zaczytany

Czytałem, czytam i czytać będę. Może więc to dobry pomysł, aby propagować to wspaniałe zajęcie i podzielić się z innymi opiniami na temat tego, co przeczytane...

"Płomień i krzyż tom 2" Jacek Piekara

Płomień i krzyż. Tom 2 - Jacek Piekara

Jest taka legenda, że Piekara skończy kiedyś serię o Inkwizytorze. Jak dotąd doczekaliśmy się 4 tomów głównego cyklu, 5 tomów opowieści o młodym Mordimerze oraz 1 tom mówiący o Wewnętrznym Kręgu inkwizytorskim, który ma wiele do powiedzenia w sprawie naszego bohatera. Z tych wszystkich pozycji ostatnia  była wg mnie najlepsza. Dlatego też, gdy ukazała się druga część bez zwłoki udałem się do księgarni. Czas zweryfikować swoje wcześniejsze przekonania.

 

Arnold Löwefell czyli nasz główny bohater jest postacią tajemniczą. Przede wszystkim jest on wysoko postawionym Inkwizytorem Wewnętrznego Kręgu. Jednak nie zawsze nim był. Okazuje się, że kiedyś był najpotężniejszym perskim czarownikiem ognia, który wpadł w zasadzkę Inkwizycji i został przekonany do współpracy. Jest to bardzo oględnie powiedziane, ponieważ tak na prawdę to został on na nowo stworzony i poprzednie życie traktuje jakby należało do kogoś innego. Problem leży w tym, że jako Pers miał dostęp do bardzo ważnych informacji dotyczących potężnej księgi zaklęć. Informacje te są niezbędne Inkwizycji, lecz biedny Arnold nie może pomóc. Wieloma sposobami starają się przywrócić mu pamięć. I o tym traktuje ta powieść. O szukaniu odpowiedzi w przeszłości, która wcale nie była taka kolorowa. Jednocześnie dowiadujemy się wiele o innych inkwizytorach współpracujących z Arnoldem.

 

Książka jest bardzo zajmująca. Grzebanie w przeszłości jednego z najpotężniejszych inkwizytorów dostarcza nam wiele informacji i nakreśla ciekawe tło dla całego cyklu. Druga połowa książki jednak nieco zbacza z tego kursu. Widać wyraźnie, że autor kładzie podwaliny pod coś poważnego i przygotowuje do tego czytelnika. Nie mam nic przeciwko, tylko trochę szkoda, że tak szybko odpuszczono sobie badanie przeszłości Arnolda. Kto wie, może jeszcze do tego wrócą. Delikatnie zgrzyta mi też sposób, w jaki najwidoczniej będzie prowadzona historia w kolejnych tomach. Nie mogę zdradzić o co chodzi, gdyż był by to za duży spoiler, jednak nie jestem przekonany, aby w książce fantasy taki zabieg był potrzebny .Ale poczekamy, zobaczymy.

 

"Płomień i krzyż" tom 2 nadal pozostaje dla mnie przedstawicielem tego lepszego cyklu o Inkwizytorze. Autor ma pomysł na głębszą historię a przy okazji co chwila puszcza oczko dla stałego czytelnika, który zna poprzednie jego pozycje. Śmiało czytajcie ku chwale Pana! Może w końcu wizja zakończenia całego literackiego projektu się ziści. 

"Poradnik projektowania gier planszowych" Mike Selinger

Poradnik projektowania gier planszowych - Mike Selinker

Książki, siatkówka i gry planszowe. TO moje trzy hobby na które poświęcam czas wolny. Dlatego zawsze się cieszę, gdy mogę przynajmniej 2 z nich połączyć. Tak się stało w tym przypadku. Po udanej zbiórce na wspieram.to zaraz po świętach otrzymałem świetną pozycję tłumaczącą od pomysłu po wydanie co zrobić i na co zwrócić uwagę gdy chce się wydać grę planszową. Zbiór artykułów ludzi z branży to świetne kompendium wiedzy dla każdego fana gier planszowych. DOdatkowo w polskiej edycji otrzymujemy wiele dodatkowych materiałów od polskich autorów i wydawców.

Polecam serdecznie tym planszówkowiczom, którym przez myśl chociaż raz przeszła myśl o zrobieniu własnej gry planszowej

"Głębia.Bezkres" Marcin Podlewski

Głębia. Bezkres - Marcin Podlewski

No i dolecieliśmy do końca serii. Trochę mi to zajęło, ale udało się .Historia tych książek jest dosyć nietypowa, ponieważ zacząłem od audiobooka, który średnio przypadł mi do gustu. Jednak każdy kolejny był coraz lepszy, przez co zdecydowałem, że finał tej historii przeczytam a nie przesłucham. I tym sposobem cała seria grzecznie stoi obok Hyperiona oraz Lema. Chcecie się dowiedzieć co nam przygotował autor? Zapraszam.

 

W morzu zawsze znajdzie się większa ryba. Słyszeliście takie powiedzonko. W "Głębi" jest dokładnie tak samo. Gdy ludzkość została prawie wybita przez połączone siły Jedności oraz Konsensusu pod koniec trzeciego tomu Kirke postanowiła wezwać ową większą rybę. Przybywa więc Blady Król, którego głównym celem jest wyeliminowanie wszelkich przejawów życia w galaktyce. Tak więc wszyscy mają przechlapane. Jest jednak szansa, że ludzie jako najsłabsza frakcja może nie zostaną zauważeni i przeżyją trochę jak karaluchy. Marna nadzieja na przeżycie, ale lepsza taka niż żadna. Rozpoczynają się więc operacje mające na celu ocalenie rasy ludzkiej. Myrton Grunwald wspierany wcześniej przez Natriuma Ybessena Gatlarka zrzesza niedobitki w ostatnią flotę i stara się ich ocalić. Jednak pozostałe rasy widząc co się święci nie zamierzają nadstawiać głowy pod miecz Bladego Króla i też kombinują jak się da, aby mu uciec. A nad tymi wszystkimi poczynaniami stoją tajemnicze siły, które pociągając za odpowiednie sznurki kierują losami co ważniejszych postaci jak ukryci w cieniu lalkarze.

 

To była bardzo przyjemna podróż. Rozwijająca, pełna emocji i akcji oraz z interesującym zakończeniem. Zżyłem sie mocno z załogą Wstążki i innymi bohaterami. Jestem pod wrażeniem rozmachu z jakim autor zabrał się do całej serii. Technologiczne wtręty ,astronomiczne nazwy i lokalizacje, szczegóły lotów międzygwiezdnych robią na prawdę bardzo dobre wrażenie i stawiają całą "Głębię" w mojej czołówce  powieści sci-fi. Jednak za tym rozmachem idzie pewna wada. Otóż czytając jeden tom za drugim jesteśmy na bieżąco z coraz to nowymi postaciami pojawiającymi się na stronach powieści. Jednak zrobienie sobie kilkumiesięcznej przerwy spowodowało, że spora część bohaterów uleciała mi z głowy. Czytałem więc dopiero po pewnym czasie przypominając sobie kto kim jest. Pewnym rozwiązaniem tego problemu jest streszczenie poprzednich tomów, które można znaleźć tutaj ale jednak pozostaje zamieszanie. Dlatego też cieszę się, że seria jest ukończona. Dzięki temu można spokojnie przeczytać wszystkie 4 tomy jeden za drugim.

