niesprzyjające warunki pogodowe Marcin Ciszewski dalej pisze o komisarzu Tyszkiewiczu i jego ekipie. Czy i tym razem uda mu się rozbić układ i uniknąć konsekwencji politycznych? I to wszystko w zamglonej Warszawie, gdzie nie widać wyciągniętej przed siebie ręki? Zaraz się przekonamy.

 

Minęło 6 lat od pamiętnych Mistrzostw Europy w piłce nożnej w Polsce kiedy to Jakub udaremnił serie zamachów terrorystycznych. Od tego czasu nieco się pozmieniało. On sam został ojcem, jego najlepszy przyjaciel Krzeptowski dał się zaobrączkować przez koleżankę z pracy Jadwigę, układ polityczny też nieco się zmienił, ale bez większego wpływu na pracę policjantów. Jednak stara władza odchodzi i za dwa tygodnie musi oddać swoje stołki opozycji. Głowy na pewno się posypią a nowi włodarze ustawią swoich ludzi na pustych stanowiskach. I w takich okolicznościach obok Okęcia spada samolot rosyjskiego MSZ z ministrem na pokładzie .Wszyscy martwi a skandal międzynarodowy wisi na włosku, Dodatkowo ludzie Tyszkiewicza schwytali dwóch niedoszłych zamachowców Islamskich. Pojawiają się też demony z przeszłości jak wojskowe układy, albo stara znajoma Maria Potocka jak zwykle bardzo ponętna. Autor nie byłby sobą, gdyby nie dorzucił trochę nieszczęść u głównych bohaterów. I tym sposobem Jakub ma wielki kryzys w małżeństwie, natomiast Krzeptowski, no cóż, sami się przekonacie. 

 

Mam tu spory problem z "Mgłą". Oczywiście kwestia związku tytułu z fabułą jest tu tylko iluzoryczna i byłem na to przygotowany. Ale w glisty dzień rozbijać samolot Rosjan? Pomysł odważny i kontrowersyjny. Jednak pomijając go znów mamy terrorystów i wewnętrzny układ polityczny i Jakuba pośrodku tego. To już było i to nawet nie tak dawno. W "Upale" wyszło to bardzo zgrabnie. Tutaj jakoś mi nie pasowało. To pierwsza książka z serii, która do mnie nie trafiła. I nie o tematykę chodzi ale o brak pomysłów na coś nowego .Zabieg z katastrofą lotniczą w mgle jest tanim chwytem i to niezależnie od orientacji politycznej.

 

"Mgła" mnie nie porwała. Nie wniosła nic nowego i odkrywczego do historii o Tyszkiewiczu. Czytałem siłą rozpędu bez większych emocji. Poprzednie tomy są stanowczo lepiej dopracowane i bardziej zajmujące.

"Modyfikowany węgiel" Richard Morgan

Modyfikowany węgiel  - Marek Pawelec, Richard K. Morgan

Coraz więcej dzisiaj ekranizacji ksiażek. Dochodzi do tego, że dopiero natykając się na jakiś serial czy film dowiaduję sie , że jego pierwowzorem była książka. W takim przypadku staram się poznać literacki pierwowzór. Skoro producenci uznali, że warto zainwestować pieniądze, to ja mogę zainwestować swój czas. Nie inaczej było i w tym przypadku. Netflix ogłosił, że wypuszcze srial "Modyfikowany węgiel" to ja uznałem, że przeczytam o co w tym wszystkim chodzi. Tak więc do dzieła.

 

Takeshi Kovacs to najemnik który tutaj nazywany jest emisariuszem. Zostaje wezwany na Ziemię aby rozwiązać zagadkę zabójstwa jednego z bardziej wpływowych ludzi na świecie a dokładniej Laurensa Bancrofta. Policja szybko zamknęła sprawę uznając, że to było samobójstwo, ale sam Bancroft jest innego zdania. Kovacs nie m łatwego zadania tym bardziej, że jego powłoka ma też swoją historię.

