zaczytany

Czytałem, czytam i czytać będę. Może więc to dobry pomysł, aby propagować to wspaniałe zajęcie i podzielić się z innymi opiniami na temat tego, co przeczytane...

"Przewieszenie" Remigiusz Mróz

Przewieszenie - Remigiusz Mróz

Wiktor Forst to rogata dusza nawet jak na policjanta. Nie dziwota więc, że pakuje się w kolejne problemy. A może lepiej powiedzieć, że kontynuuje te już rozpoczęte w poprzednim tomie? Nie pozwalając zatrzeć się wrażeniom z poprzedniej książki od razu odsłuchałem kontynuację. Oto co otrzymałem,

 

Ledwo ostygło ciało ostatniej ofiary tajemnicza sekta Synów Światłości rozpoczyna kolejne łowy. Tym razem ofiarami padają turyści w Tatrach. Bestia z Giewontu jak okrzyknęły go media zrzuca niewinnych wędrowców w przepaście na najbardziej niebezpiecznych fragmentach polskich gór. Kozia Przełęcz, Świnica, Rysy? |Nigdzie nie można się czuć bezpiecznie. Komisarz Forst po powrocie z Ukrainy i oczyszczeniu się z zarzutów rusza na pościg bestii. Nie będzie to proste, bo trzeba wczuć się w jego sposób rozumowania. Co więcej, zabójca zostawia pewne niepokojące poszlaki, które zaczynają rzucać podejrzenia prokuratury na samego Wiktora. Czyżby z ściganego sam miał się stać obiektem pościgu?

 

Zacznijmy od tego co tu jest ciekawego. Zabójstwa w Tatrach to bardzo ciekawy temat . Szczególnie, jeżeli ktoś chodził po tych szlakach i kojarzy poszczególne miejsca, łańcuchy, przełączki i inne niebezpieczne ale i piękne odcinki. Pogoń po górach jest więc emocjonująca i stanowczo przykuwa uwagę czytelnika. Bardzo spodobała mi się również postać komendanta Osicy. Pierwotnie przedstawiony jako relikt PRLu, który nie wiadomo jak dochapał się obecnego stanowiska zaczął się prezentować jako ciekawy policjant .Zgorzkniały, gburliwy ale i nie taki głupi jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Dodatkowo ważną rolę odgrywała tu również jego córka Agata, dzięki której poznajemy go jako kochającego ojca. Po pierwszym tomie nie spodziewałem się takiego rozwoju postaci. Sama fabuła oraz sposób prowadzenia narracji również zasługuje na pochwałę. Nie ma tu już takiego natłoku wydarzeń i ciagłej akcji. Mozna się chwilęzastanowić, przysiąść nad jednym wątkiem a nie biegać po 4 sąsiednich krajach w celu rozwiązania sprawy kryminalnej. Tym razem będzie tylko Polska i Słowacja, ale to tylko dlatego, że dzielimy między siebie Tatry, w których dzieje się akcja powieści.

Jednak podczas takiego zastanowienia się pojawiają się pytania. I na niektóre z nich chciałbym uzyskać odpowiedź, której autor mi poskąpił.Przede wszystkim jaka jest motywacja głównego "złego", czyli Bestii z Giewontu. Z poprzedniej części wiemy, że należy do pewnej sekty chrześcijańskiej, która inaczej interpretując nauki Kościoła sam postanowiła wypowiedzieć wojnę Synom Mroku, czyli generalnie plugawcom. Na ich celowniku byli oprawcy z Wołynia, którzy jako członkowie UPA byli bezkarni na Ukrainie albo Białorusi. Zagmatwane to, ale można zrozumieć. Tutaj natomiast spycha przypadkowych turystów w przepaść. Bez wywiadu kim byli i co złego mogli zrobić. Po prostu nawinęli się w odpowiednim miejsca w odpowiednim czasie. Brak tu konsekwencji, chyba, że to już nie ta sekta i mamy do czynienia z czymś innym.

Druga sprawa, która bardzo mnie drażniła to postać jednego z prokuratorów prowadzących śledztwo, a konkretnie Aleks. Jak można a człowieka na takim stanowisku zrobić takiego idiotę? Złapał skrawek tropu, uczepił się go jak wygłodniały pies, dorobił resztę historii na poczekaniu i dawaj ścigamy Forsta. Oskarżał go o co tylko się dało argumentując to prostackim "bo mógł". Dlaczego zabił nieznanych turystów na szlaku? Bo mógł. Bo jest niesamowitym zwyrodnialcem, który tylko czeka żeby komuś kark skręcić. Serio? To jest postawa prokuratora? Bez dowodów, bez mocnych poszlak i bez sprawdzenia historii służby? Przecież to jest zachowanie dobre dla jakiegos niedouczonego  fanatyka. Bardzo mnie to drażniło. Nawet powtórzenie motywu Forsta jako podejrzanego i później jego pobyt w wiezieniu nie było tak wkurzające. Widać, Mróz lubi biednego komisarza stawiać w roli uciekiniera.

 

"Przewiesznie" jest to solidny kryminał, w którym widać , żę autor wziął sobie do serca nadmiar akcji występujący w poprzedniej części. Czyta się to bardzo przyjemnie, jednak kilka drażniących kwestii psuło mi odbiór. Jest tu też kilka logicznych niedociągnięć, ale cóż. Ogólnie całkiem przyjemna lektura

"Dziedziczka smoka. Testament Thubana" Licia Troisi

Testament Thubana - Licia Troisi

Mam taką półkę wstydu. A dokładniej to z 2. Znajdują się tam w większości książki, które wygrałem w przeróżnych konkursach nie patrząc nawet szczególnie o co walczę. I tak się zapełniały półeczki aż powiedziałem STOP. Teraz tylko przemyślane zakupy oraz walka w konkursach, które mnie interesują. Ale mleko się rozlało. To co mam te książki komuś sprezentować nie zapoznawszy się nawet? Nic z tego .Rozpoczynam więc eksterminacje półek wstydu. Jest to misja długofalowa ale docelowo przeczytane pozycje albo zostaną w kolekcji, albo wezmą udział w bookcrossingu. Tak więc na pierwszy ogień "Dziedziczka Smoków"

 

Książka opowiada nam o 13 letniej sierocie Sofii, która mieszka w jednym z rzymskich sierocińców w obecnych czasach. Niespodziewanie dla niej i wszystkich opiekunek pewnego dnia w drzwiach staje profesor i oświadcza, że chciałby ją adoptować. Po początkowym szoku Sofia odkrywa, że profesor wybrał ją ze wzgędu na jej pochodzenia. Otóż jest przedstawicielką bardzo starego rodu, który tysiące lat temu zjednoczył się ze smokami i właśnie w naszej małej sierotce kryje się najstarszy i najpotężniejszy z przedstawicieli skrzydlatych gadów. Dziewczynka musi tylko nauczyć się z nim porozumiewać i używać niezwykłych mocy. A czas nagli, bo prastary wywern, największy wróg smoków powoli odzyskuje siły i już niedługo przełamie wiążące go pieczęci i zaatakuje ludzkość.