 

"Głębia. Bezkres" to twarde sci-fi w klimacie space opery, które dumnie stoi u mnie na półce obok innych zacnych przedstawicieli tego gatunku. Zapracowała sobie na tą pozycję i bardzo się cieszę, że mogłem zapoznać się z twórczością Pana Podlewskiego. Oby więcej takich pozycji na rynku

"Mort" Terry Pratchett

Mort (Świat Dysku, #4) - Terry Pratchett, Piotr W. Cholewa

Kto zna Świat Dysku ten zna niezwykłą postać Śmierci. Ponury Żniwiarz, który mówi zawsze WIELKIMI LITERAMI i jest nieuchronny dla każdego mieszkańca. Dlatego też uznałem, że pora zapoznać się z nim bliżej, dzięki książce dedykowanej Śmierci. Zapraszam.

 

Mort to typowy przykład nastolatka. Ma za długie kończyny, zbyt wiele pryszczy na centymetr kwadratowy ciała a jego kolana i łokcie wydają się podstawą jego jestestwa. Jest przy tym bardzo  niezdarny i co najgorsze chyba zadaje zbyt wiele pytań nad którymi dorośli nie chcą się nawet zastanawiać, gdyż powoduje to dziwny dyskomfort w ich umysłach. Nic więc dziwnego, że jego ojciec postanawia znaleźć mu jakąś pracę, która wyprostuje psychicznie syna. Klamka zapadłą, trzeba go oddać do terminu. Nikt się jednak nie spodziewał, że Mort trafi na praktyki do... Śmierci. 

 

Jak Mort się przekonuje, jest to praca jak każda inna. Stabilna, perspektywiczna, stała i ciekawa. Czy można chcieć czegoś więcej? No może poczucia sprawiedliwości. Lecz szybko uczy się kilku bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze śmierć jest nieuchronna. Ale co ważniejsze nie jest sprawiedliwa. Dotyka każdego, nie ważne czy młody, stary czy bogaty lub biedny. Pewnym wyjątkiem są królowie, którzy mają przywilej ścięcia mieczem a nie pospolitą kosą. Wraz z Mortem dowiadujemy się, że nie ma co się bać, gdyż jest to naturalna kolej rzeczy ,a próby pogrywania lub oszukania Śmierci nie mają prawa dobrze się skończyć. 

 

Bardzo mądra książka, która pozwala spojrzeć na trudny temat z inne perspektywy. Nie zabraknie oczywiście specyficznego humoru z którego słynie Pratchett. Polecam każdemu 

"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe" Robert M. Wegner

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe - Robert M. Wegner

Coś mi się o uszy obijała ta książka od jakiegoś czasu. Podobno sporo nagród zgarnęła i stała wysoko w wielu rankingach polskiej fantastyki. Ale wiecie jak to jest, zawsze się znajdzie coś innego do czytania. Kolejna część zaczętej serii albo znajomy autor znowu coś wydał. Aż w końcu gdzieś na wyprzedaży wpadła mi w ręcę za pół ceny. TO jak już miałem w ręku to zacząłem czytać. I to był błąd.

 

"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza" to zbiór opowiadań traktujący o rubieżach pewnego Imperium. Pierwsza część traktuje o surowych, zimnych górach  i sąsiedztwie z lodowcem. Ludzie są tam twardzi, nieufni ale i twardzi bo inni by nie przeżyli. I ludzi tych ochrania Górska Straż, specjalny oddział stworzony z miejscowych górali, którymi przewodzi pułkownik Kenneth. Młody, z niewielkim doświadczeniem ale diabelskim wyczuciem ma poprowadzić Szóstą Kompanię i odnaleźć grasującą w okolicy bandę tubylców napadających na okoliczne wioski. Nie mają pojęcia, jakie siły stoją za tą grupą. A to tylko początek ich historii. Otrzymujemy bowiem cztery opowiadania, które następują p osobie chronologicznie  i dotykają różnych problemów ludzi na północy. Z czasem Szósta Kompania staje się coraz bardziej sławna, co nie każdemu przypada do gustu.

 

Druga część przenosi nas na przeciwległą stronę Meekhanu, czyli na południe. Tutaj też są góry, lecz nie tak wysokie jak na północy. Zamiast lodowca natomiast otrzymujemy żar, pustynię i zabójcze słońce. Imperium stara się dogadywać i handlować z miejscowym ludem i tak poznajemy Yatecha, młodego wojownika z ludu Issaram, który najmuje się u jednego z Meekhańskich kupców jako ochroniarz. Lud jego słynie z zasłoniętych twarzy i niezwykle surowego kodeksu etycznego. Czy będzie on w stanie odnaleźć się wśród obcych ludzi, patrzących na niego jak na dzikusa? Tu również mamy cztery powiązane ze sobą opowiadania, które płynnie przedstawiają dzieje naszego bohatera.

 

 Wyraźnie trzeba tu zrobić podział na 2 części. Pierwsza, o Górskiej Straży to chyba największe zaskoczenie czytelnicze w tym roku. Tak mięsistego fantasy się nie spodziewałem. Jest poważnie, jest mrocznie, gdy trzeba jest zabawnie i przede wszystkim jest honorowo. Cała  Szósta Kompania stanowi kwintesencję tego, co chciałbym czytać. Walczą z magią, heroicznie bronią słabszych, czasem muszą wybrać mniejsze zło i ukazują mroczną naturę zwykłych ludzi. Niesamowite czytelnicze doświadczenie. Gdy były mocniejsze opisy aż się krzywiłem, natomiast w kilku miejscach zaciskałem zęby i powieki z bezsilności. Strasznie mnie ruszyła ta lektura.

 

Druga część natomiast jest dużo bardziej romantyczna. To nie zarzut, lecz fakt. Młody chłopak wychowany w bardzo surowych warunkach musi zmierzyć się z uczuciem, które stawia go w kłopotliwej sytuacji. Jego decyzje odcisną bardzo wyraźne piętno na przyszłości nie tylko jego, ale i całego plemienia. Jeżeli czytaliście "Malowanego człowieka" Bretta i polubiliście Krasjańskie wątki to jak najbardziej przypadnie wam to do gustu. Mi się podobało, mim początkowych obiekcji. Ale po takiej dawce emocji, jakie dostarczyła mi pierwsza połowa książki nieważne co bym przeczytał i tak by wypadło blado. 

 

"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza" z miejsca trafiają do grona moich ulubionych pozycji. Czuję, że każdy fan fantastyki powinien się z nimi zapoznać, tym bardziej, że jest to rodzima literatura mogąca spokojnie rywalizować z "Wiedźminem". Już się cieszę na fakt, że są kolejne tomy. Mam nadzieję, że będą równie dobre jak ten

"Zerwa" Remigiusz Mróz

Zerwa - Remigiusz Mróz

Tak, to znowu Mróz i komisarz Forst. Tym razem podobno ostatnia część. Ale kto tam by wierzył autorom ksiażek. Znając życie pewnie jeszcze kilka razy się z Wiktorem zobaczymy. Ale póki co, skupmy się na jak dotychczas ostatnim tomie jego przygód. Co też nas czeka podczas lektury...