Zaraz, zaraz. Co ja właśnie napisałem. Zabili Bancrofta a on się nie zgadza? Jak to możliwe? Otóż moi drodzy mamy 26 wiek, a postęp technologiczny pozwolił na uporanie się ze śmiercią. Ludzka osobowość jest zapisywana w specjalnym stosie korowym, który można przetransportować do kolejnego ciała po śmierci. Nie każdego na to stać, ale przy odpowiednich środkach można być praktycznie nieśmiertelnym. Dlatego właśnie Bancroft zleca śledztwo własnej śmierci, a Kovacs, którego ciało zostało zniszczone w poprzedniej misji dostał powłokę, która nie do końca mu odpowiada.

 

Pomijając kwestię technologiczną, to mamy tu do czynienia z bardzo zgrabną książką detektywistyczną. Nowe tropy, stopniowe odkrywanie poszlak i zgłębianie większej afery, która ma wpływ na całe społeczeństwo. Bardzo ładnie to się zazębiało i mile czytało, czy też w moim przypadku słuchało. Fakt trzeba zachować czujność, bo mamy tu sporo bohaterów i przy dłuższej rozłące z lekturą nazwiska mogą się mylić, ale generalnie to bardzo dobra książka. Nie wiem w którą stronę pójdzie ekranizacja serialowa, ale z chęcią się przekonam.

 

Jeżeli macie ochotę na ksiażke detektywistyczną osadzoną w klimatach Cyber Punka to zdecydowanie polecam. Jeżeli klimat jest wam obojętny to również powinno wam się spodobać. Odradzę tylko tym, którzy są uczuleni na scince fiction. W każdym innym wypadku warto się zapoznać z twórczością Pana Morgana

"Cienie tożsamości" Brandon Sanderson

Cienie Tożsamości - Brandon Sanderson, Anna Studniarek

Allomanci, feruchemicy i broń palna. Tak jest wracamy do Elendel w okresie postępu przemysłowego a więc druga część przygód Waxa i Wayne'a. Pierwsza była w porządku ale nic ponad to, czy kolejna lepiej wkomponowała się w moje gusta? Zaraz się przekonacie.

 

Nie będę opowiadał o świecie przedstawionym w powieści, bo była by to powtórka. Ciekawych zapraszam do recenzji pierwszej części gdzie wszystko wytłumaczyłem. Co trzeba wiedzieć o tej części? Wax dostał specjalne uprawnienia konstabla, więc może łączyć obowiązki głowy rodu z bieganiem po mieście i łapaniem przestępców. Marasi również porzuciła karierę prawniczą, aby rozpocząć pracę w policji. A Wayne nadal jest niepoważnym głupcem, który kradnie co popadnie. Jednak co ważniejsze pojawiają się postacie znane z serii 'Z mgły zrodzony" co uważam za duży plus. Nasi bohaterowie muszą unieszkodliwić oszalałą Kandrę, która zbuntowała się przeciwko Harmonii. Jak tu schwytać niezniszczalna pradawną istotę, która w ciągu kilku minut jest w stanie zmienić swój wygląd i podszyć się pod dowolną osobę? Na pewno nie będzie to łatwe. 

 

"Cienie tożsamości" posiadają dwa wyraźne plusy, które mocno do mnie przemówiły. Po pierwsze to wspomniane wcześniej odwiedziny starych znajomych, a więc postaci znanych z poprzedniej serii. Może nie zdążyłem jeszcze zżyć się z nowymi bohaterami, ale wydaje mi się, że Sazed, TenSoon, Kelsier czy Vin mieli dużo więcej charakteru. Po drugie, dostaliśmy przedsmak czegoś większego. Nadal jest to prosta jednowątkowa historia (na 350 stronach wiele więcej zawrzeć nie można) ale dostajemy tu intrygę w bardziej globalnym wykonaniu. Sanderson świetnie pisze o epickich zagrożeniach i konfliktach i tutaj zaznacza, ze ma taki plan.