 

Na pierwszy rzut oka gdy tylko spojrzymy na okładkę wydaje się, że jest to powieść dla młodzieży. Na drugi, trzeci i każdy kolejny również. I nie ma co się doszukiwać tu głębi bo tak właśnie jest. Nie było by w tym nic złego, gdyby nie główna bohaterka. Sofia jest jedna z bardziej irytujących postaci jakie miałem okazje poznać. Zamknięta w sobie, uważająca, że do niczego się nie nadaje, jest najgorsza i wszystko to jej wina. Uwielbia użalać się nad sobą i nie ma ani odrobiny pewności siebie. Aż chciało się zakrzyknąć, żeby ją coś pożarło w trakcie lektury. Przeciwwagą dla niej powinien być profesor ale on również okazuje się przesadnie tkliwy. Dochodzi do tego, że w jednej ze scen nawzajem się przepraszają i starają się nawzajem przekonać kto jest bardziej winny zaistniałej sytuacji. Natomiast przeciwnicy to taki zespół R z pokemonów który cały czas ze sobą rywalizuje. Zamiast współpracować dla dobra swojego pana, wielkiego wywerna to oni cieszą się jak głupki, gdy drugiemu się nie powiodło. Sposób rekrutacji sług też jest bardzo naciagany. Pierwotnie wyglądało to ciekawie, ale później ten wątek przestał zupełnie istnieć. Zamiast przekonywać do siebie mogli równie dobrze zgarnąć jakiegos bezdomnego, bo i tak ich sługa jest bezwolną marionetką. Bezsens

 

Jest sporo ksiażek dla młodzieży, które są napisane o niebo lepiej i nie powodują takiego poziomu irytacji na głównego bohatera. Poszukajcie, serio. Bo po tej serii nie ma się czego spodziewać. Kolejne tomy nie dostaną u mnie szansy

"Ekspozycja" Remigiusz Mróz

Ekspozycja - Remigiusz Mróz

Drugie moje spotkanie z tym autorem. Poprzednio "Czarna madonna" zostawiła po sobie miłe wspomnienia, więc po namowach znajomych złapałem za jakąś serię. Wolałem sobie odpuścić prawnicze zawiłości i tym sposobem wybór padł na komisarza Forsta. Niektórzy nawet porównują go do Harrego Hole. Odważne porównanie, które tym bardziej chciałem zrewidować. Tak więc proszę Państwa zapraszam.

 

Zaczynamy od zabójstwa i to dosyć zuchwałego. Na Giewoncie przywiązane do krzyża znaleziono nagie zwłoki. Sprawą tą zajmuje się Wiktor Forst u już na wstępie znajduje pewne nieprawidłowości. Jednak anim cokolwiek zdąży wyjaśnić zostaje odsunięty od śledztwa. Nie chcąc tak tego zostawić łączy swoje siły z dziennikarką Olgą Szrebską i rozpoczynają śledztwo na własna rękę. Nie mają pojęcia jak daleko ich to zaprowadzi.

 

Nie oszukujmy się. Połączenie sił policjanta i dziennikarki to bardzo popularny motyw. Odkrycie "czegoś większego" też nie jest zaskoczeniem. Co więc może przyciągać do tej lektury? Solidny warsztat autora i umiejętne poprowadzenie narracji. Postać głównego bohatera też jest interesująca, ale nie aż tak bardzo jak Harry Hole. Wydaje mi się, że jest inspirowana norweskim inspektorem. Ma problem z alkoholem, ma gdzieś przełożonych i lata za kobietami jak pies. Dużo bardziej podobała mi się jego relacja z Szrebską. No tam czuć było chemię. Szkoda, że... a z resztą sami przeczytacie. 

Sama fabuła jest bardzo... różnorodna. Można ja podzielić na wyraźnie różniące się od siebie części. Część pierwsza to klasyczne śledztwo majace na celu ustalenie motywy i tożsamość mordercy. Część druga to odkrycie większej sprawy i ucieczka naszych bohaterów przez Polskę. Następnie mamy wypad na Białoruś i całkiem ciekawy opis pobytu w rosyjskim więzieniu. I część ostatnia to odkrycie najważniejszych kart i konfrontacja. Części te wyraźnie się różnią między sobą i kilka razy zastanawiałem się co ja czytam. Kryminał, powieść akcji, literaturę obyczajową czy thriller religijny pokroju Browna. Autor mógł iść w dowolną z tych stron, ale ostatecznie został po środku oferując nam po szczypcie z powyższych. Nie jest to złe rozwiązanie, ale przez to niektóre fragmenty są bardziej zajmujące i chciałbym aby w tym kierunku potoczyła się powieść.

 

Ostatecznie mamy dosyć zawiłą powieść łączącą w sobie wiele wątków i nie do końca wyjaśniająca wszystkie niejasności. Jednak, zakończenie było interesujące i chciałbym dodatkowo poznać więcej szczegółów odnośnie naszego głównego bohatera, dlatego z chęcią siegnę po kolejne części.

"Władcy marionetek" Robert A. Heinlein

Władcy marionetek - Robert A. Heinlein

Mała pożółkła i podniszczona książeczka, zgarnięta z gminnej biblioteki na zasadzie bookcrossingu. Patrzysz na cenę na okładce i wiesz, że swoje już przeszła, bo wynosi ona 20000 zł. Dlaczego ją wybrałem? Po pierwsze tytuł przykuł moją uwagę. "Władca marionetek" skojarzył mi się z ... utworem  muzycznym grupy Metallica. Później dopiero doczytałem mniejszą czcionką, że jest to autor zaliczany do klasyków sci-fi. Jeżeli widzieliście kiedyś "Żołnierzy kosmosu" to wiecie o co chodzi. Co więc się kryło w tym leciwym tomiku? Szczegóły poniżej.

 

Ziemia została odwiedzona przez kosmitów. Ale nie są to humanoidalne szare ludziki znane z Archiwum X czy innych filmów. Są to raczej pasożyty o rozmiarach piłki do rugby i o ciele o konsystencji ślimaka. Przyczepiają się poniżej karku człowieka i przejmują nad nim kontrolę. Ofiara nadal posiada swoją osobowość i wszelkie wspomnienia ale jego wola jest całkowicie podporządkowana. Powstrzymać potencjalną inwazję starają się agenci wywiadowczy a dokładniej Sam oraz Mary wraz ze swoim szefem Starcem. Ale jak tu komuś zaufać wiedząc, że może być na usługach kosmitów? Agenci wprowadzają więc w życie śmiały plan "odkrytych pleców". Nie każdemu się to podoba.