 

Ostatnim razem pochwaliłem autora za rozdzielenie narracji na dwa tory .Widać, nie tylko mi się to spodobało i pochwała dotarła do samego wspomnianego, ponieważ otrzymujemy klasyczny podział czasowy akcji. Pierwszy tor wydarzeń ma miejsce teraz. Forst budzi się w szpitalu w Zakopanym i nic nie pamięta. Ostatnie miesiąca życia wyparowały z jego pamięci. Prawie jak bohater Gothica. Dobrze, że chociaż wie kim jest i co robił wcześniej. Nie ma jednak zbyt wiele czasu na próby odzyskania wspomnień,ponieważ na Rysach znaleziono zwłoki. Oczywiście z monetą. Czyżby powrót zza grobu Bestii z Giewontu? Aby to wykluczyć znana nam już prokurator Wadryś-Hansen zgarnia Forsta ze sobą aby jej pomógł. Sprawa nie jest prosta, tym bardziej, że część dowodów sugeruje jakoby palce w morderstwie maczał... sam Forst. Wiktor nie pamiętając co się z nim działo zaczyna podejrzewać samego siebie. Pytanie czy może ufać sam sobie..

Intrygujące, prawda? To teraz wskakujemy w drugi tor czasowy. Akcja ma miejsce WCZEŚNIEJ i przedstawia Forsta, który rusza tropem Olgi Szrebskiej, który podrzucono mu pod koniec poprzedniego tomu. Najpierw do Hiszpanii, a następnie gdzieś pod koło podbiegunowe. Tak jest, aż tam. Poznajemy to, czego Wiktor nie pamięta i powoli dopasowujemy do obecnej sytuacji w której się znalazł. W przeszłości kryje się bowiem rozwiązanie obecnego zabójstwa.

 

Świetny pomysł. Rozbicie fabuł na 2 tory czasowe wyszły autorowi rewelacyjnie .Czytało się to ekspresowo i zachodziłem w głowę co tam przeskrobał w przeszłości, że wdepnął w takie bagno. Praktycznie wszystko było bardzo dobrze przemyślane i musiałbym się bardzo postarać, aby znaleźć jakieś absurdy, które często raziły mnie w poprzednich częściach. Historia przedstawiona na kartach tej powieści bardzo przypadła mi do gustu i spokojnie mogę powiedzieć, że jest to najlepsza książka o komisarzu Forście do tej pory wypuszczonej przez Mroza. Sporo się naczekałem ale było warto

 

"Zerwa" świetnie zakończyła serię o Wiktorze Forście. DLa takich książek warto się przemęczyć z poprzednimi tomami. Lektura trzymająca w napięciu, pomysłowa i przemyślana. Jeżeli będą kolejne części to poproszę aby trzymały dokładnie taki poziom. Polecam

"Deniwelacja" Remigiusz Mróz

Deniwelacja - Remigiusz Mróz

Czwarta część trylogii o Wiktorze Forście. Jak widać pojęcie to jest szerokie i w przypadku poczytnych książek trylogie można swobodnie rozciągnąć. Ja natomiast jestem jak kleszcz i jak się raz przyssę to odpadnę dopiero jak przeczytam wszystko co się da. Dlatego też Forst mimo, że mnie w wielu kwestiach irytuje nadal figuruje w moim planie czytelniczym. Zaraz się przekonamy, czy to nie był błąd.

 

Powieść toczy się dwutorowo. Pierwszy tor to Wiktor, który zapuszcza brodę, goli głowę i stara się o zatrudnienie u rosyjskiego mafioza w Hiszpanii. Nie raczy nam wyjaśnić po jakie licho tam się władował i dlaczego, ale szanuję jego decyzję. Uznałem, że na pewno ma dobry powód, który z czasem nam wyjawi. A póki co musi zdać testy na lojalność, później kilka mniejszych robótek aby w końcu dostać jakieś poważniejsze zlecenie. Ciekawie się to czyta.

Drugi tor to prokurator Wadryś-Hansen i komendant(tak jest, był awansik) Osica, którzy bez niespodzianek muszą rozwiązać serię zabójstw. Tym razem znaleziono 5 młodych dziewczyn na zboczach Giewontu. Prawdopodobnie przeleżały tam całą zimę i dopiero teraz odkryto ich ciała. Samo z siebie jest to już podejrzane,ale jak dodamy kilka faktów, które wiążą przynajmniej jedną ofiarę z Forstem robi się interesująco. Tym bardziej, że on sam wyjechał z Zakopanego dobre pół roku temu. 

Dodatkową atrakcją są wstawki których narratorem jest zabójczyni. Wiemy od razu, że to kobiecy umysł stoi za pewnymi zbrodniami, lecz wiadomo kto dokładnie. Dodaje to jeszcze więcej zagadkowości całej sprawie.

 

To było dobre. Serio. Tą część czytało mi się chyba najprzyjemniej. Prawdopodobnie dlatego, że w pewnym momencie autor stosuje sprytny zabieg z liniami czasowymi, przez co każe nam spojrzeć na przeczytane już strony z innej perspektywy. Lubię takie zabawy z czytelnikiem. Poza tym Forst ma ciekawe przeprawy w Hiszpanii a Osica też trzyma poziom. Już od poprzednich tomów muszę przyznać, że to ten drugi jakoś mocniej przypadł mi do serca. Zgorzkniały, cyniczny i marudny ale o dziwo znający się na swojej pracy. Bardzo ładna ewolucja postaci.

Jednak jest kilka minusów. Przede wszystkim zakończenie. Drogi autorze, czy za każdym razem mamy gonić mityczną postać, która możę żyje, a może nie? Takie pojawianie się umarłych nie jest już zabawne. Ale to było w epilogu będącym zajawką na kolejny tom. Natomiast zakończenie właściwe sprawiło mi więcej problemów. Nie wiem czy mi odpowiadało czy też nie. Z jednej strony totalne zaskocznie. Coś, czego żaden czytelnik nie mógł przewidzieć, a to lubię. Z drugiej strony to było tak duże zaskoczenie, że NIKT nie miał najmniejszych szans się tego domyśleć. Zaraz to wytłumaczę. Ja lubię jak się ze mną pogrywa. Rzuca strzęp informacji tutaj, później gdzieś indziej. Mylące tropy, ślepy zaułki dedukcyjne i tak dalej. I na koniec okazuje się, że rozwiązanie było zupełnie inne niż oczekiwałem, ale jednak LOGICZNE. Po prześledzeniu wszystkich faktów i wskazówek mogę klepnąć się w czoło ze słowem "No faktycznie!". Tutaj natomiast mamy zakończenie do którego nie prowadziła żadna poszlaka. Nic. Zero. Null. Po prostu w ostatnich rozdziałach autor wyciągnął z rękawa swoją wizję i ją przedstawił wywołując moją dezorientację. I takich rozwiązań nie lubię. 

 

"Deniwelacja" jest wg mnie najlepszą częścią przygód komisarza Forsta. Zasługuje na to miano dzięki sprytnym zabiegom narracyjnym autora i ciekawej, dynamicznej fabule. Oczywiście znaleźć w niej można nieco tanich zagrywek niespójności ale mówiąc szczerze, chyba przyzwyczaiłem się już do nich u pana Mroza. Co nie zmienia faktu, że nadal je dostrzegam. Mam nieśmiałą nadzieję, że kolejna część się ich pozbędzie i cudownie zwieńczy całą serię

"Outsider" Stephen King

The Outsider - Stephen King

Sporo się naczekałem na nowego Kinga. Nie czytałem serii "Pan Mercedes" bo jakoś nie pasował mi ten autor w powieści detektywistycznej. Dlatego też z tym większym utęsknieniem czekałem na najnowszą powieść mojego ulubionego autora. Teraz świeżo po lekturze czas na kilka zdań podsumowania.