Niestety książka nie ustrzegła się wad. Przede wszystkim brak konsekwencji. Wątek z wujem Waxa, który knuł coś większego został porzucony. Nadal nie wiem dlaczego porywał młode kobiety w poprzednim tomie. Liczyłem na coś pokroju szeroko zakrojonego programu eugenicznego aby wyhodować super allomantę czy coś w tym stylu a nie dostałem nic. Nawet jeżeli zostanie to wyjaśnione w ostatnim tomie to i tak będę czuł niesmak związany z porzuceniem tematu. Idąc tym tropem, mam nadzieję, że autor nie porzuci wątku zbuntowanej Kendry w ostatniej części.

 

"Cienie tożsamości" to wyraźnie lepsza część przygód Wayna i Waxa. Nadal nie jest to rozbudowana wielowątkowa powieść z przedstawieniem niezwykłego świata i magii, lecz nie spodziewałem się wiele więcej w tak niedużej powieści. Zauważalny jest postęp w kreowaniu globalnego zagrożenia, który mam nadzieję swoją kumulację osiągnie w ostatniej części. NIe zostaje mi nic innego jak sięgnąć po tom trzeci.

"Głębia. Napór" Marcin Podlewski

Głębia. Napór - Marcin Podlewski

Im dalej w las, tym więcej drzew. W tym przypadku im dalej zagłębiam się w twórczość Pana Podlewskiego, tym robi się ona ciekawsza. To mój trzeci już skok w Głębię i każdy kolejny jest coraz lepszy. Jeżeli macie więc ochotę to zapraszam na krótki rekonesans po Wypalonej Galaktyce.

 

Po dłuższym namyślę uznałem, że nie będę streszczał fabuły. Jest ot bezcelowe, ponieważ nowym czytelnikom nic to nie da bez znajomości poprzednich tomów, natomiast miłośnicy serii tylko by się wkurzyli za zdradzanie istotnych szczegółów. Dlatego napiszę o zmianie w narracji, która jest dosyć istotna. Nie ma juz przeskakiwania z jednych bohaterów do drugich. Tym razem autor postawił na całe historię. Dlatego wpierw mamy fragment książki z załogą Wstażki i Jaredem( moja ulubiona część) a dopiero po wyczerpaniu tego tematu wracamy do innych bohaterów. Wracamy, ponieważ poznajemy tą samą linię czasową z perspektywy kolejnych postaci, stopniowo odkrywając kolejne szczegóły wydarzeń. I to się sprawdza. Nie licząc jednego fragmentu  mówiącego o militarnych poczynaniach Floty Galaktycznej to wszystko mi tu pasowało. Postacie zdążyłem poznać i polubić więc z przyjemnością odkrywałem ich kolejne poczynania. Szkoda mi było, gdy dwie osoby rozstały się z tym światem (ups! miałem nie zdradzać. Ale nie powiem kto i kiedy) ale rozumiem, że tak rozbudowany świat trzeba było nieco  odchudzić. Oby autor nie poszedł tylko w ślady Martina :) 

 

To jest na prawdę bardzo dobra Space Opera. Rozbudowane postacie, liczne wątki, zaskakujące zwroty akcji i przyjemność lektury. To cechy charakterystyczne dla tej lektury. Zostałem ostatecznie przekonany do całej serii, która co zaskakujące z tomu na tom jest coraz lepsza. Całe szczęście, że autor skończył już czwarty tom i gdzieś w okolicy wakacji otrzymam zwieńczenie tej historii. Zastanawia mnie tylko jak można pić migdałowe whiskey...

"Głębia. Powrót" Marcin Podlewski

Glebia Powrót - Marcin Podlewski

Na Tych, którzy Odeszli! Chyba trzeba zmienić  to powiedzonko, ponieważ, Ci, którzy odeszli, powrócili. Zaglądamy dzisiaj do kapitana Myrtona Grunwalda i jego wiernej załogi Wstążki, czyli podejście do Space Opery numer 2.