 

Akcja pędzi tutaj jak koń w galopie. Już po kilkunastu stronach mamy pierwsze spotkanie z obcymi i niebezpieczeństwo z tym związane. Nie ma czasu na wprowadzenie albo większe opisy lokacji. Liczą się czyny i szybkie, dynamiczne dialogi. To się może podobać. Szczególnie porównując do niektórych dzisiejszych autorów, którzy opisami potrafią zamęczyć prawie jak Nałkowska w "Nad Niemnem". Okazuje się, że można w niewiele ponad 200 stronach zawrzeć całą masę wydarzeń. Wow. Ostatnim razem takie odczucie miałem gdy czytałem książkę Howarda, a więc też już klasykę. Najwidoczniej, kiedyś oczekiwano czego innego po literaturze, Ale wracając do "Władców marionetek" ta pędząca fabuła z częstymi zwrotami akcji ma też swoje minusy. Cierpią na tym postacie. Główny bohater to raczej prosty agent, który niekiedy ma zachowania godne 12 latka. Jak się zaprze że coś che to tu i teraz albo foch. Mary to tajemnicza agentka, która umiejętności których się po niej nie spodziewamy, lecz jednocześnie jest niezwykle uległa. Tak kochanie. Dobrze kochanie. Będzie jak zdecydujesz kochanie. To mi się gryzie w tej postaci. Z jednej strony twarda niezależna babka, a za chwilę zmienia się w potulną kurę domową. Czyżby przebijał tu obraz stereotypowego wizerunku rodziny w latach 50.? Trzecia postać to Starzec, który jest typowym szefem. On wie najlepiej, masz wykonywać jego polecenia ponieważ jest w posiadaniu ważnych informacji którymi się z tobą nie podzieli. Cała ta trójka jest dosyć płytko przedstawiona ale najgorzej wychodzi wątek romantyczny Sama i Mary. Jest to tak nienaturalne i nieadekwatne do ich postaci, że karykaturalne. O zmianie postawy Mary już pisałem. Sam natomiast to wypisz wymaluj zakochany szczeniak. On już teraz i natychmiast będzie sie żenił. Nie ma chwili do stracenia. I wyjadą z miasta, zamieszkają w domku w górach gdzie będą żyć szczęśliwie po kres swoich dni. Błe. Jak to sie źle czytało. Wydaje mi się, że cały ten wątek był rozbudowany tylko po to, żeby doprowadzić do jednej sceny przy rozpalonym kominku. Spokojnie można było to okroić albo napisać bardziej wiarygodnie. 

 

Ale oprócz tego lektura sprawiła mi zaskakująco wiele przyjemności. Pomysł na kosmiczne pasożyty, odkrywnie ich natury, pomysły na walkę z nimi. Wszystko to sprawiło, że książka szybciutko została przeczytana. Dobrze jest czasem zostać zaskoczonym przez starą i pożółkłą książeczkę.

"Otchłań" Peter V. Brett

Otchłań tom 2 - Peter V. Brett Otchłań tom 1 - Peter V. Brett

No i się doczekałem. Po 10 latach o rozpoczęcia serii mamy zakończenie. Wystarczyło jeszcze tylko odczekać z pół roku po premierze, aby Fabryka Słów wypuściła drugi tom i można było się zabrać do lektury. Tak jest, "Malowany człowiek" to już przeszłość. Jeżeli chcecie się przekonać jak wypada zakończenie jednej z najciekawszych serii fantasy, to zapraszam poniżej.

 

Jak Arlem z Jardirem postanowili pod koniec poprzedniego tomu, tak też zrobili. Aby powstrzymać ataki demonów postanowili sami zejść do Otchłani i rozprawić się z Królową. Jako przewodnika wzięli ze sobą Księcia Otchłańców i ruszyli. No dobra, aż tak prosto to nie było. Najpierw trzeba było uporządkować wszystkie sprawy w rodzinnych stronach i zabezpieczyć się na wypadek, gdyby misja się nie powiodła. Dlatego też Jardir wrócił  do Krasji aby ogarnąć cały bajzel po przewrocie a Arlem zajrzał do Zakątka aby zamienić kilka słów z Leeshą. Obydwaj podróżowali w ukryciu, aby nie zdradzić się, że żyją. I o tym jest generalnie cała pierwsza połowa książki. Przygotowania do wyprawy do Otchłani naszych Wybawicieli oraz przygotowania pozostałych bohaterów na odparcie ataków Demonów podczas najbliższego nowiu. Istnieje bowiem spore ryzyko, że będzie to atak ostateczny mający na celu zmiecenie ludzkości z powierzchni. Druga połowa to już sama wędrówka w głąb ziemi oraz desperackie próby obrony na górze. Zdradzać nic wiecej nie będę, ale aż do ostatniego momentu nie wiadomo czy się uda, tym bardziej, że misja jest raczej z gatunku tych samobójczych. 

 

Pamiętam jak podczas lektury poprzedniego tomu byłem mocno zawiedziony bardzo małą ilością rozdziałów dotyczących głównych bohaterów. Teraz też, jeżeli spojrzeć na to w ten sposób, to Arlema i Jardira jakoś wybitnie dużo nie ma, przynajmniej w pierwszym tomie. Jednak finał w ich wykonaniu skutecznie wynagradza mi tą dysproporcję. Rozumiem też autora, który musiał podomykać wszystkie inne wątki. Bohaterów się namnożyło i nie można było ich pozostawić samych sobie. Dlatego też trochę inaczej teraz patrzę na poprzednią część. Brett już wtedy wiedział, że kreacje postaci drugoplanowych muszą do czegoś zmierzać i trzeba rozpocząć przygotowania do ich zakończenia. Faktem jest, że ogrom Krasjańskich sióstr, braci, szwagrów i innych powinowatych Jardira mógł przysporzyć o ból głowy. Cieszę się więc, że wszystko ładnie i zgrabnie zostało zamknięte.

 

Sam finał serii bardzo mi się podobał. Czuć było klimat przygotowań i niepewności, czy się uda. Ostateczna walka to już mocne skojarzenie z serią "Obcy" ale inaczej chyba tego nie można sobie wyobrazić. Cóż tu więcej mówić. Jedna z najlepszych serii fantasy dobiegła końca. Cieszę się, że nie była ciągnięta na siłę dalej, jak ma to czasem miejsce. Polecam absolutnie każdemu czytelnikowi fantastyki, wstyd nie znać "Malowanego człowieka"

"Znak jednorożca" Roger Zelazny

Znak Jednorożca (Amber Chronicles, #3) - Roger Zelazny, Piotr W. Cholewa

Nie tak miało być. Po pierwszych dwóch częściach resztę chciałem przeczytać i opisać jako całość. Chciałem tak zrobić, ponieważ ksiażki są dosyć krótkie i często nie tworzą zamkniętej całości, bo wiele wątków wyjaśnia się w kolejnych tomach. A jednak opiszą osobno trzeci tom a powód tej decyzji podam w podsumowaniu.

 

Corwin odzyskał Amber. Nie koronował się jeszcze, ale po śmierci Eryka jest pierwszym w kolejce. Jednak nie będzie tak łatwo. Ludzie mu nie ufają a dodatkowo musi ogłosić morderstwo swojego brata, co nie wpłynie pozytywnie na jego wizerunek. Prawdopodobnie spora część dworu uzna, że to on sam zabił brata aby wzmocnić swoją pozycję. Aby nieco zyskać postanawia przekonać resztę rodzeństwa do odnalezienie innego brata, po którym słuch zaginął już bardzo dawno. Jednak już chwilę później trzeba rozpocząć śledztwo mające wykazać, kto i dlaczego owego brata uwięził i starał się zabić. Oj nie jest łatwo być władcą Amberu.