 

W Flint City doszło do strasznej tragedii. W miejskim parku bestialsko zabity i zgwałcony został 11-letni  chłopiec. Policja opierając się na zeznaniach licznych świadków i materiale dowodowym zebranym na miejscu zbrodni jest pewna, że zna sprawcę. Jest to Terry Maitland, miejscowy nauczyciel angielskiego i trener Młodej Ligi. Detektyw Ralph Anderson postanawia go aresztować i jak najszybciej skazać. Po aresztowaniu okazuje się jednak, że Maitland ma niezwykle mocne alibi, które potwierdza kilkanaście osób. Według badań podejrzany był w tym samym czasie zarówno na miejscu zbrodni jak i w oddalonym ponad sto kilometrów dalej spotkaniu ze znanym pisarzem. Czy możliwa jest bilokacja? I jeżeli to nie Terry, to kto?

 

Pierwsze 200 stron wypada cudownie. Poznajemy zarówno dowody obciążające nauczyciela jak i jego alibi. Jako czytelnik mam mętlik w głowie nie wiedząc komu ufać i gdzie szukać sprawcy. Świetny pomysł pozwalający na bardzo wiele domysłów. Rozdwojenie osobowości? Zły brat bliźniak? Mroczne alter ego? Efekt szalonych eksperymentów? Szkoda jednak, że żadne z tych domysłów się nie sprawdzają. Za całą tą chryją kryje się bowiem pewna siłą nieczysta mocno kojarząca się z krzyżówką wampira i zmiennokształtnego. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale takie rozwiązanie nie przypadło mi do gustu jak również mocne nawiązanie do potwora z hiszpański ludowych podań El Cuco. Wydaje mi się, że autor poszedł trochę na łatwiznę nie szukając tu jakiegoś głębszego rozwiązania.

Zawsze dzieiła Kinga fascynowały mnie tym, że największy mrok i zło czai się w zwyczajnych codziennych czynnościach i rzeczach. Każdy z nas ma w sobie Mrok, który umiejętnie pielęgnowany dochodzi do głosu i potrafi zmienić nas w prawdziwe bestie. To było najważniejsze przesłanie w książkach tego autora. I po czymś takim z niepokojem potrafiłem patrzeć pluszową małpkę na półce, lub zaczynałem się denerwować, gdy w autobusie jakiś nieznajomy powtarzał w kółko pod nosem ciągle to samo zdanie. Tutaj zawiodłem się, ponieważ zamiast cząstki wewnętrznego zła otrzymujemy zło jak najbardziej zewnętrzne. Nie związane w żaden sposób z bohaterami książki i oderwane od nich. To smutne, ponieważ z takim pomysłem można było zrobić coś dużo lepszego.

Druga rzecz, która mi się nie spodobał to bardzo wyraźne nawiązanie do serii "Pan Mercedes". Przypomnę, że nie czytałem jej a mimo do zostałem uraczony dużymi spojlerami. Jedna z głównych postaci kobiecych występowała we wspomnianej serii przez co zdradziła prawdopodobnie ważne fakty czytelnikowi. Ja rozumiem przeplatanie się bohaterów na łamach książek Kinga i ich wzajemne zależności, ale na Boga to powinny być subtelne aluzje tak jak to robił w Mrocznej Wieży a nie zdradzanie zakończenia! Może ja kiedyś jednak chciałem się z tą serią zapoznać. Teraz muszę się poważnie nad tym zastanowić.

 

"Outsider" mocno mnie wkurzył niewykorzystanym potencjałem. Z tego mogło wyjść coś bardzo dobrego, a otrzymałem historyjkę o Boogieman-ie. Warsztatowy nie mam wiele Kingowi do zarzucenia, lecz nie cieszyłem się z lektury tak bardzo, jak sugerowała jej pierwsza połowa. Od mistrza oczekuję czegoś więcej

"Trawers" Remigiusz Mróz

Trawers - Remigiusz Mróz

Idąc za ciosem czytam dalej wytrwale o komisarzu Wiktorze. Poprzednie tomy były ok ale pewne niedociągnięcia można było znaleźć. Czy i tym razem uda mi się przyczepić? Szczegóły poniżej.

 

Forst siedzi w więzieniu i ćpa, dzięki czemu ma wszystko gdzieś i głowa go nie boli . A w tym czasie pojawia się kolejna ofiara w górach. Jest spora szansa, że autorem znowu jest Bestia z Giewontu, mimo tego, że podobno popełniła samobójstwo pod koniec tomu drugiego. Trop dodatkowo wiedzie do grupy syryjskich imigrantów, którzy niedawno dodarli do Zakopanego. Sprawę staraja się wyjaśnić znani z wcześniejszych części Osica i prokurator Wadryś-Hansen. Niestety bez pomocy Wiktora mozę być ciężko. A nasz były komisarz nabywa pewności, że Olga Szrebska jednak żyje i robi wszystko aby to udowodnić. Ale najpierw trzeba się wydostać z więzienia.

 

Jest tu sporo ciekawych wątków, które bardzo mi się spodobały. Wplecenie imigrantów w seryjne zabójstwa i ukazanie nastrojów społeczeństwa jest chyba najciekawszym. Następnie śledztwo Osicy i Wadryś-Hansen mające na celu ukazanie spisku na szczeblu sejmiku wojewódzkiego. Oczywiście parcie Forsta do udowodnienia, że śmierć Szrebskiej byłą mistyfikacją. Swoją drogą trochę niepojęte dla mnie jest jak mógł tak mocno zadurzyć się w tej dziennikarce w tak krótkim czasie. Poznali się w pierwszym tomie i pod jego koniec znajomość dobiegła końca. Forst znany był jako kobieciarz i zwolennik przelotnych związków. Ona natomiast uparcie go spławiała odpowiadając, że interesuja ją kobiety. I do dzisiaj nie wiemy czy to prawda! Od dwóch tomów natomiast Wiktor z niezwykłą determinacją pragnie ją odnaleźć bądź pomścić. To zachowanie bardziej pasuje mi do Liam Neesona z  "Uprowadzonej" lub jakiegoś zrozpaczone męża a nie do takiego bawidamka. Ale wracajac do meritum jest tu sporo dobrego i parę razy jest to wadą. Troszkę jak w pierwszym tomie nie wiadomo na czym się kupić. Na Syryjczykach, na Wojewodzie czy też więziennych przeprawach? W pewnym momencie po zdemaskowaniu ważnego urzędnika zamiast pocisnać sprawę do końca i dowiedzieć się kto za nim stoi bohaterowie momentalnie przenieśli się z Warszawy do Zakopanego na szlak, bo znalezione kolejne ciało. W takim momencie? Mając ptaszka w garści? Niepojęte dla mnie zagranie. Bardzo dobrze natomiast wypadło finałowe starcie Forsta z Bestią. Góry, zamieć, spotkanie na wąskiej półce skalnej. Uważam, że były by z tego świetne ujęcia filmowe. Fabularnie też ciekawe rozwiazane. Niestety logicznie leży to wszystko niesamowicie. Iść na Orlą Perć w czasie halnego? Zimą? Serio?!?! Autor popłynął i to nieźle. Nawet fakt że dobrze to opisał go nie usprawiedliwia.

 

Podsumowując "Trawers" jest dobrą książką kryminalno-sensacyjną z kilkoma błędami logicznymi. Nie odbiera to jednak przyjemności z lektury jaką miałem. Jest dynamicznie, ciekawi i aktualnie dzięki wątkowi Syryjczyków. Nadal uważam, że Remigiusz Mróz nie tworzy książek wybitnych a zaledwie dobre. Całą seria jest OK, ale odwłoka nie urywa. Warto było poznać Forsta, lecz polskim Hole to on nie jest. Mimo wszystko polecam się zapoznać.