 

Historia nieco się rozwinęła, jednak najważniejsze wydarzenie opisałem już we wstępie. W pewnym momencie wszyscy muszą zacząć współpracować aby stawić czoło nowemu/staremu wrogowi. Nasze 3 główne linie narracyjne również się łączą, przede wszystkim książe Nat oraz genohakerka Kirke Bloom. Autor wprowadza też kilka nowych postaci, które mile rozszerzają istniejący świat. Streszczanie fabuły jest tutaj niezwykle trudne. Po pierwsze, nie znając pierwszej części nic wam to nie da, po drugie co bym nie zdradził będzie traktowane jako spoiler, który prawdopodobnie już popełniłem w drugim zdaniu tej recenzji. Dlatego powstrzymam się od większych wtrąceń fabularnych. Napiszę tylko, że stosunkowo mało mamy tu do czynienia z wydawać by się mogło głównym bohaterem, a więc Myrtonem a akcent położony został na innych.

 

Im dłużej poznajesz bohaterów, tym bardziej się z nimi zżywasz. Jest to prawda mająca mająca tutaj swoje przełożenie. W pierwszym tomie nie mogłem do końca byłem przekonany co do ich kreacji, ale jak się okazało potrzebowałem dodatkowych kilkuset stron. Na ten moment mogę powiedzieć, że znam głównych bohaterów i z zainteresowaniem śledzę ich dalsze losy. A więc zostałem wciągnięty przez space operę :) Nie wiem na ile tomów autor przewidział tą serię, ale mam wrażenie, jeszcze przed przeczytaniem trzeciego tomu, że tom pierwszy to wstęp. Tom drugi rozwinięcie natomiast finał otrzymam w kolejnym tomie. 

 

"Głębia. Powrót" to bardzo udane rozwinięcie pierwszej części. Solidne i warte przeczytania, jeżeli nie byliście do końca przekonani po pierwszym tomie. Jeżeli "skokowiec" przypadł Wam do gustu, to ta pozycja staje się wręcz obowiązkowa

"Stop prawa" Brandon Sanderson

Stop prawa - Brandon Sanderson, Anna Studniarek

Wracamy do świata znanego z trylogii "Z mgły zrodzonego". Autor chciał pokazać czytelnikom, że świat fantasy nie jest statyczny i może ewoluować. Byłem ciekaw jak mu to wyszło, więc wziąłem się do lektury.

 

Jeżeli pamiętacie co się stało ze światem w finale poprzedniej trylogii i byliście ciekawi jak to się potoczyło, to macie taką możliwość. Akcja ma miejsce około 300 lat później i świat wyraźnie się zmienił. Najlepszym porównaniem jest końcówka XIX wieku, gdzie zaczyna się rewolucja przemysłowa, a broń palna jest na porządku dziennym. Główny bohater to Waxillium, szlachetnie urodzony facet, który nie mógł wytrzymać w stolicy, więc wyruszył w dzikie regiony świata, aby stać się tam stróżem prawa. Po jakimś jednak czasie musi wracać i zająć się interesami rodziny, co oznacza odłożenie rewolwerów do pudła i przypomnienie sobie jak obracać się wśród elit. Jednak gdy coraz śmielej zaczyna sobie poczynać pewien gang złodziei Wax zmobilizowany przez Wayna swojego partnera, który niespodziewanie go odwiedza postanawia się temu przyjrzeć. 

 

Świat się zmienił ale i system magii nieco ewoluował. Nie ma już ścisłego podziału na allomantów i feruchemików. Po odnowieniu świata możliwym się stało mieszanie tych mocy. Tym sposobem i Wax i Wayne posiadają obydwie z tych mocy, co daje bardzo duże możliwości. Główny bohater jest w stanie zarówno odpychać metale jak i zmieniać swój ciężar. Wayne natomiast ma przyśpieszoną regenerację połączoną z możliwością tworzenie wokół siebie bańki zwolnionego czasu. Jak widzicie połączenia robią się bardzo różnorodne, ale i nieco zbyt wymyśle wg mnie. Manipulacja czasem jest już bardzo potęzna, a zapoznając się z dopiskami na końcu książki można zauważyć jeszcze więcej dziwnych umiejętności. Nie wiem, czy nie idzie to w stronę zbytniej komplikacji. Sama historia jest bardzo poprawna ale dla mnie zbyt mało rozbudowana. Może po prostu przyzwyczaiłem się do poprzednich ksiażek Sandersona które były obszerniejsze. "Stop prawa" liczy sobie raptem 300 stron, co patrząc na poprzednie książki ( ok 800) jest skromne. Podobnie ma się rzecz ze światem. Tutaj mamy do czynienia z jednym lokalnym problemem, który ma jakieś potencjalne rozwinięcie pojawiające się na koniec książki. Nie dowiedziałem się niczego więcej o świecie i nie czułem zagrożenia "globalnego", którym charakteryzuje się proza Sandersona. Może będzie to rozwinęte w kolejnych tomach. Poczekamy, poczytamy.