 

W tej książce dzieje się jednocześnie bardzo dużo i bardzo mało. Patrząc na streszczenie zawarte powyżej można uznać, że akcja jest wartka. Tu zabójstwo, tu porwanie, zaraz śledztwo i jeszcze trochę innych wydarzeń, których nie wspominam. Jednocześnie narracja jest jakaś taka mało przystępna, a przede wszystkim nie jest rozwinięty ciekawy wątek Dary umieszczony w tomie drugim. Jest wspomniana tylko na chwilę w końcówce. Nie lubię takiego zanęcania. Pod koniec powieści wrzucamy coś dla smaczku, co zachęca do sięgnięcia po kolejny tom i odpuszczamy. A dokładniej odpuszczamy ten wątek przez cały tom aby pod koniec znowu delikatnie zanęcić rozwijając go delikatnie. Jest to drażnienie czytelnika i grozi porzuceniem lektury. Niestety nie znalazłem aż tyle przyjemności w "Znaku jednorożca" aby kontynuować serię. Chciałem przeczytać przynajmniej 5 pierwszych tomów, ale po co mam się męczyć. Koncepcja świata jest ciekawa, ale same przygody głównego bohatera zbyt chaotyczne. Pierwszy raz przewijałem sobie ostatnie 45 minut (książkę słuchałem) i odsłuchiwałem jeszcze raz bo nie zrozumiałem co do mnie lektor mówił. To zaważyło na ocenie.

 

"Znak jednorożca" to dosyć chaotyczna powieść, która z jednej strony dalej rozwija znany nam już z poprzednich części świat Amberu, lecz z drugiej wprowadza zamęt i nie eksploatuje rozpoczętych wcześniej wątków. Przeczytałem, lecz zapewne za kilka miesięcy nie będę pamiętam co tam się działo. Na ten moment zawieszam czytanie tego cyklu, bo nie daje mi tyle przyjemności ile bym oczekiwał. Za dużo jest innych książek na rynku

"Inne okręty" Romuald Pawlak

Inne Okręty - Romuald Pawlak

Czasem trzeba przeczytać coś innego. Coś, co na co dzień nie podeszło by nam, albo nawet nie rzucilibyśmy na to okiem. ALbo coś, co leży na ten nieszczęsnej półce wstydu i zbiera kurz. I nie wiesz, czy to dobre, czy zasłużenie zgarnia paprochy z otoczenia. Dzisiaj przyszła pora właśnie na taką nieznaną pozycję  głębi półki. A więc skok w nieznane. gotowi?

 

Romuald Pawlak już kiedyś gościł u mnie. "Czarem i smokiem" jednak absolutnie do mnie nie przemówiło i poleciało z kolekcji przed skończeniem lektury nawet. Dlatego też miałem pewną obawę przed lekturą. Ale wcale nie było najgorzej.

Wyobraźcie sobie świat, w którym koń Pizzarra się potknął. Tak nieszczęśliwie, że nie podbił on Inków podczas konkwisty i Hiszpanie wraz z Indianami musieli nauczyć się koegzystować. W świecie takim poznajemy kapitana Pedro de Manjarresa, który poświęcił zarobek i sławę na rzecz kobiety. A więc romans. Ale romans z alternatywną historią w tle. I z wojną. Bo Inkowie i okupanci może i żyją obok siebie, ale obydwie strony szykują się do podboju. I w środku tego rozgardiaszu nasz kapitan szuka ukochanej Indianki. Szaleniec normalnie. Faktycznie miłość ogłupia.

 

Całą historia miłosna i ciągła wędrówka jest tylko pretekstem dla przedstawienia nam ówczesnej sytuacji politycznej. Tylko, co szarego Polaka interesuje w układach hiszpańsko- indiańskich? No niby nic, tylko, że autor nie poprzestał na tamtej okolicy.Skoro historia potoczyła się inaczej w Ameryce Południowej to i w Europie trochę się zmieniło. Skoro w Europie to i w Polsce. Autor poszedł nawet krok dalej. Cóż z tego, że w tamtym okresie działo się odmiennie od znanej nam historii. Dzięki kilku wizjom, których doświadczył nasz bohater, dowiadujemy się jak wyglądały kolejne epoki historyczne.Tak więc trochę rozmachu jest. Pytanie czy jest on aż tak bardzo potrzebny. Bohater jest głupi i zakochany, ale da się go lubić. Niestety wkurzające są wspomniane wcześniej wizje, które dopadają go w różnych sytuacjach i wyrywając nas z butów wrzucają do czasów zupełnie innych. Nie podobało mi się to, tym bardziej, że zakłócało stworzona wcześniej narrację. Jednak jako całokształt nie było tak źle. Oceniłbym ją na delikatnie powyżej przeciętnej, natomiast dla miłośników Indian lub alternatywnej historii może być ie lada gratką.

 

"Inne okręty" były niezłym przerywnikiem od znanych mi autorów i cykli literackich. Niczego się nie spodziewałem i nie dostałem niczego nadzwyczajnego, lecz nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą. Ciekawa historia alternatywna raz na jakiś czas nikomu jeszcze nie zaszkodziła

"Karabiny Avalonu" Roger Zelazny

Karabiny Avalonu - Roger Zelazny

Zgłębiamy dalej kroniki Amberu. Książki nie są długie, dlatego kolejną cześć przeczytałem w niedługim czasie po pierwszej. Wakacyjny okres również pozytywnie wpłynął na tempo lektury. Nie ma co się dalej rozwodzić, zapraszam do lektury.

 

"Karabiny Avalonu" rozpoczynają się bezpośrednio po pierwszym tomie. Corwin bo dojściu do siebie nie przestaje planować odbicia Amberu z rąk swojego brata Eryka. W tym celu potrzebuje pewnej substancji dostępnej w Avalonie. Zanim tam jednak dotrze trafia do Lorraine gdzie spotyka swojego byłego generała Genelona, którego wygnał kiedyś z królestwa. Okazuje się jednak, że stoi on na czele ruchu oporu walczącymi z dziwnymi stworami z Czarciego Kręgu. Corwin podejrzewa, że Krąg ten jest jego sprawką więc postanawia pomóc miejscowym. Następnie juz wraz z Genelonem wyruszają w dalszą drogę. Najpierw do Avalonu a następnie do Amberu stoczyć bitwę z bratem. Ostatecznie bitwa nie poszła dokładnie po jego myśli i sprawy się skomplikowały.

 

Całą książkę można podzielić na dwie części. W pierwszej Corwin pomaga w sprawie Czarciego Kręgu przy okazji przekonując się, jak nierozważnym był kiedyś księciem. W drugiej natomiast zdobywa proszek potrzebny do karabinów i przy okazji poznaje wnuczkę jednego ze swoich braci. Konsekwencją jego czynów jest bitwa która rozgrywa się w Amberze, w której Corwin musi walczyć nie po tej stronie co pierwotnie zamierzał. Ta część jest dużo ciekawsza od poprzedniej przede wszystkim ze względu na sposób narracji. Nie ma tu wspomnianego przeze mnie "skoku" narracyjnego. Wszystko przebiegło w odpowiednim tempie. Dodatkowo postać Dary (wnuczki) na koniec wnosi bardzo wiele niewiadomych. To przede wszystkim ze względu na nią sięgnę po kolejną część i to niedługo.