"Dziedzictwo posłańca" Peter V. Brett

Dziedzictwo posłańca - Peter V. Brett

Lubię serię "Malowanego Człowieka". Lubię ją na tyle, że z chęcią sięgnąłem po opowiadania uzupełniające fabułę z podstawowej historii. Dlatego też gdy po zakończeniu całego pięcioksięgu pojawiła się kolejna książka nie było wątpliwości, że muszą ją nabyć. Nabyłem, przeczytałem to teraz podzielę się w kilku słowach co o niej sądzę.

 

"Dziedzictwo posłańca" to zarówno tytuł całęj książki jaki jednego z trzech opowiadań z których się składa. Pierwsze, tytułowe właśnie wprowadza nam postać Briara. Tak to ten pół Krasjanin, który lubuje się w lubczyku śmiga po bagnach. Nieco się o nim dowiedzieliśmy w ostatnim tomie serii, lecz tutaj mamy obszerną relację z dzieciństwa i okresu gdy sam przebywał na bagnach. Z tego co wiem pierwotnie to opowiadanie zostało opublikowane przed "Otchłanią" aby czytelnicy mogli poznać tą postać odpowiednio wcześnie, lecz nie wydaje mi się, aby było to konieczne. Można spokojnie przeczytać je i po skończeniu całej historii.

 

Drugie opowiadanie to "Święto w Potoku Tibbeta". Tutaj nie ma wiele do opowiadania. Wracamy do czasów, gdy Arlem był jeszcze chłopcem, lecz zanim opuścił ojca. Opowiadanko ( bo jest króciutkie) traktuje o dniu świątecznym w Potoku i nieszczęśliwym powrocie rodziny Arlema do domu. Nic ciekawego

 

Ostatnia składowa książki to "Sellia zwana Wyschniętą". Tutaj warto najpierw przeczytać "Otchłań" a później uzupełnić sobie wydarzenia tym właśnie opowiadaniem. Selia to mówczyni w Potoku Tibbeta która w czasie Nowiu i walki z Książętami Demonów stała na czele społeczności odpierającej ich atak. Jednak ważniejsze tutaj zdaje się uczucie, którym darzy Lesę, 50 lat młodszą od siebie dziewczynę i to z wzajemnością. Poznajemy zarówno ich losy w obliczu ataku Otchłańców, jak i historię która miała miejsce około 50 lat wcześniej, gdy Selia pierwszy raz przyznała się do swojej orientacji. 

 

Zacznę od okładki, która jest wierutnym kłamstwem. Mamy na niej Rojera, bezpalcego skrzypka znanego z całej serii. W całej książce jednak nie ma o nim ani słowa, co możecie stwierdzić na podstawie powyższego streszczenia. Takie dobranie grafiki wprowadzić może spory zawód. A teraz do rzeczy. "Dziedzictwo posłańca" czyli pierwsze opowiadanie jest ok. Opisuje nam młodego Briara, jego motywacje i tragedię. Jednak jest kilka mankamentów. Po pierwsze gdzie nauczył się walczyć. Wg tego opowiadania ojciec dopiero planował rozpocząć jego edukację. Zdążył mu pokazać kilka podstawowych technik łącznie z zaklinaniem Otchłańców ale to tyle. Gdzieś musiał się doskonalić, ale tego nie wyjaśnione. I druga uwaga jest taka, że mieliśmy poznać młode lata naszego bohatera a otrzymujemy dziurę w życiorysie. Po tragedii rodzinnej miał niespełna 10 lat. A kolejny raz słyszymy o nim gdy dobija do 13-14 lat i jest już zaprawiony w unikaniu i walce z Otchłańcami i w sztuce przetrwania na Bagnach. Miało być wyjaśnienie, a zostało niedomówienie w postaci tych kilku lat.

 

"Święto w Potoku Tibbeta" jest  za krótkie aby coś o nim powiedzieć. Historia wywalonego po pijaku wozu i powrotu do gospodarstwa po zmroku nie jest bardzo zajmująca.Wydaje mi się również, że ojciec Arlema w tym okresie życia powinien wykazywał się większym tchórzostwem.

 

"Selia zwana Wyschniętą" jest tu chyba najmocniejszym opowiadaniem. Niesnaski małego miasteczka, konflikt ciągnące się  od pokoleń i walka o władzę a wszystko to w okresie ataku Książąt Otchłańców. Ładnie zaserwowane i na dokłądkę w podwójnej dawce. Bo cofamy się w czasie i poznajemy nieznaną historię sprzed pół wieku. Jednak jestem dziś w marudnym nastroju więc też ponarzekam. Obawiam się, że główną uwagę skupia jednak lesbijski związek głównej bohaterki i on stanowi oś tego opowiadania. Pytanie czy gdyby chodziło o miłość staruszka i młodej dziewczyny czytało by się to gorzej? Na pewno było by mniej kontrowersji, a o to chyba chodziło autorowi. Skoro opisał miłość gejowską wśród Krasjan to chciał wyrównać i coś o kobietach też napisać. Nie jestem pewien czy mi taka motywacja odpowiada. Ale samo opowiadanie bardzo dobre.

 

Podsumowując jest OK ale nic ponad to. Na pewno nie jest to pozycja "Must have" dla czytelników Bretta. Można spokojnie obejść się bez znajomości "Dziedzictwa posłańca" i być zadowolonym. Jednak lektura w większości przypadków sprawiała mi przyjemność, więc nie żałuję. Ocenicie sami, jak zawsze.

Uwaga Spoiler!

"Drzewo morwowe" Tomasz Białkowski

Drzewo morwowe - Tomasz Białkowski

Kolejna pozycja z półki wstydu. Przypomnę, że nic nie wiem o tych książkach, nie sprawdzałem o czym są. Pojawiły się u mnie w różnych okolicznościach i czekały cierpliwie aż się nimi zainteresuję. Ta konkretna został wybrana z dwóch powodów. Po pierwsze okładka nawiązująca do "Milczenia owiec" a po drugie duże czcionka. Może i nie jest to poważny powód, ale wiedziałem, że chciałbym przeczytać coś nie za długiego bowiem spodziewałem się urodzinowej dostawy literatury. No to wskakujemy na drzewo.

 

Paweł Werens to młody dziennikarz z Warszawy. Zostaje on wysłany do Olsztyna, aby zbadać serię tajemniczych zabójstw, które miały miejsce na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy. Wybór nie był przypadkowy, ponieważ jest to jego rodzinne miasto od którego jednak stroni, gdyż wiążą się z nim pewne przykre wspomnienia z dzieciństwa. Dziennikarskie śledztwo doprowadza go na trop dziwnej sekty która działała już w latach siedemdziesiątych i męczeńskiej śmierci dawnych świętych. Pomoże mu w tym piękna pani weterynarz, też całkiem ładna pani psycholog więzienny i stryj, który kilak lat wcześniej porzucił stan kapłański.