 

"Stop prawa" to bardzo solidna lektura pozwalająca na obserwację zmiany świata na przestrzeni kilkuset lat. Jest to ciekawy zabieg, szczególnie dla fanów serii, jednak dla mnie to trochę za mało abym w pełni oddał się lekturze. Ciekaw jestem rozwinięcia tej historii lecz na ten moment wolę pierwszą trylogię

"Głębia. Skokowiec" Marcin Podlewski

Glebia Skokowiec - Marcin Podlewski

Na przestrzeni ostatnich kilku lat czytałem starsze i klasyczne Sci-fi, aby nie być ignorantem gdy mówiłem, że nie lubie tego gatunku literackiego. Ca zaskakujące, okazało się, że te klasyczne już utwory bardzo przypadły mi do gustu. Dlatego więc postanowiłem przełamać się i dać szansę obecnemu nurtowi. Wziąłem się po pierwsze za współczesne sci-fi a po drugie za rodzime. Tym oto sposobem padło na "Głębię". Jeżeli chcecie się dowiedzieć, czy ten eksperyment miał sens, czytajcie dalej.

 

Akcja powieści ma miejsce w odległej przyszłości, gdzie nie ma już Ziemi, a ludzkość poprzenosiła się na inne planety w innych układach słonecznych. Miejsce też miały dwie barzo poważne wojny. Pierwsza z Obcymi, a następna z Maszynami. W konsekwencji tego ponad 90% Galaktyki zostało "wypalone" a więc nie zdatne do zamieszkania. Na tym marnym procencie światów zamieszkują ludzie tworząc różne ugrupowania. Największym i najważniejszym z nich jest Zjednoczenie. Znajdą się również fanatyczni wyznawcy Maszyn, wielbiciele Obcych, Ksiestwa Graniczne i jeszcze kilka innych odłamów. Wewnątrz tego świata osadzeni są nasi bohaterowie, których można podzielić na 3 grupy.

Pierwsza i najważniejsza to kapitan Myrton Grunwald wraz z nowo skompletowaną załogą, na nowym statku (tytułowym Skokowcu) zwanym Wstążką, który ma ciekawą historię. Ich wzajemne poznawanie się ,a raczej zapoznawanie czytelnika z ich przeszłością jest osia tej książki. Jakby na tym poprzestać to już by wystarczyło, ale mamy jeszcze kilka bonusów.

Natrium Ybessen Gatlark to książe jednego z Księstw Granicznych dotknięty nie do końca wytłumaczoną chorobą zwaną Psychofizją. Wyrusza on na rejs na rozpadającym sie starym niszczycielu Płomieniu i najwidoczniej ma swoje ukryte cele z nim związane.

Ostatnia i najmniejsza grupa to Kirke Bloom, czyli uzdolniona hakerka, która z nieznanych nam powodów musi uciekać z jednej z planet. Jej losy mają najmniejszy udział w powieści.

Jak można się domyśleć losy tych wszystkich bohaterów w pewnym monecie się splotą ze sobą, a impulsem do tego będzie tajemniczy ładunek przejęty przez Wstążkę.

 

Bardzo niewiele brakowało, abym w ogóle tej książki nie skończył. A to dlatego, ponieważ pierwsza jej część zawiera wszystko to czego w sci-fi nie lubię. Całe mnóstwo technologicznego bełkotu (dla mnie bełkot, możliwe, że dla innych to zrozumiałe treści) który zalewał mnie z każdej strony bez nawet odrobiny wyjaśnienia. Dodatkowo mamy jeszcze koncepcję podróży międzygalaktycznej, która jest żywcem zaczerpnięta z jednego z opowiadań Kinga. Wszystko było przeciwko tej ksiażce.