 

"Karabiny Avalonu" są ciekawą kontynuacją przygód Corwina. Czytało mi się je lepiej od pierwszego tomu i zostawiły kilka ważnych pytań i niewiadomych, które chciałbym zgłębić. Książka o pół oceny lepsza. Zobaczymy co będzie dalej

"Dziewięciu książąt Amberu" Roger Zelazny

Dziewięciu Książąt Amberu (Kroniki Amberu, #1) - Blanka Kluczborska, Roger Zelazny

Zostało jeszcze trochę klasyki, którą przydało by się poznać. Na wakacje zaplanowałem sobie Kroniki Amberu. Nie wiem jeszcze czy zapoznam się z całą serią, ale kilka poznać trzeba. Wszak to klasyka literatury fantastycznej. Jak Pan Bóg przykazał zaczynamy od pierwszego tomu.

 

Zaczyna się zupełnie jak w Gothicu. Pamiętacie tę grę komputerową? Budzimy się i pojęcia nie mamy kim jesteśmy ani gdzie się znajdujemy. Można powiedzieć, że jesteśmy takim Bezimiennym, który najpierw musi odkryć swoją przeszłość, aby móc postąpić krok do przodu. Dokładnie to samo czeka nas w "Dziewięciu książętach Amberu". Główny bohater budzi się w szpitalu i bladego pojęcia nie wiem co się z nim stało. Ale krok po kroku postanawia się tego dowiedzieć. Najpierw wydostać się ze szpitala, później dowiedzieć jak się tu znalazł i czy ma bliskich. Jeżeli ma, to ich odwiedzić i pozyskać więcej informacji o samym sobie. Jak postanowił tak i zrobił. Dzięki wrodzonemu sprytowi i świetnym umiejętnościom improwizacji w trudnych momentach jak i manipulacji innych ludzi odzyskiwał wspomnienia. A przeszłość nieźle go zaskoczyła.

 

W książkach o takiej konstrukcji nie wolno nic zdradzić potencjalnym czytelnikom. Ponieważ to powolne odkrywanie zagadek przeszłości stanowi rdzeń fabuły. Mogę tylko nadmienić, że Corwin, czyli nasz główny bohater nie do końca pochodzi z naszego świata. Czyta się to ciekawie i szybko, ponieważ wraz z nim odkrywamy nowe i nieznane krainy. Wszystko zmierza do momentu w którym Corwin odzyskuje utraconą pamięć i ... wtedy rozpoczyna się lawina. Wie doskonale co musi zrobić i przyśpiesza akcję przynajmniej dwukrotnie. Do tej chwili wszystko działo się w spokojnym, z góry ustalonym tempie, ale później wydarzenia przyśpieszają tak bardzo, że z dwa razy cofałem się w odsłuchu (ksiażkę przyswoiłem w formie audiobooka) aby jeszcze raz sprawdzić, czy wszystko dobrze zrozumiałem. Najpierw były plany przygotowań do wyprawy i nagle BUM już się bijemy. Taka asymetria w tempie narracji nie przypadła mi do gustu, dlatego też mam nadzieję, że autor do niej nie wróci.

Generalnie można znaleźć bardzo wyraźne odwołanie do filozofii platońskiej co daje spore pole do manewru. Koncepcja jest interesująca, mam nadzieję, że kolejne tomy mocniej rozbudzą moją wyobraźnię. 

 

"Dziewięciu książąt Amberu" to lektura niezbyt długa, ale intrygująca. Kilka ciekawych koncepcji wpływa na pozytywny jej odbiór, lecz zmienna narracja trochę ostudza zapał. Zelazny zaciekawił mnie pierwszym tomem, ale nie wzbudził dużego zainteresowania. Oby to się zmieniło wraz z kolejnymi częściami

"Zemsta Manitou" Graham Masterton

Zemsta Manitou - Graham Masterton

Byłem na targach książki w Warszawie i patrzę siedzi jakiś facet i książki podpisuje. Twarz jakaś taka znajoma chyba, jakbym go gdzieś na okładce widział. Zerkam na wizytówkę, a to się okazuje, że Graham Masterton zawitał na Narodowy. Zdobyć autograf! Zdobyć autograf! Tym bardziej, że będzie jeszcze tylko 10 minut. Szybko chwyciłem książkę, której pierwszy tom kiedyś przeczytałem i mi się całkiem podobał i pobiegłem po dedykację. W taki oto sposób stałem się właścicielem "Zemsty Manitou". Teraz czas ją rozliczyć.

 

Neil jest ojcem ośmioletniego syna którego dręczą coraz gorsze koszmary. CO ciekawsze, wszystkie dzieci w jego klasie mają podobne sny. Zaniepokojony ojciec postanawia zbadać sprawę i dochodzi do wniosku, że winny może być legendarny indiański szaman Misquamacus, który stara się zemścić na białych ludziach za krzywdy wyrządzone na przestrzeni wieków. Jedyną osobą mogącą mu pomóc jest Harry Erskine i jego przyjaciel Śpiewająca Skała. Pytanie czy dadzą radę.

 

Ok, widzę co napisałem i to brzmi tandetnie. Nawet bardzo. Horror ten ma niezwykle prostą i jednowątkową budowę, więc wiele nie należy się spodziewać. Jednak może to być paradoksalnie jego plus, ponieważ akcja jest bardzo wartka i strony przerzuca się z zawrotna prędkością. Nie ma czasu na długie dywagacje, trzeba wsiadać w samochód i jechać! Plan? Wymyślimy na miejscu.Tak mniej więcej wygląda zachowanie głównych bohaterów. Czy to spełnia swoje zadanie. Otóż wg mnie tak. Lektura jest  przyjemna, wciągająca i przyjemna. 300 stron minęło niewiadomo kiedy. Jako horror też sie sprawdza. Najbardziej w pamięci zapada scena gwałtu pościeli (nie pytajcie, to się po prostu stało) i przywołania paskudnego indiańskiego boga. Jest on wyraźnie inspirowany twórczością HP Lovecrafta co mocno rzuca się w oczy. No chyba, że faktycznie indiańskie demony tak wyglądały, nie przeprowadzałem głębszych badań. Jest jednak kilka minusów. Przede wszystkim zakończenie jest jakieś takie nijakie. Trochę Deus ex Machina. Pomoc która uratowała świat pojawia się znikąd i wszystko pozamiatała. Druga sprawa to postać Harrego Erskina. W pierwszym tomie główny bohater, tutaj kreowany był na jedynego sojusznika, który uwierzył Neilowi. W rzeczywistości jego rola ograniczała się do przyprowadzenia Śpiewającej Skały (który okazał się niezwykle ważny) i wygłaszania wymuszonych i irytujących dowcipów. Taki człowiek, który na siłę chce być śmieszny, mimo, że nie ma do tego powodów. Równie dobrze mogło by go nie być i nic byśmy nie stracili.