 

Nie sposób nie zauważyć tu wyraźnego odwołania do "Milczenia owiec". Tam ofiary miały umieszczone w ciałach larwy motyla Trupia Główka. Tutaj w ustach znajdowano jedwabniki. Jest to jednak jedyne chyba podobieństwo. Powieść zaczyna się bardzo dobrze opisem kilku zabójstw które zbadać ma nasz bohater. Następnie młody Werens przyjeżdża do miasta i zaczyna węszyć. Podążając krok w krok razem  nim całkiem szybko wciągamy się w szczegóły zbrodni i strony przelatują bardo szybko. Gdy dochodzi podobieństwo zabójstw do męczeńskiej śmierci pierwszych chrześcijan robi się nawet ciekawiej. Jednak końcówka jest spektakularnie słaba. Po pierwsze stryj Pawła to chodząca encyklopedia sekt, gnostyków i historii kościoła. Ja znam osobiście kilku księży i żaden nie posiadł tak szczegółowej wiedzy w Seminarium, co sugerowało by, że stryjek miał bardzo wąskie zainteresowania, które idealnie wpasowały się prowadzoną sprawę. Wystarczyło go o coś zapytać, a on zaraz sypał jak z rękawa datami, nazwiskami i cytatami. Po drugie pod koniec nasz główny bohater zostaje pojmany, aby zaraz zostać wypuszczony bo i tak czeka na niego inna tortura. Serio? To tak nielogiczne, że aż wierzyć mi się nie chciało. Grożą mu śmiercią, żeby za chwilę uwolnić i pozwolić na ostatnią nockę w swoim łóżku. A gdy doszło do wspomnianej tortury znów zrobiło siędziwnie, wręcz amatorsko. Paweł ma silny wstręt do wody i zmuszony jest wejść do niej aby uratować dwie dziewoje. Oczywiście nie umie pływać, ale nie przeszkadza mu to w dotarciu do tonącej łódki i wyciągnięciu związanych kobiet na brzeg. Przez całą powieść stopniowo poznawaliśmy przyczyny tego lęku, który został przełamany w 3 zdaniach. Ot wszedł do wody bo taka była potrzeba chwili. Chyba czytelnik zasłużył na trochę więcej. Nasz zabójca natomiast należał do najbardziej oryginalnych postaci o jakich czytałem. Niski, garbaty, kulawy i ze spaloną połową twarzy. Czyli Quasimodo. Oj szkoda, że to tak się skończyło, szkoda. 

 

"Drzewo morwowe" miało na prawdę duży potencjał, Lecz z czasem mój entuzjazm czytelniczy zanikał aż wiele z niego nie zostało. Książkę zapamiętam ze względu na postać zabójcy i wyjątkowo kiepskiego zakończenia, ale chyba nie oto chodziło autorowi,

"Przewieszenie" Remigiusz Mróz

Przewieszenie - Remigiusz Mróz

Wiktor Forst to rogata dusza nawet jak na policjanta. Nie dziwota więc, że pakuje się w kolejne problemy. A może lepiej powiedzieć, że kontynuuje te już rozpoczęte w poprzednim tomie? Nie pozwalając zatrzeć się wrażeniom z poprzedniej książki od razu odsłuchałem kontynuację. Oto co otrzymałem,

 

Ledwo ostygło ciało ostatniej ofiary tajemnicza sekta Synów Światłości rozpoczyna kolejne łowy. Tym razem ofiarami padają turyści w Tatrach. Bestia z Giewontu jak okrzyknęły go media zrzuca niewinnych wędrowców w przepaście na najbardziej niebezpiecznych fragmentach polskich gór. Kozia Przełęcz, Świnica, Rysy? |Nigdzie nie można się czuć bezpiecznie. Komisarz Forst po powrocie z Ukrainy i oczyszczeniu się z zarzutów rusza na pościg bestii. Nie będzie to proste, bo trzeba wczuć się w jego sposób rozumowania. Co więcej, zabójca zostawia pewne niepokojące poszlaki, które zaczynają rzucać podejrzenia prokuratury na samego Wiktora. Czyżby z ściganego sam miał się stać obiektem pościgu?

 

Zacznijmy od tego co tu jest ciekawego. Zabójstwa w Tatrach to bardzo ciekawy temat . Szczególnie, jeżeli ktoś chodził po tych szlakach i kojarzy poszczególne miejsca, łańcuchy, przełączki i inne niebezpieczne ale i piękne odcinki. Pogoń po górach jest więc emocjonująca i stanowczo przykuwa uwagę czytelnika. Bardzo spodobała mi się również postać komendanta Osicy. Pierwotnie przedstawiony jako relikt PRLu, który nie wiadomo jak dochapał się obecnego stanowiska zaczął się prezentować jako ciekawy policjant .Zgorzkniały, gburliwy ale i nie taki głupi jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Dodatkowo ważną rolę odgrywała tu również jego córka Agata, dzięki której poznajemy go jako kochającego ojca. Po pierwszym tomie nie spodziewałem się takiego rozwoju postaci. Sama fabuła oraz sposób prowadzenia narracji również zasługuje na pochwałę. Nie ma tu już takiego natłoku wydarzeń i ciagłej akcji. Mozna się chwilęzastanowić, przysiąść nad jednym wątkiem a nie biegać po 4 sąsiednich krajach w celu rozwiązania sprawy kryminalnej. Tym razem będzie tylko Polska i Słowacja, ale to tylko dlatego, że dzielimy między siebie Tatry, w których dzieje się akcja powieści.

Jednak podczas takiego zastanowienia się pojawiają się pytania. I na niektóre z nich chciałbym uzyskać odpowiedź, której autor mi poskąpił.Przede wszystkim jaka jest motywacja głównego "złego", czyli Bestii z Giewontu. Z poprzedniej części wiemy, że należy do pewnej sekty chrześcijańskiej, która inaczej interpretując nauki Kościoła sam postanowiła wypowiedzieć wojnę Synom Mroku, czyli generalnie plugawcom. Na ich celowniku byli oprawcy z Wołynia, którzy jako członkowie UPA byli bezkarni na Ukrainie albo Białorusi. Zagmatwane to, ale można zrozumieć. Tutaj natomiast spycha przypadkowych turystów w przepaść. Bez wywiadu kim byli i co złego mogli zrobić. Po prostu nawinęli się w odpowiednim miejsca w odpowiednim czasie. Brak tu konsekwencji, chyba, że to już nie ta sekta i mamy do czynienia z czymś innym.

Druga sprawa, która bardzo mnie drażniła to postać jednego z prokuratorów prowadzących śledztwo, a konkretnie Aleks. Jak można a człowieka na takim stanowisku zrobić takiego idiotę? Złapał skrawek tropu, uczepił się go jak wygłodniały pies, dorobił resztę historii na poczekaniu i dawaj ścigamy Forsta. Oskarżał go o co tylko się dało argumentując to prostackim "bo mógł". Dlaczego zabił nieznanych turystów na szlaku? Bo mógł. Bo jest niesamowitym zwyrodnialcem, który tylko czeka żeby komuś kark skręcić. Serio? To jest postawa prokuratora? Bez dowodów, bez mocnych poszlak i bez sprawdzenia historii służby? Przecież to jest zachowanie dobre dla jakiegos niedouczonego  fanatyka. Bardzo mnie to drażniło. Nawet powtórzenie motywu Forsta jako podejrzanego i później jego pobyt w wiezieniu nie było tak wkurzające. Widać, Mróz lubi biednego komisarza stawiać w roli uciekiniera.