 

Autor wrzuca nas na głęboką wodę i albo przełkniemy ten zabieg zanurzenia w nowej rzeczywistości, albo utoniemy. Ja w ostatniej chwili przed zadławieniem się chwyciłem jeszcze jeden haust wytrwałości i dzięki temu przeżyłem. Serio, baaardzo dawno nie miałem książki z tak dużym progiem wejścia. Wcześniej był to chyba "Czarny ocean" Dukaja, ale tam nagroda była zupełnie inna. Inna, ponieważ Dukaj dał mi wtedy książkę głęboką i otwierającą moje postrzeganie świata na zupełnie inne spektrum.

A co mi zaoferowała "Głębia"? Telenowelę. Trzeba bowiem jasno sobie powiedzieć, że jest to Space Opera. Tak jak niegdyś zasiadało się do Bonanzy lub innych filmów opowiadających o odkrywcach dzikich krain, tak teraz autor zaprasza nas na eksplorację nieznanych  lub zapomnianych części galaktyki. Takie historie potrafią się ciągnąć bardzo długo pod jednym warunkiem. Bohaterowie zyskają naszą sympatię. Bo to wokół nich trzeba zbudować przygody i ich perypetie są motorem napędowym całej serii. Do tej pory kontakt ze Space Operą miałem przy okazji serialu Firefly. Tzn chciałbym aby serial ten stał się Space Operą, bo po nakręceniu pierwszego sezonu został niesprawiedliwie anulowany (Damn you FOX!!). I wiecei, co? Bardzo mi się spodobał. A co za tym idzie z automatu zacząłem porównywać go z lekturą. I to porównanie wyszło całkiem nieźle, ponieważ bohaterowie "Głębi" są bardzo interesujący. Może dlatego, żę mają bardzo różnorodne charaktery, a może dlatego, ze ledwo co ich poznaliśmy. Pierwszy tom bowiem pozwala nam tylko liznąć ich przeszłość nie mówiąc już o bieżących wydarzeniach. Dlatego też tragicznym początku uznałem, że przy najbliższej okazji sięgnę po drugą cześć, aby zweryfikować swoje przypuszczenia.

 

"Głębia" jest powieścią z gatunki Space Opera i tak trzeba ją oceniać. NIe jest to proste, ponieważ dopiero co poznajemy jej trzon, a wiec bohaterów. Mimo niezwykle trudnego dla mnie początku lektury udało się wciagnąć w tą historię. Może jest to za duże słowo, bardziej zainteresować. TO zainteresowanie sprawiło, że z czystej ciekawości przeczytam kolejny tom. To chyba niezła rekomendacja, co nie?

"Krwawe zwierciadło" Brent Weeks

Krwawe zwierciadło - Brent Weeks

Po krótkiej przerwie wracamy do świata, gdzie rządzą kolory. Jedno z moich literackich odkryć tego roku, czyli seria "Czarny pryzmat" ma już czwarty tom. Nie ma wymówek, trzeba było przysiąść i czytać, tym bardziej, że okres świąteczny sprzyjał lekturze.

 

I na dzień dobry mam zgryz jak tu przedstawić zarys fabuły dla kogoś, kto nawet pierwszego tomu nie tknął a jednocześnie fanowi, który zastanawia się czy sięgnąć po najnowszą część (żarcik, fan się nie zastanawia, bierze w ciemno). Jak wytłumaczę dokładnie nowemu, to zdradzę zbyt dużo doświadczonemu. Jeżeli natomiast powstrzymam się od spoilerów, to czytelniczy neofita pojęcia nie będzie miał co się dzieje. Hmmm... Spróbujmy więc opisać nieco inaczej.

Książka opowiada historię kilku głównych bohaterów, którzy umiejscowieni są w świecie, gdzie magia mocno wiążę się z kolorami. Gavin był kiedyś najpotężniejszym człowiekiem na świecie, teraz natomiast sam trafił w swoje wymyślne pułapki i zastanawia się czy jest jeszcze sens walczyć o kolejny dzień życia. Okaleczony wrak dawnego siebie popada w szaleństwo dzięki któremu odkrywa swoją przeszłość. Dzięki temu znajduje jeszcze dla siebie nikłą nadzieję.