 

"Zemsta Manitou" to dobra propozycja dla miłośników szybkich i dynamicznych powieści akcji z nutką grozy. Jeżeli będziecie czytali i nie zadawali sobie zbyt wielu pytań, to spokojnie jest to lektura na jeden-dwa wieczory dająca sporo satysfakcji. Jeżeli natomiast lubicie analizować to co przeczytaliście, to pojawią się pewne zgrzyty.

"Czerwona jaskółka" Jason Matthews

Czerwona jaskółka - Jason Matthews

Książki dobieram kierując się różnymi kryteriami. Jednym z nich jest ekranizacja. Jeżeli ktoś wykupił prawa do niej, to w teorii przynajmniej książka powinna być całkiem niezła, co nie zawsze ma miejsce. Tak oto trafiłem na "Czerwoną jaskółkę", ciekawe połączeni powieści szpiegowskiej i książki kucharskiej. Niemożliwe? A jednak...

 

Główną bohaterką powieści jest Dominika Jegorowa potrafiąca niezwykle dobrze odczytywać emocje innych ludzi. Byłą baletnicą, ale niestety kontuzja zakończyła jej karierę i dzięki protekcji wuja została przyjęta do SWR, gdzie chce sie sprawdzić jako agentka. Przechodzimy wraz z nią przez wszystkie etapy życia i szkolenia .Najpierw wspomniana szkołą baletowa, później akademia wywiadowcza, słynna Szkołą Jaskółek , pierwsza misja i w końcu zlecenie w Helsinkach, gdzie poznaje Nata, pracownika ambasady amerykańskiej. W rzeczywistości jest on jednak agentem CSI, którego ma rozpracować. Żeby było ciekawiej, on ma takie samo zadanie. No i zaczynają się podchody z obydwu stron. Przy okazji zdemaskowani zostają ważni agenci zarówno z jednej jak i drugiej strony. A wszystko to dzieje się w czasach współczesnych, gdzie Putin twardo prowadzi politykę zagraniczną. 

 

Nie wiem na czy się skupić w tej książce. Przede wszystkim jest to historia dziewczyny, która kierując się patriotycznymi pobudkami chce się przysłużyć ojczyźnie. Z czasem odkrywa, że można w inny sposób przyczynić się do rozwoju państwa. Z drugiej strony mamy Szkołę Jaskółek, czyli akademię uwodzicielek od której wziął się tytuł książki. Wydaje mi się jednak, że jest to tak zwany "click bait". Taki temat bardzo dobrze się sprzedaje i wywołuj spore zainteresowanie ale nie jest główną osią powieści. Główną osią jest relacja Dominiki i Nata, więc tak, można się domyśleć, że pojawia się tam romans. A to wszystko okraszone jest przepisami kulinarnymi. Tak jak wspomniałem we wstępie, można tą książkę traktować jak kucharską. Na końcu każdego rozdziału znajdziemy krótki przepis którejś potrawy pojawiającej się na ostatnich kilkunastu stronach. Przede wszystkim sąto potrawy kuchni rosyjskiej, ale znajdą się i wyjątki znad basenu Morza Śródziemnego. Skąd taki pomysł? Pojęcia nie mam. Początkowo było to dziwne, później przywykłem a przy mniej ciekawych rozdziałach zastanawiałem się nawet, którą potrawę z danego rozdziału wybierze autor. Czy to dodaje "smaczku" powieści? Raczej nie, bo nie ma to głębszego związku z fabułą. Chętnie dowiedział bym się skąd taki pomysł.

 

Podsumowując, "Czerwona Jaskółka" to powieść szpiegowska, z wyraźnym wątkiem romantycznym i kulinarnym. O ile ten pierwszy często idzie w parze ze szpiegostwem, to kulinaria są tu interesującym dodatkiem, który ani nie poprawia odbioru, ani nie wpływa na niego negatywnie. Mi osobiście ta książka nie zapadłą niczym specjalnym w pamięci, ale nie przepadam za literaturą szpiegowską. Liczyłem na coś innego, co tłumaczyłoby wykupienie praw do ekranizacji. Nic takiego mnie nie zaskoczyło, więc prawdopodobnie za kilka miesięcy nie będę pamiętał dokładnie fabuły. Książka do przeczytania i zapomnienia, ale nie wykluczam, że miłośnicy agentów i szpiegów będą zadowoleni

"Stróże" Jakub Ćwiek

Stróże - Jakub Ćwiek

Tej książki miało nie być. Nie planowałem jej kupna, przeczytania i posiadania na półce .Jednak wizyta na Targach Ksiażki rządzi się własnymi prawami. I tak oto skuszony promocją, ale i znając autora i jego twórczość przygarnałem kolejną książkę z zabarwieniem Kłamcy. Chociaż tym razem nie on grać miał pierwsze skrzypce a skrzydlaci przyjaciele. Czy im się udało? Czytajcie dalej.

 

Książka składa się z 4 opowiadań i jednego bonusu na zakończenie ( o tym później). W założeniu treścią och miała być praca specjalnego anielskiego wydziału o wdzięcznej nazwie WINA (wydział Interwencyjny nadzoru anielskiego), w skład którego wchodzą Zadra i Butch. W praktyce nie do końca się to udało...

"Pieskie popołudnie" to pierwsze opowiadanie i poznajemy w nim Butcha i pewnego gliniarza, który przez przypadek stał się święty. Pracują razem nad wspólną sprawą przy okazji tłumacząc nam zakres obowiązków WINA. Wszystko jest całkiem nieźle posklejane ze sobą jednak zakończenie zostawiło spory niedosyt. Większy tym bardziej, że wtedy właśnie odkryłem, że to zbiór opowiadań, a nie powieść.

" W drodze" lepiej poznajemy Zadrę, i niewiele więcej. Jesteśmy świadkami niezwykłej interwencji anielskiej, która ratuje życie, lecz budzi pewne wątpliwości. Dlatego też Zadra postanawia pokopać w temacie. Odkrywa jak można się domyśleć związki z Lokim

"Wściekłość i wrzask" natomiast przenosi nas do USA, gdzie młody chłopak ma wybitnie problem z ojcem i wujaszkiem. Stara się mu pomóc koleżanka, ale nie do końca jej wychodzi. Podstępem jednak poratuje Kłamca i pomoże tym sposobem agentom WINA. Stróżów tu wiele nie uświadczymy

"Raj utracony" to chytre nawiązanie do prozy Miltona, ale nie ma z nim nic wspólnego. To raczej historia niezwykłej wyspy gdzie każdy może być kim zechce z domieszką Moany (tak chodzi mi o tą bajkę). I nie ma tu praktycznie nic związanego z aniołami, bo zjawiają się pod koniec. Tym razem Loki jest tu w centrum. Na plus natomiast można odnotować powrót policjanta z pierwszego opowiadania.