 

"Przewiesznie" jest to solidny kryminał, w którym widać , żę autor wziął sobie do serca nadmiar akcji występujący w poprzedniej części. Czyta się to bardzo przyjemnie, jednak kilka drażniących kwestii psuło mi odbiór. Jest tu też kilka logicznych niedociągnięć, ale cóż. Ogólnie całkiem przyjemna lektura

"Dziedziczka smoka. Testament Thubana" Licia Troisi

Testament Thubana - Licia Troisi

Mam taką półkę wstydu. A dokładniej to z 2. Znajdują się tam w większości książki, które wygrałem w przeróżnych konkursach nie patrząc nawet szczególnie o co walczę. I tak się zapełniały półeczki aż powiedziałem STOP. Teraz tylko przemyślane zakupy oraz walka w konkursach, które mnie interesują. Ale mleko się rozlało. To co mam te książki komuś sprezentować nie zapoznawszy się nawet? Nic z tego .Rozpoczynam więc eksterminacje półek wstydu. Jest to misja długofalowa ale docelowo przeczytane pozycje albo zostaną w kolekcji, albo wezmą udział w bookcrossingu. Tak więc na pierwszy ogień "Dziedziczka Smoków"

 

Książka opowiada nam o 13 letniej sierocie Sofii, która mieszka w jednym z rzymskich sierocińców w obecnych czasach. Niespodziewanie dla niej i wszystkich opiekunek pewnego dnia w drzwiach staje profesor i oświadcza, że chciałby ją adoptować. Po początkowym szoku Sofia odkrywa, że profesor wybrał ją ze wzgędu na jej pochodzenia. Otóż jest przedstawicielką bardzo starego rodu, który tysiące lat temu zjednoczył się ze smokami i właśnie w naszej małej sierotce kryje się najstarszy i najpotężniejszy z przedstawicieli skrzydlatych gadów. Dziewczynka musi tylko nauczyć się z nim porozumiewać i używać niezwykłych mocy. A czas nagli, bo prastary wywern, największy wróg smoków powoli odzyskuje siły i już niedługo przełamie wiążące go pieczęci i zaatakuje ludzkość.

 

Na pierwszy rzut oka gdy tylko spojrzymy na okładkę wydaje się, że jest to powieść dla młodzieży. Na drugi, trzeci i każdy kolejny również. I nie ma co się doszukiwać tu głębi bo tak właśnie jest. Nie było by w tym nic złego, gdyby nie główna bohaterka. Sofia jest jedna z bardziej irytujących postaci jakie miałem okazje poznać. Zamknięta w sobie, uważająca, że do niczego się nie nadaje, jest najgorsza i wszystko to jej wina. Uwielbia użalać się nad sobą i nie ma ani odrobiny pewności siebie. Aż chciało się zakrzyknąć, żeby ją coś pożarło w trakcie lektury. Przeciwwagą dla niej powinien być profesor ale on również okazuje się przesadnie tkliwy. Dochodzi do tego, że w jednej ze scen nawzajem się przepraszają i starają się nawzajem przekonać kto jest bardziej winny zaistniałej sytuacji. Natomiast przeciwnicy to taki zespół R z pokemonów który cały czas ze sobą rywalizuje. Zamiast współpracować dla dobra swojego pana, wielkiego wywerna to oni cieszą się jak głupki, gdy drugiemu się nie powiodło. Sposób rekrutacji sług też jest bardzo naciagany. Pierwotnie wyglądało to ciekawie, ale później ten wątek przestał zupełnie istnieć. Zamiast przekonywać do siebie mogli równie dobrze zgarnąć jakiegos bezdomnego, bo i tak ich sługa jest bezwolną marionetką. Bezsens

 

Jest sporo ksiażek dla młodzieży, które są napisane o niebo lepiej i nie powodują takiego poziomu irytacji na głównego bohatera. Poszukajcie, serio. Bo po tej serii nie ma się czego spodziewać. Kolejne tomy nie dostaną u mnie szansy

"Ekspozycja" Remigiusz Mróz

Ekspozycja - Remigiusz Mróz

Drugie moje spotkanie z tym autorem. Poprzednio "Czarna madonna" zostawiła po sobie miłe wspomnienia, więc po namowach znajomych złapałem za jakąś serię. Wolałem sobie odpuścić prawnicze zawiłości i tym sposobem wybór padł na komisarza Forsta. Niektórzy nawet porównują go do Harrego Hole. Odważne porównanie, które tym bardziej chciałem zrewidować. Tak więc proszę Państwa zapraszam.

 

Zaczynamy od zabójstwa i to dosyć zuchwałego. Na Giewoncie przywiązane do krzyża znaleziono nagie zwłoki. Sprawą tą zajmuje się Wiktor Forst u już na wstępie znajduje pewne nieprawidłowości. Jednak anim cokolwiek zdąży wyjaśnić zostaje odsunięty od śledztwa. Nie chcąc tak tego zostawić łączy swoje siły z dziennikarką Olgą Szrebską i rozpoczynają śledztwo na własna rękę. Nie mają pojęcia jak daleko ich to zaprowadzi.

 

Nie oszukujmy się. Połączenie sił policjanta i dziennikarki to bardzo popularny motyw. Odkrycie "czegoś większego" też nie jest zaskoczeniem. Co więc może przyciągać do tej lektury? Solidny warsztat autora i umiejętne poprowadzenie narracji. Postać głównego bohatera też jest interesująca, ale nie aż tak bardzo jak Harry Hole. Wydaje mi się, że jest inspirowana norweskim inspektorem. Ma problem z alkoholem, ma gdzieś przełożonych i lata za kobietami jak pies. Dużo bardziej podobała mi się jego relacja z Szrebską. No tam czuć było chemię. Szkoda, że... a z resztą sami przeczytacie. 

Sama fabuła jest bardzo... różnorodna. Można ja podzielić na wyraźnie różniące się od siebie części. Część pierwsza to klasyczne śledztwo majace na celu ustalenie motywy i tożsamość mordercy. Część druga to odkrycie większej sprawy i ucieczka naszych bohaterów przez Polskę. Następnie mamy wypad na Białoruś i całkiem ciekawy opis pobytu w rosyjskim więzieniu. I część ostatnia to odkrycie najważniejszych kart i konfrontacja. Części te wyraźnie się różnią między sobą i kilka razy zastanawiałem się co ja czytam. Kryminał, powieść akcji, literaturę obyczajową czy thriller religijny pokroju Browna. Autor mógł iść w dowolną z tych stron, ale ostatecznie został po środku oferując nam po szczypcie z powyższych. Nie jest to złe rozwiązanie, ale przez to niektóre fragmenty są bardziej zajmujące i chciałbym aby w tym kierunku potoczyła się powieść.

 

Ostatecznie mamy dosyć zawiłą powieść łączącą w sobie wiele wątków i nie do końca wyjaśniająca wszystkie niejasności. Jednak, zakończenie było interesujące i chciałbym dodatkowo poznać więcej szczegółów odnośnie naszego głównego bohatera, dlatego z chęcią siegnę po kolejne części.

"Władcy marionetek" Robert A. Heinlein

Władcy marionetek - Robert A. Heinlein

Mała pożółkła i podniszczona książeczka, zgarnięta z gminnej biblioteki na zasadzie bookcrossingu. Patrzysz na cenę na okładce i wiesz, że swoje już przeszła, bo wynosi ona 20000 zł. Dlaczego ją wybrałem? Po pierwsze tytuł przykuł moją uwagę. "Władca marionetek" skojarzył mi się z ... utworem  muzycznym grupy Metallica. Później dopiero doczytałem mniejszą czcionką, że jest to autor zaliczany do klasyków sci-fi. Jeżeli widzieliście kiedyś "Żołnierzy kosmosu" to wiecie o co chodzi. Co więc się kryło w tym leciwym tomiku? Szczegóły poniżej.