Karris niegdyś wojowniczka teraz jedna z najważniejszych osób na świecie stoi na czele Państwa, które bez odpowiedniego przywódcy upadnie w wyniku rebelii. Musi być bezwzględna i pragmatyczna przekładając los kraju nad dobro bliskich.

Teia, młoda adeptka magii zaraz po akademii, która z racji swoich umiejętności zostaje zwerbowana do najniebezpieczniejszych akcji. Chcąc ocalić kraj przed upadkiem zgadza się na odgrywanie roli podwójnego szpiega i skrytobójcy. Z każdym kolejnym zadaniem traci cząstkę swego człowieczeństwa, ale to dla większego dobra. Jak wiele jest w stanie stracić siebie i czy nie zagubi się w intrygach?

I w końcu Kip, młody dowódca zbuntowanych absolwentów akademii chcących na własną rękę powstrzymać wojnę. Błyskotliwy, przebiegły ze zmysłem przywódcy lecz jednocześnie z niska samooceną. Inni w niego wierzą, lecz on sam jest tym zawstydzony. Dodatkowo musi stawić czoło nowemu zagrożeniu, którym jest... nowo poślubiona żona. W kwestiach damsko-męskich  Kip jest totalnym szczawikiem.

Losy tych wszystkich bohaterów oczywiście przeplataja się ze sobą i tworzą spójną całość, która odsadzona jest w jednej z ciekawszych wizji świata i systemu magii z jakim miałem do czynienia.

 

Po lekturze czwartego tomu dochodzę do wniosku, że autor uwielbia zaskakiwać czytelników. Ale nie chodzi mi o zwykłą niespodziankę, a odwrócenie sytuacji o 180 stopni.Jakimś prostym zabiegiem jest w stanie zmienić całkowicie nasze spojrzenie na wydarzenia z przeszłości. Nie inaczej jest i tym razem. Między innymi dowiadujemy się w końcu skąd się wzięła nazwa całej serii(czekać do czwartego  tomu, żeby dowiedzieć się co oznacza tytuł tomu pierwszego...)Oczywiście nie mogę zdradzić co zostało "przestawione" lecz uwierzcie mi, jest nieźle. Czemu tylko "nieźle"? Bo ksiażka jest trochę rozwodniona. Byłem mocno zaskoczony gdy tak po prostu się skończyła. Bez żadnych fajerwerków czy zawieszenia akcji. Po prostu nie było już kolejnego rozdziału. Dostaliśmy zajawkę czegoś poważniejszego co zapewne wydarzy się w ostatnim tomie, a później cichosza.  Dodatkowo kilka postaci zostało mocno okrojonych lub zupełnie pominiętych (patrz Zymun). Z jednej strony rozumiem, bo świat mocno się rozrósł(wystarczy spojrzeć na spis postaci pod koniec książki) i nie można wszystkim poświęcić tyle samo czasu, z drugiej jednak szkoda.Czytało mi się bardzo dobrze, jak i poprzednie części serii, lecz odczuwam pewien niedosyt. Myślę, że ksiażka ta mogła by być dużo lepsza gdyby okroić część treści niewiele wnoszacych i przyśpieszyć akcję, lub też paradoksalnie odwrotnie rozwinąć te watki przez co pewnie wydłużyć całą serię ale kosztem dogłębnego zrozumienia.

 

"Krwawe zwierciadło" to bardzo dobra pozycja fantasy i niezła kontynuacja cyklu.Trochę mu brakuje do poziomu wcześniejszych tomów, ale bądźmy szczerzy, fani i tak po nią sięgną, natomiast nowicjusze nie rozpoczną od czwartej części :) Ja już wyczekuje zakończenia serii i czym tym razem autor mnie zaskoczy

Teraz czytam

Dziewięciu Książąt Amberu (Kroniki Amberu, #1)
Blanka Kluczborska, Roger Zelazny