 

Ogólnie czyta się przyjemnie i doceniam to, że całość umiejscowiona jest obok wydarzeń z serii o Kłamcy, dzięki kilku nawiązaniom. Ci, którzy serię znają będą mogli dokładnie umiejscowić sobie chronologię opowiadań w świecie Lokiego. Ci, którzy serii nie czytali nie będą z tego powodu płakać. Butch i Zadra, czyli potencjalni główni bohaterowie są ciekawi, lecz za płytcy. Autor poświęcił im za mało czasu, przez co są intrygujący ale nie potrafili mnie w pełni zaciekawić. Dlatego też wg mnie nie są oni na pierwszym planie. Nastąpiło to pewne przekłamanie. Z opisu książki i samej okładki możemy dojść do wniosku, że dostajemy historie anielskie z Lokim w tle .W rzeczywistości, to bóg kłamstwa rozpycha się z tego tła wskakuje na piedestał. Oszustwo, ale czego innego się spodziewać...

Osobna kwestią jest bonusowe opowiadanie "Chyba śnisz". To specjalny utwór przeznaczony dla fanów autora. A to dlatego, że dostajemy postacie z Kłamcy, Chłopców i Dreszcza upchnięte na jednym posterunku i walczące ramię w ramię. Bardzo fajny cross-over dla miłośników Ćwieka.

 

"Stróże" to przyjemnie spędzone kilka  wieczorów w towarzystwie Lokiego i aniołów ( w tej kolejności). Jako miła, lekka lektura z nawiązaniami do popkultury ( u Ćwieka to norma) sprawdza się wyśmienicie. Można czytać niezależnie od znajomości cyklu, co jest plusem. Nawet to małe kłamstwo odnośnie Lokiego w tle jestem w stanie przełknąć.

"Dawca Przysięgi" Brandon Sanderson

Dawca Przysięgi tom II - Brandon Sanderson Dawca Przysięgi tom I - Brandon Sanderson

Są takie książki na które się po prostu czeka. Śledzi się postępy twórcze autora i odlicza dni do polskiej premiery. No chyba, że książka jest podzielona na 2 tomy, wtedy czekanie na pierwszy nie ma sensu, trzeba mieć obydwa. Tak też było tym razem. Czekałem długo, ale było warto.

 

Jak tu opisać zarys fabuły trzeciej części cyklu, który docelowo ma być 10 tomowy? I to w taki sposób, alby nie zdradzać istotnych szczegółów osobom, które nie czytały jeszcze pierwszej części? Chyba się nie da. Ale chociaż trochę spróbuję. 

Sanderson w każdym tomie skupia się na jednej postaci, której historie przed nami odkrywa. Tym razem jest to Dalinar Kholin. Genialny strateg, Czarny Cierń będący legendą na polach bitew, człowiek który wydaje się uosobieniem honorowego zachowania. Taki troche nasz Zawisza Czarny. Człowiek ideał? Otóż każdy ma jakąś skazę. W jego przypadku powoli odkrywamy mroczną przeszłość. Dalinar jest tu oczywiście postacią wiodącą. ale pozostali bohaterowie również ładnie się rozwijają. Dochodzi nawet do kilku niespodziewanych zmian na froncie. Dowiemy się również nieco więcej o Cieniomorzu i poznamy kolejnych Świetlistych. A zakończenie wgniata w fotel. Serio, czytałem jeden fragment chyba z 4 razy bo wierzyć mi się nie chciało. 

 

Na takie książki warto czekać. Nawet podzielenie na 2 tomy nie odebrało mi przyjemności z lektury, chociaż w tym wypadku było uzasadnione. Łącznie dostajemy ponad 1200 stron. Zamknięcie tego w jednym tomie faktycznie było by mało wygodne w czytaniu. Rozwój postaci Dalinara jest świetny. Powoli odkrywamy wraz z nim o co chodziło z jego żoną i czego dokonał we wcześniejszych latach. Shallan też rozwinęła swoje umiejętności niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi szaleństwa. Kaladin troszkę mnie irytował rozczulaniem się nad sobą, ale nie było to aż tak rażące. No i dostaliśmy więcej informacji zarówno o tym na czym polegało Odstępstwo jak i o obecnej sytuacji. Wszystko się wyjaśnia ,ale i nowe postacie jak Zabójca w Bieli lub Zwinka wnoszą kolejne niewiadome do równania. Jeżeli faktycznie Sanderson planuje 10 tomów tego dzieła, to mam wielką nadzieję, że w spokoju to dopisze. Tempo ma bardzo dobre ,więc jest szansa :)

 

Mała uwaga na koniec. Jest to trzecia część więc przydało by się czytać od początku. Ale to nie wystarczy. Sanderson w swojej kreacji światów przeplata ze sobą swoje dzieła, tak jak King w Mrocznej Wieży. Dlatego też niezbędna jest lektura "Tancerki krawędzi" przed "Dawcą przysięgi". Minipowieść zawarta w zbiorze opowiadań "Bezkres magii" ma ten dodatkowy plus, że główna postacią jest Zwinka, będąca najbarwniejszą Świetlistą w całej stawce.

Drugą pozycją, którą warto poznać przed lekturą jest "Rozjemca". Tu już mamy do czynienia z osobną powieścią w innym świecie ale kilka postaci i jeden przedmiot pojawiają się i tu i tu.

Na ten moment to najlepsza książka, którą przeczytałem w tym roku. Oby tak dalej Panie Sanderson

"451* Fahreinheita" Ray Bradbury

451 stopni Fahrenheita - Adam Kaska, Ray Bradbury

Dużo czytam .Albo lepiej powiedzieć, że dużo czytałem. Teraz praca, rodzina i inne hobby delikatnie ograniczają moja czytelniczą aktywność. Mimo tego nadal uważam, że czytam więcej niż przeciętny Kowalski. Dlatego też oprócz nowości i bestsellerów staram się co jakiś czas poznawać klasyk. I tym razem padło na książkę o książkach. O tym, że stanowią zagrożenie. No cóż, podejmę to ryzyko.

 

Głównym bohaterem powieści jest Gay Montag, który jest strażakiem. Problem jest taki, że w przyszłości, kiedy dzieje się akcji książki strażacy nie gaszą pożarów. Oni je wywołują .A dokładniej, spalają książki. W antyutopii, którą są "Stopnie" książki prowokują do niezdrowego zainteresowania innymi rzeczami, którymi ludzie nie powinni się zajmować. Filozofia, moralność, przyroda? To rzeczy zbędne, które wywołują tylko niepokój w społeczeństwie. A co należy zrobić z niebezpiecznymi rzeczami? Spalić! Na popiół, aby ślad żaden nie pozostał. No i Montag tak pali od kilkunastu lat. Ostatnio jednak nieświadomie jedną ze zwodniczych ksiażek przemycił do domu. I poruszony rozmową z nową sąsiadką postanowił otworzyć się na nowe doznania. Spowodowało to nie tylko poszerzenie się jego horyzontów, ale przede wszystkim podpadnięcie aparatowi władzy. Teraz on sam zagrożony jest spłonięciem.