 

Ziemia została odwiedzona przez kosmitów. Ale nie są to humanoidalne szare ludziki znane z Archiwum X czy innych filmów. Są to raczej pasożyty o rozmiarach piłki do rugby i o ciele o konsystencji ślimaka. Przyczepiają się poniżej karku człowieka i przejmują nad nim kontrolę. Ofiara nadal posiada swoją osobowość i wszelkie wspomnienia ale jego wola jest całkowicie podporządkowana. Powstrzymać potencjalną inwazję starają się agenci wywiadowczy a dokładniej Sam oraz Mary wraz ze swoim szefem Starcem. Ale jak tu komuś zaufać wiedząc, że może być na usługach kosmitów? Agenci wprowadzają więc w życie śmiały plan "odkrytych pleców". Nie każdemu się to podoba.

 

Akcja pędzi tutaj jak koń w galopie. Już po kilkunastu stronach mamy pierwsze spotkanie z obcymi i niebezpieczeństwo z tym związane. Nie ma czasu na wprowadzenie albo większe opisy lokacji. Liczą się czyny i szybkie, dynamiczne dialogi. To się może podobać. Szczególnie porównując do niektórych dzisiejszych autorów, którzy opisami potrafią zamęczyć prawie jak Nałkowska w "Nad Niemnem". Okazuje się, że można w niewiele ponad 200 stronach zawrzeć całą masę wydarzeń. Wow. Ostatnim razem takie odczucie miałem gdy czytałem książkę Howarda, a więc też już klasykę. Najwidoczniej, kiedyś oczekiwano czego innego po literaturze, Ale wracając do "Władców marionetek" ta pędząca fabuła z częstymi zwrotami akcji ma też swoje minusy. Cierpią na tym postacie. Główny bohater to raczej prosty agent, który niekiedy ma zachowania godne 12 latka. Jak się zaprze że coś che to tu i teraz albo foch. Mary to tajemnicza agentka, która umiejętności których się po niej nie spodziewamy, lecz jednocześnie jest niezwykle uległa. Tak kochanie. Dobrze kochanie. Będzie jak zdecydujesz kochanie. To mi się gryzie w tej postaci. Z jednej strony twarda niezależna babka, a za chwilę zmienia się w potulną kurę domową. Czyżby przebijał tu obraz stereotypowego wizerunku rodziny w latach 50.? Trzecia postać to Starzec, który jest typowym szefem. On wie najlepiej, masz wykonywać jego polecenia ponieważ jest w posiadaniu ważnych informacji którymi się z tobą nie podzieli. Cała ta trójka jest dosyć płytko przedstawiona ale najgorzej wychodzi wątek romantyczny Sama i Mary. Jest to tak nienaturalne i nieadekwatne do ich postaci, że karykaturalne. O zmianie postawy Mary już pisałem. Sam natomiast to wypisz wymaluj zakochany szczeniak. On już teraz i natychmiast będzie sie żenił. Nie ma chwili do stracenia. I wyjadą z miasta, zamieszkają w domku w górach gdzie będą żyć szczęśliwie po kres swoich dni. Błe. Jak to sie źle czytało. Wydaje mi się, że cały ten wątek był rozbudowany tylko po to, żeby doprowadzić do jednej sceny przy rozpalonym kominku. Spokojnie można było to okroić albo napisać bardziej wiarygodnie. 

 

Ale oprócz tego lektura sprawiła mi zaskakująco wiele przyjemności. Pomysł na kosmiczne pasożyty, odkrywnie ich natury, pomysły na walkę z nimi. Wszystko to sprawiło, że książka szybciutko została przeczytana. Dobrze jest czasem zostać zaskoczonym przez starą i pożółkłą książeczkę.

"Otchłań" Peter V. Brett

Otchłań tom 2 - Peter V. Brett Otchłań tom 1 - Peter V. Brett

No i się doczekałem. Po 10 latach o rozpoczęcia serii mamy zakończenie. Wystarczyło jeszcze tylko odczekać z pół roku po premierze, aby Fabryka Słów wypuściła drugi tom i można było się zabrać do lektury. Tak jest, "Malowany człowiek" to już przeszłość. Jeżeli chcecie się przekonać jak wypada zakończenie jednej z najciekawszych serii fantasy, to zapraszam poniżej.

 

Jak Arlem z Jardirem postanowili pod koniec poprzedniego tomu, tak też zrobili. Aby powstrzymać ataki demonów postanowili sami zejść do Otchłani i rozprawić się z Królową. Jako przewodnika wzięli ze sobą Księcia Otchłańców i ruszyli. No dobra, aż tak prosto to nie było. Najpierw trzeba było uporządkować wszystkie sprawy w rodzinnych stronach i zabezpieczyć się na wypadek, gdyby misja się nie powiodła. Dlatego też Jardir wrócił  do Krasji aby ogarnąć cały bajzel po przewrocie a Arlem zajrzał do Zakątka aby zamienić kilka słów z Leeshą. Obydwaj podróżowali w ukryciu, aby nie zdradzić się, że żyją. I o tym jest generalnie cała pierwsza połowa książki. Przygotowania do wyprawy do Otchłani naszych Wybawicieli oraz przygotowania pozostałych bohaterów na odparcie ataków Demonów podczas najbliższego nowiu. Istnieje bowiem spore ryzyko, że będzie to atak ostateczny mający na celu zmiecenie ludzkości z powierzchni. Druga połowa to już sama wędrówka w głąb ziemi oraz desperackie próby obrony na górze. Zdradzać nic wiecej nie będę, ale aż do ostatniego momentu nie wiadomo czy się uda, tym bardziej, że misja jest raczej z gatunku tych samobójczych. 

 

Pamiętam jak podczas lektury poprzedniego tomu byłem mocno zawiedziony bardzo małą ilością rozdziałów dotyczących głównych bohaterów. Teraz też, jeżeli spojrzeć na to w ten sposób, to Arlema i Jardira jakoś wybitnie dużo nie ma, przynajmniej w pierwszym tomie. Jednak finał w ich wykonaniu skutecznie wynagradza mi tą dysproporcję. Rozumiem też autora, który musiał podomykać wszystkie inne wątki. Bohaterów się namnożyło i nie można było ich pozostawić samych sobie. Dlatego też trochę inaczej teraz patrzę na poprzednią część. Brett już wtedy wiedział, że kreacje postaci drugoplanowych muszą do czegoś zmierzać i trzeba rozpocząć przygotowania do ich zakończenia. Faktem jest, że ogrom Krasjańskich sióstr, braci, szwagrów i innych powinowatych Jardira mógł przysporzyć o ból głowy. Cieszę się więc, że wszystko ładnie i zgrabnie zostało zamknięte.

 

Sam finał serii bardzo mi się podobał. Czuć było klimat przygotowań i niepewności, czy się uda. Ostateczna walka to już mocne skojarzenie z serią "Obcy" ale inaczej chyba tego nie można sobie wyobrazić. Cóż tu więcej mówić. Jedna z najlepszych serii fantasy dobiegła końca. Cieszę się, że nie była ciągnięta na siłę dalej, jak ma to czasem miejsce. Polecam absolutnie każdemu czytelnikowi fantastyki, wstyd nie znać "Malowanego człowieka"

Teraz czytam

Echopraksja
Peter Watts
Chór zapomnianych głosów
Remigiusz Mróz