 

Bardzo ponury obraz przyszłości przedstawił nam Bradbury. Pełen ogłupiałego społeczeństwa, które nastawione jest na tanią rozrywkę, podczas której nie trzeba myśleć. Pełen ludzi nie chcących wyjrzeć poza swoje 4 ściany. I mimo, że wiele cech przedstawionych przez autora pokrywa się ze sztandarowymi określeniami dobrej antyutopii, to jednak ta konkretna ksiażka bardziej do mnie trafiłą niż inne przedstawicielki tego gatunku. Ciężko mi powiedzieć dlaczego. Może to dzięki postawieniu w centrum wydarzeń książek. A może ponieważ autor upatruje w literaturze lekarstwa na zdegenerowany świat. Bo ludzkość jest jak feniks, odradza się z popiołów. Jednak jedno nas od tego ptaka odróżnia: my znamy swoje błędy przeszłości i drugi raz ich nie popełnimy, nie spowodujemy kolejnego pożaru z którego będzie trzeba sie odradzać. Wszystko dzięki historii, którą pamiętamy. A pamiętamy dzięki książkom. Prawdę więc miał Piłsudski mówiąc 

„Naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości”

 

 

"Misja ambasadora" Trudi Canavan

Misja Ambasadora - Trudi Canavan

W gimnazjum będąc czytało się Trudi. Z tego co pamiętam, może i super ambitne to dzieła nie były, ale idealne dla miłego spędzenia czasu. Po kilkunastu latach uznałem, że czas sobie odświeżyć zapomnianą trochę autorkę i zabrać się za trylogię, której nie udało mi się przeczytać w tamtym okresie. Tak oto wziąłem się za "Misję Ambasadora".

 

Czego możemy spodziewać się po tej powieści? Otóż minęło 20 lat po wydarzeniach z pierwszej trylogii, przez co bohaterowie mocno się zmienili. Sonea, będąca wtedy w centrum uwagi jest teraz jedna z Czarnych Magów i ma zakaz opuszczania Gildii. Do głosu dochodzi jej syn Lorkin, który niedawno zdał egzaminy na pełnoprawnego Maga. Nie wiedząc czego oczekiwać w życiu zgłasza się jako asystent ambasadora mającego wyruszyć do ... Sahaki. Tak jest, do kraju, który 20 lat wcześniej najechał Kyralię i jej magów. Trochę wody upłynęło i stare konflikty się przedawniły, ale pozostało aktualne pytanie , czy tamtejsze rody nie będą się chciały zemścić na młodym za opór jaki postawili wtedy jego rodzice. Sonea oczywiście jest przeciwna i pełna obaw (i słusznie) ale co ona może w konfrontacji z młodą i gorącą głową. Lorkin wyrusza i... reszta jest chyba oczywista.

Z drugiej strony mamy akcję dziejącą się w samej Kyralii, gdzie od dłuższego czasu grasuje zabójca złodziei. W momencie, gdy zabija on rodzinę starego znajomego Sonei, sprawa przyjmuje charakter osobisty. Matka, której przed chwilą dziecko wyfrunęło z gniazda rozpoczyna poszukiwania na własną rękę. Sprawa się komplikuje w momencie, gdy podejrzany może okazać się dzikim magiem. 

 

Tak na prawdę mamy tu dwa główne wątki przedstawione powyżej. Pierwszy jest bardzo oczywisty. Czy ktokolwiek by mi uwierzył, gdybym powiedział, że Lorkin spokojnie osiadł w Sahace i nawiązywał kontakty dyplomatyczne, podczas stare Rody wyrzekły się zemsty? Przecież nie było by wtedy o czym pisać. Oczywiście, że coś się wydarzyło i musiał uciekać. Z kim i gdzie to już nie zdradzę, pobawcie się sami. Może i by to jeszcze było bardziej wciągające, ale uczucie, którym zapałał do jednej z kobiet jest wręcz szczeniackie. Jakby to była jego pierwsza miłość to jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale z treści wynika, że w Gildii dość swobodnie sobie folgował w przyjemnościach fizycznych z innymi dziewczynami. Więc skąd tu nagle opisy jego przemyśleń żywcem wyciągnięte z pamiętniczka prawiczka? Coś mi się tu nie zgadza.

Natomiast akcja dziejąca się w Kyralii była bardziej zajmująca ale i też nie obyło się bez kilku zgrzytów, jak choćby zatrudnienie przez złodzieja swojej córki, która ukrywała się przez lata w charakterze ochroniarza. Serio? Młodą dziewczynę, która gdzieś lekko liznęła walki wystawiasz na pierwszą linię obrony podczas nieczystych zagrań półświatka? Który konkurent by w to uwierzył? CHyba taki, co się wczoraj urodził.

 

"Misja ambasadora" to świetny przykład książki przeciętnej. Anie mnie grzeje, ani ziębi. Czytało się ok, ale sporo było zgrzytów. Postacie mnie nie przekonały do siebie, ale za to cały zarys obcej kultury był bardzo ciekawy. Najprawdopodobniej jakbym przeczytał tą książkę kilkanaście lat temu przypadła by mi dużo bardziej do gustu. Zarówno ze względu na tematykę jak i brak znajomości innych tytułów. A tak przeczytałem i pewnie za kilka miesięcy zapomnę.

"Bezkres magii" Brandon Sanderson

Bezkres magii - Brandon Sanderson

Wiecie, że są takie książki, które należy czytać w ściśle określonej kolejności? Przeczytaj ją przed pozycją A ale po pozycji B. Ale jakbyś przypadkiem nie czytał C to omiń drugi rozdział, bo się dowiesz zbyt dużo. I taką pozycja jest "Bezkres magii". Aby się za nią wziąć trzeba być mocno wkręconym w literaturę Sandersona. Na szczęście należę do tej grupy.

 

Otrzymujemy zbiór opowiadań i minipowieści osadzonych w różnych światach wykreowanych przez autora. Są to światy dobrze znane z poprzednich dzieł, jak "Z mgły zrodzony", "Elentris" albo Archiwum Burzowego Światła, ale i znajdą się światy o których jeszcze nie słyszeliśmy. Uniwersa nam znane należy czytać po lekturze pierwotnych ksiażek. Światy poboczne natomiast można luźno traktować, ale lepiej się je odbiera również znając inne książki. I co ja mogę powiedzieć o tej pozycji? Tylko jedno słowo REWELACJA. Jakie to jest dobre. Jak to pięknie spina wszystkie światy i je uzupełnia. A te nieznane uniwersa okazują się cudownie przemyślane i zaskakujące. Autor ma łeb jak sklep a on to wszystko jeszcze chce ze sobą połączyć. Niesamowity gość. Lektura zajęła mi tyle czasu, ponieważ rozpocząłem ją po zakończeniu trylogii "Z mgły zrodzony", ale przed drugą trylogią. Przeczytałem więc większość opowiadań, następnie czytałem drugą trylogię dopiero na deser mogłem skończyć lekturę.

 

Jest to jedyny minus tej książki. Jeżeli nie jesteście na bieżąco z literaturą Sandersona nie docenicie jej. Jeżel jest to natomiast wasza pierwsza książka tego autora to szczerze odradzam. Albo przeczytajcie tylko niektóre opowiadania bo zepsujecie sobie lekturę kilku cyklów na raz. Natomiast dla wiernych czytelników jest to najlepsza pozycja jaka mogłą trafić im w ręcę .I ja tak ją traktuję

Teraz czytam

Drzewo morwowe
Tomasz Białkowski